Teściowa podarowała mi na trzydzieste urodziny swoje stare rzeczy i nie ukrywałam rozczarowania

newsempire24.com 6 godzin temu

A po co dodałaś do sałatki jarzynowej ten tani majonez? Mówiłam przecież, żebyś kupiła Kielecki, jest tłusty, smaczny. A ten? Słaba woda i mąka, tylko produkty zmarnowałaś.

Małgorzata zastygła z łyżką w powietrzu, czując, jak w okolicach żołądka powoli narasta irytacja. Wypuściła powietrze z ust, starając się zachować spokój, i spojrzała na teściową. Stefania Stanisławówna stała na środku kuchni, ręce w bok, lustrując miskę z sałatką tak, jakby była inspektorem sanepidu na dworcowej stołówce. Miała na sobie błyszczącą sukienkę na wyjście, zakładaną tylko w największe święta, i minę pełną cierpiętniczej powagi.

To nie był zwykły dzień. Dziś Małgorzata kończyła trzydzieści lat. Okazja jakby chciała ją uczcić w restauracji z muzyką, tańcem i w pięknej sukni, a nie przy garach. Ale miesiąc temu zepsuł im się samochód, naprawa kosztowała fortunę. Po rodzinnej naradzie uzgodniono, iż przyjęcie będzie w domu. Gosiu, Ty jesteś najlepszą gospodynią, co przygotujesz, żaden lokal się nie umywa przekonywał mąż, Paweł. Małgorzata, choć w duchu niechętna temu pomysłowi, zgodziła się.

Pani Stefaniu, to ten zwykły majonez, co zawsze. Markę tylko opakowanie zmieniło odpowiedziała spokojnie, mieszając warzywa. Lepiej by Pani pomogła dokończyć kanapki z łososiem, bo goście za godzinę.

Łososia też pewnie na promocji w Biedronce kupowałaś? nie odpuszczała teściowa, biorąc słoik do ręki. O, no pewnie. Cienko krojony, niedługo będzie goło na kanapkach. Ach, Małgosiu, oszczędzasz na gościach, nie wypada tak. Za moich czasów stół na jubileusz uginał się od przysmaków, nie było byle jakiego zastępstwa.

Do kuchni zajrzał Paweł. Był już elegancki biała koszula, wyprasowane spodnie, perfumy.

Dziewczyny, no co tam, nie kłócicie się? rzucił wesoło, podbierając kawałek kiełbasy. Pachnie tu tak, iż wytrzymać nie można! Mamo, czemu taka poważna? Gosia ma dzisiaj święto, nie krytykuj.

Ja nie krytykuję, tylko przekazuję doświadczenie zacisnęła usta Stefania Stanisławówna. Kto jej powie prawdę, jak nie ja? Matka daleko, więc na mnie spoczywa obowiązek. Dobra, gdzie ten chleb, posmaruję.

Małgorzata odwróciła się do kuchenki, by ukryć łzy żalu, które napłynęły jej do oczu. Przekazuje doświadczenie po pięciu latach tego przekazu miała już serdecznie dość. Stefania Stanisławówna była kobietą starej daty, oszczędną do przesady, przekonaną, iż tylko jej sposób myślenia jest słuszny. Zbierała plastikowe torebki, zmywała jednorazowe opakowania, uważała, iż synowa wydaje pieniądze na fanaberie typu manicure czy solidne buty.

Przygotowania do imienin szły pełną parą. W domu pachniało pieczonym kurczakiem, czosnkiem i świeżym ciastem. Małgosia uwijała się między kuchnią a salonem. Chciała, żeby wszystko było idealnie. Wyjęła najlepszy serwis, wykrochmalone serwetki, ustawiła kieliszki. Zmęczona i podenerwowana docinkami teściowej, ale z nadzieją, iż wieczór będzie udany. W końcu trzydziestka to istotny moment.

O piątej zaczęli schodzić się goście koleżanki z mężami, współpracownicy, kuzyn Pawła z żoną. W powietrzu słychać było śmiech, życzenia, szelest papieru prezentowego. Małgosi dawano kwiaty, koperty z pieniędzmi, bony do drogerii. Atmosfera była serdeczna.

Teściowa siedziała na honorowym miejscu, bacząc, kto ile je i pije. Co rusz dorzucała swoje trzy grosze: Ogórki ciut za słone. Do śledzia pod pierzyną trzeba dać jabłko, a tu nie ma. Wino kwaśne, moja nalewka domowa lepsza. Goście grzecznie potakiwali i bawili się dalej, starając się nie zwracać uwagi na marudzenie starszej pani.

Gdy przyszła pora na toasty, Paweł stanął, uniósł kieliszek i wygłosił wzruszającą mowę o tym, jaka Małgosia jest cudowną żoną, gospodynią i przyjaciółką. Małgosia poczuła, iż jednak było warto.

