Tatusie Córeczek są najgorsi – Rian Stone
14 październik 2026

Dawniej internet był fajnym miejscem. Starsi ludzie nie rozumieli, jak działa. Traktowali go jak krąg znajomych, a młodzi podpuszczali ich tym, co dziś nazywacie wpisami dla beki.
Wiecie, wrzucało się coś prowokacyjnego, jakąś przynętę, żeby starsi dostali szału, zagotowali się czy jak tam to dzisiaj nazywacie. I to było świetne, bo byli tak naiwni wobec tych mechanizmów, iż potrafili ciągnąć całą aferę przez kilka dni.
Piękne czasy, stary.
Ale internet istnieje już prawie czterdzieści lat. Starsi siedzą w nim wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak się zachowywać. Zasady są dziś jasne: Internet jest na zawsze. Internet nigdy nie zapomina. Cokolwiek opublikujesz w sieci, przestaje należeć do ciebie, należy do wszystkich. A w internecie nie brakuje chorych ludzi.
Nie ujawniaj swoich danych osobowych. I jeszcze jedno: jeśli masz jakiś czuły punkt albo coś kochasz, nie wrzucaj tego do internetu. Internet ma to w dupie.
Dlatego zawsze zdumiewa mnie, ilu dorosłych ludzi z przyjemnością publikuje zdjęcia swoich dzieci, żeby zbierać lajki, głosy poparcia i jakiekolwiek inne oznaki uznania, jakie rozdaje akurat dana platforma.
W tej chwili, za sprawą pewnej historii, czuję się, jakby znów był rok 2007. Wszystko dzięki jednemu człowiekowi. Poważnemu człowiekowi, który najwyraźniej spędził ostatnie dwadzieścia lat w śpiączce, a Twittera potraktował jak rodzinny profil na Facebooku. Ten człowiek to John Ziegler.
W jakiś zwykły wtorek, zupełnie bez powodu, opublikował zdjęcie swojej czternastoletniej córki z podpisem:
„To oficjalne zdjęcie mojej córki Grace z ósmej klasy. Całe szczęście, iż chłopcy z jej pokolenia to takie żałosne mięczaki, iż adekwatnie nie mam się czym martwić. Chyba. Mam nadzieję”.
I mam tylko jedno pytanie: co my, do cholery, w ogóle wyprawiamy?
To typowe dla tradycyjnych konserwatystów. Chciałbym zrozumieć, co dzieje się w ich głowach. Jakaś mieszanka naiwności, popisywania się, potrzeby pokazania własnemu środowisku, jakim jest się porządnym ojcem rodziny, albo zwyczajnego ego. Zrobili z ojcostwa towar i to do tego stopnia, iż zrobiło się dziwnie.
Nie mówię o tym po raz pierwszy. Jeden z moich najpopularniejszych materiałów dotyczył Matta Walsha z „Daily Wire”. Nagrał dwunastominutowy materiał, w którym pokazywał w internecie swoje nowo narodzone dzieci, a ja skomentowałem to ordynarnie: „Chwali się trofeami za ruchanie, żeby nabić sobie poklasku”.
Wiem, iż to chamski i wulgarny sposób ujęcia sprawy, ale podtrzymuję te słowa.
Dzieci nie mogą wyrazić świadomej zgody na to, by rodzice wykorzystywali je jako rekwizyty reklamowe swoich marek w mediach społecznościowych. Sto lat temu pewnie istniałyby jakieś surowe zasady dotyczące takich rzeczy. Dzieci mają być podobno najważniejszą rzeczą w życiu mężczyzny. Ci faceci wykrzykują to z każdej mównicy. A potem traktują dzieci jak nowy produkt wypuszczony na rynek. To zawsze jest żenujące. Zawsze.
Pamiętacie zasadę internetu? To, co wrzucisz do sieci, przestaje należeć do ciebie i staje się dostępne dla wszystkich. jeżeli coś kochasz, nie pokazuj tego w internecie. A przecież mogło skończyć się znacznie gorzej.
Obserwuję mnóstwo kont, które od lat zajmują się wrzucaniem głupkowatych wpisów dla beki. To ludzie, którzy od dekad żartują z najczarniejszych tematów i wyśmiewają dosłownie wszystko. I nagle wydarzyła się rzecz niesłychana: ludzie, którzy nie potrafią zgodzić się choćby co do tego, czy codziennie rano wschodzi słońce i czy woda jest mokra, zjednoczyli się i jednogłośnie zapytali Johna Zieglera: „Stary, co ty, do cholery, robisz?”.
Na początku choćby nie byłem pewien, czy to prawdziwa historia. Bóg jeden wie, ile ludzie kłamią w internecie. Publikują oburzające wpisy, żeby nakręcić reakcje. Kradną zdjęcia przypadkowych kobiet i podają je za własne.
Uznałem, iż pewnie mamy do czynienia z czymś takim. Sprawdziłem więc konto tego faceta.
Okazało się, iż to poważny dziennikarz. W opisie przedstawia się jako komentator o zdecydowanych poglądach, idący pod prąd, gardzący mediami informacyjnymi i wyposażony w światowej klasy wykrywacz bzdur. Prowadzi podcast „Death of Journalism”. Jest ojcem. Ma Patreona, zajmuje się poważnymi wiadomościami.
I wtedy mnie olśniło. Ten facet to Tatuś Córeczki. A Tatusie Córeczek są najgorsi.
My, ludzie ze środowiska Czerwonej Pigułki, znamy ten typ. Wiemy, kim są Tatusie Córeczek. To jedna z grup, które najbardziej potrzebują czerwonej pigułki.
W młodości nie mieli powodzenia u dziewczyn. W końcu ożenili się z kobietą, która chciała ślubu i dziecka. Nie chciała męża ani ojca, ale chciała małżeństwa i dziecka. Oni zaś nigdy nie poznali, jak wygląda autentyczne pożądanie ze strony kobiety. Byli tylko użytecznym szczeblem prowadzącym do jej celu. Dlatego uważają, iż muszą ciężko pracować, żeby zdobyć względy swojej damy.
No dobra, ten fragment można jeszcze przełknąć.
Facet nie może zaruchać, więc wiąże się z kobietą, której zegar biologiczny bije na alarm. To tak powszechne, iż choćby nie ma już po co unosić brwi. Ot, kolejna z tych moich ordynarnych odzywek. Kobieta rodzi dziecko, po czym przychodzi moment otrzeźwienia [po ejakulacyjnej jasności umysłu] uświadamia sobie, iż tak naprawdę nie kocha swojego faceta. Seks zanika, w domu zaczyna się nieustanny brak szacunku, potem rozwód i wszystkie te historie grozy, o których słyszycie w środowisku Czerwonej Pigułki.
Ale Tatuś Córeczki pozostało gorszy, bo uruchamia błędne koło, które szkodzi wszystkim. Rodzi mu się córka, a dzieci bardzo kochają swoich rodziców. To niemal zapisane w naszym DNA. Taki ojciec bierze tę podstawową ludzką więź za jakieś nadzwyczajne osiągnięcie. Przez całe życie nie znał żadnej dziewczyny, która traktowałaby go jak kogoś wspaniałego. Aż tu nagle pojawia się córka. To potrafi namieszać facetowi w głowie. Zaczyna więc zachowywać się wobec własnej córeczki jak wazeliniarz, czyli facet desperacko zabiegający o kobiecą aprobatę.
Wychowuje księżniczkę, która w dorosłym życiu staje się nie do zniesienia.
I tu kolejna moja ordynarna maksyma: ojciec dziewczyny jest jedynym mężczyzną w jej życiu, który daje jej uwagę i uznanie z powodów innych niż seks.
Kobiety na ogół budują wyobrażenie idealnego związku na podstawie doświadczeń z ojcami z okresu dorastania. W tym przypadku córka widzi wazeliniarza, którego matka najwyraźniej niezbyt lubi. Nie ma żadnego innego punktu odniesienia. I z tego rodzą się problemy.
Jest jeszcze jedna rzecz w tych tradycyjnych konserwatystach i Tatusiach Córeczek, która doprowadza resztę z nas do szału. Bez przerwy krzyczą, iż nie ma już prawdziwych mężczyzn albo iż żaden facet nie jest wystarczająco dobry dla ich maleństwa. Jednocześnie nieustannie wypatrują pedofilów. Widzą ich pod każdym kamieniem i za każdym krzakiem. Są przerażeni, iż jakiś mężczyzna odbierze im ich małą dziewczynkę.
Powstaje więc jakaś dziwaczna, histeryczna mieszanka: z jednej strony wrzeszczą o drapieżnikach seksualnych, a z drugiej obnoszą się po internecie ze swoimi nieletnimi dziećmi jak z trofeami.
To jest tak absurdalne, iż aż wygląda jak mem.
No więc, jak za dawnych czasów, kiedy starsi użytkownicy internetu wpadali w szał po sprowokowaniu, aż nostalgia mnie bierze, bo John kompletnie nie rozumie, co się dzieje.
Internet zwykle ma wszystko w dupie, ale tym razem zdobył się choćby na odrobinę współczucia dla tego faceta. Tysiące ludzi powiedziały mu, żeby przestał to robić.
Ale wiecie, jacy są starsi ludzie i Tatusie Córeczek. Zabrnęli za daleko. Ich ego jest zbyt kruche. Nie potrafią zaakceptować, iż ich mała dziewczynka nie jest drugim przyjściem Chrystusa. Więc idą w zaparte. Takim ludziom nie da się pomóc. Są gotowi zniszczyć życie córki i własne małżeństwo, byle tylko powiedzieć:
„Pieprz się, internecie. Mogę robić, co chcę. To ty jesteś problemem. Nie powinieneś na to patrzeć”.