A teraz oznajmiła dumnie Stefania Stanisławówna, stukając widelcem o kieliszek czas na mój prezent. Paweł, przynieś torbę z przedpokoju.

Paweł wrócił z ogromną siatą, przewiązaną czerwoną wstążką, z której dobiegał szelest. Goście zamilkli. Małgosia też się napięła. Relacje z teściową były zawsze trudne, ale zachowywała tradycję. Rok temu podarowała jej po prostu komplet ręczników. Może dziś będzie koc? Albo wymarzony robot kuchenny, o którym Małgosia kiedyś wspomniała?

Teściowa ceremonijnie ustawiła torbę na krześle przy Małgosi i oznajmiła:

Małgosiu, trzydziestka to już wiek odpowiedzialny. Koniec z krótkimi spódniczkami i podartymi dżinsami, jesteś żoną, może niebawem matką. Myślałam długo, co dać. Pieniądze się rozchodzą. Sprzęty się psują. Ale rzeczy, te solidne, zostają na lata. Postanowiłam przekazać ci swoje najlepsze, odłożone ubrania moja wyprawka, moja duma, rodzinna pamiątka. Noś i pamiętaj o teściowej dobrym słowem!

Po tych słowach zamaszyście rozwiązała wstążkę i wysypała zawartość torby na Małgosię i podłogę.

W pokoju zaległa cisza. choćby muzyka przycichła. Małgosia popatrzyła zszokowana na stertę szmat. Uderzył ją zapach naftaliny i zatęchłej szafy, który natychmiast stłumił zapachy ciasta i pieczonego kurczaka.

Na jej kolanach znalazł się ciężki, brunatno-szary płaszcz z ogromnym, łysiejącym kołnierzem ze sztucznego futra, miejscami przegryzionym molami. Obok leżała sterta sukienek z krepeliny błyszczących, jaskrawozielonych, pomarańczowych w grochy. Nad tym wszystkim kilka bluzek z żabotami, pożółkłych od czasu, i spódnica wełniana, tak szorstka, iż zmianę skórną powodowała przez sam widok.

Małgosia wzięła jedną bluzkę, na pachach wyraźna żółta plama, guziki ledwo się trzymały.

Pani Stefaniu… głos Małgosi zadrżał, ale mówiła dobitnie, żeby usłyszeli wszyscy. Co to jest?

Jak to co! szczerze zdziwiła się teściowa, rozpromieniona swoją szczodrością. Ten płaszcz kupiłam w 82 w Smyku, kolejka była na całą ulicę. Wieczne okrycie, zrobisz czyszczenie, przyszyjesz guziki i będziesz się prezentować! A sukienki? Jugosławia! Dziś takiej jakości nie ma, sama tanizna z Chin, a tu materiał oddychający. Ja w tych sukienkach na zabawy chodziłam, męża poznałam! Teraz czas na Ciebie.

Goście wymienili spojrzenia. Przyjaciółka Małgosi, Ola, zakryła usta dłońmi. Kuzyn Paweł schował się za talerz, czerwony na twarzy. Tylko Paweł, mąż, stał obok matki z niepewnym uśmiechem.

Mamo, ale… styl retro, tak? zażartował nieśmiało. Teraz w modzie vintage…

Małgosia poczuła, jak zalewa ją wstyd i złość. To nie było zwykłe rozczarowanie, tylko upokorzenie. Teściowa przyniosła na jej urodziny stertę starych, śmierdzących łachów pozbywała się rupieci, oczekując wdzięczności.

Wstała, otrząsając z siebie płaszcz tak ciężki, iż spadł z hukiem na podłogę, wzbijając kurz.

Vintage, Pawle, to rzeczy o wartości artystycznej powiedziała chłodno. A to są po prostu brudne, stare ścierki z zapachem naftaliny i potu.

Gosia! jęknęła Stefania Stanisławówna, chwytając się za serce. Jak ty możesz tak mówić? Z serca dałam! To pamiątka! Jak śmiesz!

Widzi Pani tutaj tę plamę? Widzi Pani mole na futrze? Czy naprawdę sądzi Pani, iż w swój trzydziesty urodziny mam nosić czyjeś znoszone rzeczy sprzed czterdziestu lat? Naprawdę Pani myśli, iż to dla mnie prezent?

Jesteś niewdzięczna! wrzasnęła teściowa, przechodząc od wzniosłości do kłótni. Uważajcie, jaka wielka dama się znalazła! Plamkę zobaczyła! Pójść do pralni rączki bolą? Z sercem podeszłam, chciałam by była porządna, nie wywrotka, a ona nos wykręca! Pawle, słyszysz, jak mówi do matki?

Paweł próbował łagodzić sytuację.

Gosi, mamo, zostawcie to. Przecież mama chciała dobrze, to pokolenie, dla nich rzeczy to skarb… Mamo, mogłaś zapytać…

Zapytać!? dramatyzowała teściowa Czy dać jej płaszcz wart teraz trzy wypłaty! Niewdzięczna! Zaraz to wszystko zabiorę i sama odchodzę! Więcej mnie tu nie zobaczysz!