I kiedy dostaje tysiąc wiadomości w rodzaju:
„Hej, całymi dniami opowiadasz w internecie o przestępstwach seksualnych, drapieżnikach i fałszywych oskarżeniach. Może to nie jest najlepsze miejsce, żeby bez wiedzy nieletniej córki pokazywać ją całemu światu?
I zauważyłeś, tak przy okazji, iż tysiące kont zapisały sobie to zdjęcie w zakładkach, żeby do niego wrócić?”.
Odpowiada jak gość programu Jerry’ego Springera:
„Nic o mnie nie wiesz! To ty jesteś problemem! Cześć, Jerry!”.
Wniosek, który ja z tego wyciągam i który, mam nadzieję, wy też wyciągniecie, jest taki: nie da się uratować ludzi bardziej, niż oni sami chcą się ratować.
Nie wiem, co się wydarzy. Nie wiem, czy ktoś wykorzysta sztuczną inteligencję do generowania obrazów, czy zrobi coś innego. Nie wiem, czy jego córka jest zadowolona, niezadowolona, czy może przerażona uwagą, którą teraz przyciąga.
W internecie są ludzie oderwani od rzeczywistości. Są tam też ludzie chorzy. A Tatusie Córeczek są najłatwiejszym łupem w całym internecie. Przypominają ptaki kiwi, które przez tysiące lat żyły bez naturalnych drapieżników, aż w XVIII wieku przypłynęły angielskie statki ze szczurami. I nagle zaczęły być pożerane żywcem.
Wobec całego tego internetowego szaleństwa pozostaje tylko patrzeć i wyciągać wnioski z historii takich facetów jak John Ziegler czy Matt Walsh. Jeśli coś cenisz, nie oddawaj tego internetowi za darmo. jeżeli coś kochasz, nie wystawiaj tego na pokaz w sieci.
I na miłość boską, przestańcie wykorzystywać swoje nieletnie dzieci. One nie są rekwizytami. Sprzedajecie swoją relację z nimi za poklask obcych ludzi, a rachunek przyjdzie później.
I jeszcze jedno: nie bójcie się podrywać kobiet, kiedy jesteście młodzi. Bo jeśli nie nauczycie się rozpoznawać, jak wygląda autentyczne pożądanie ze strony kobiety, sami wystawiacie się na rolę frajera dzisiaj, rozwiedzionego ojca jutro i ojca, który wychowa najgorszą dorosłą osobę, to jest kobietę postrzegającą mężczyzn jako wazeliniarzy i naiwniaków do wykorzystania.
Ale hej, to twoja rodzina. Rób, co chcesz.
Zobacz na: Unikanie pułapki tradycyjno konserwatywnej
Wielki tradycyjny przekręt i jak nie dać się nabrać
Są zbyt tradycyjne, by pozostać w związku małżeńskim | Dalrock
Feministki vs Tradycyjni Konserwatyści, Modele Mentalne i Cukrzyca Seksualna
Czterej Jeźdźcy (Rozwodowej) Apokalipsy według Tradycyjnego Doradztwa Małżeńskiego
Ojciec, który strzelił w komputer swojej córki
Zasada Telebimu dotycząca wysyłania wiadomości tekstowych do dziewczyn
Tatusie Córeczek: dzieci jako narzędzie do zdobywania uwagi i aprobaty
https://rumble.com/v7hzwpo-tatusie-coreczek-sa-najgorsi.html
Niektórzy rodzice wykorzystują własne dzieci do zaspokajania potrzeby zdobywania uwagi i uznania. Zjawisko przybiera dwie formy.
Pierwsza to wystawianie dzieci na pokaz w internecie. Rodzice publikują ich zdjęcia i nagrania, zbierając lajki, pochwały i podziw obcych ludzi. Dziecko staje się rekwizytem służącym do budowania wizerunku rodzica, choć nie potrafi jeszcze świadomie ocenić konsekwencji takiej ekspozycji. Internet nie jest rodzinnym albumem. Raz opublikowane materiały mogą krążyć poza kontrolą rodziny.
Druga to syndrom „Tatusia Córeczki”. Mężczyzna, który przez lata nie doświadczał kobiecego zainteresowania i uznania, odnajduje je w bezwarunkowym przywiązaniu córki. Zaczyna zabiegać o jej aprobatę, spełniać zachcianki i unikać stawiania granic. Zamiast wychowywać, próbuje zasłużyć na miłość. W rezultacie może wychować córkę przekonaną, iż mężczyzna powinien nieustannie jej ustępować.
Oba zjawiska łączy odwrócenie ról. W pierwszym dziecko służy do zdobywania aprobaty otoczenia. W drugim samo staje się jej źródłem. W obu przypadkach potrzeby emocjonalne rodzica zaczynają dominować nad potrzebami dziecka.
Dziecko nie jest trofeum, wizytówką ani lekarstwem na deficyt uznania. Rolą ojca nie jest zabieganie o aprobatę córki, ale wychowanie jej na samodzielnego człowieka.
https://rumble.com/embed/v7ftjs6/?pub=h88ld