To byłby najlepszy prezent powiedziała Małgorzata stanowczo i cicho.

Zapadła głęboka cisza, słychać było tykający zegar na ścianie.

Coś ty powiedziała? wyszeptała blada teściowa.

Powiedziałam, iż nie pozwolę, by mój jubileusz zamienił się w rupieciarnię spokojnie odparła Małgosia. Proszę zabrać swoje rzeczy. Nie chcę ich. Nigdy.

Teściowa łapczywie zagrabiała rzeczy do torby, wciskając na siłę płaszcz.

Pawle, idziemy! Odprowadź mnie! Ani minuty tam nie zostanę! I ty, jeśliś mój syn, chodź ze mną!

Paweł wahał się, patrzył na żonę, później na matkę.

Mamo, no gdzie? U Gosi urodziny, są goście… Zamówię ci taksówkę.

Tak? Zdrajca! Pantoflarz! Wybrał babę zamiast matki!

Stefania Stanisławówna z torbą, z uniesioną głową, wyszła. W przedpokoju trzasnęły drzwi.

Pozostali goście trwali nieruchomo. Uroczystość była zaprzepaszczona. Zapach naftaliny, kurz i napięcie wypełniły mieszkanie.

Może… napijmy się za solenizantkę zaproponował ktoś niepewnie.

Próbowano uratować wieczór, ale bez skutku. Rozmowy się rwały, goście niedługo zaczęli się żegnać, przepraszając Małgosię.

Kiedy wszyscy wyszli, Małgorzata w milczeniu zbierała naczynia, gwałtownie zrzucając talerze. Paweł siedział z głową w dłoniach.

Po co tak ostro? zapytał w końcu. Można było później wyrzucić albo wynieść na działkę. Czemu przy gościach robić skandal? Mama będzie chora na ciśnienie.

Pawle, rozumiesz różnicę? zapytała, patrząc mężowi prosto w oczy. Gdyby to zrobiła na osobności, przemilczałabym. Ale celowo przy wszystkich chciała pokazać mi miejsce. To nie troska tylko demonstracja wyższości i brak szacunku.

Ona nie rozumie, u nich były braki!

Wszyscy mieli braki. Moja mama też. Ale kupiła mi na trzydziestkę złotą zawieszkę, przez pół roku odkładała. Twoja mama, mając konto w banku, przyniosła mi śmieci z szafy. A ty stałeś i milczałeś. Dla ciebie to vintage. Dla mnie upokorzenie.

Wyszła do sypialni i zamknęła drzwi. Paweł długo siedział w pustym pokoju, rozważając całą sytuację. Po raz pierwszy od lat spojrzał na to nie oczami syna, a obcej osoby. Przypomniał sobie twarz Oli, pełną wstrętu, i gest Małgosi z bluzką. Było mu wstyd. Bardzo.

Rano Małgorzata wstała wcześnie. Bez słowa zjadła śniadanie. W przedpokoju zauważyła zostawiony przez teściową szal stary, gryzący.

Jadę do twojej mamy powiedziała wychodzącemu z sypialni Pawłowi.

Po co? Przepraszać? zapytał z nadzieją.

Nie. Oddać szal. I jasno wszystko wyjaśnić. Nie chcę niedomówień.

Pójdę z Tobą powiedział stanowczo Paweł.

Nie trzeba. To moja rozmowa.

Godzinę później zjawiła się pod drzwiami teściowej. Stefania Stanisławówna długo nie otwierała. Wreszcie, z miną męczennicy, wpuściła Małgorzatę do kuchni.

Przyszłaś dobić mnie? zapytała cicho. Proszę, oglądaj skutki swojej agresji…

Małgorzata położyła szal na stole.

Pani Stefaniu, oszczędźmy sobie teatru powiedziała stanowczo. Szanuję Pani wiek i fakt, iż jest Pani matką mojego męża. Ale żądam szacunku do siebie.

Szacunku? Ośmieszyłaś mnie na oczach wszystkich!

Nie. Pani ośmieszyła mnie i siebie. Dobrze Pani wiedziała, iż te rzeczy są nie do użytku. To nie prezent. To zniewaga.

Ale ja…

Proszę posłuchać przerwała twardo. Nie potrzebuję Pani wyprawki. Sami zarabiamy z Pawłem. Chce Pani dawać prezenty? Najpierw proszę zapytać, co bym chciała. Nie chce Pani wydawać? Proszę przyjść z kwiatami i dobrym słowem. Ale nigdy, nigdy więcej nie wciskać mi starych rzeczy pod pozorem troski. Jestem żoną, nie śmietnikiem. I jeżeli chce Pani widywać nas w domu i kiedyś wnuki, będzie Pani musiała to zaakceptować.

Teściowa zbaraniała. Zawsze liczyła na potulność. Tym razem bunt był kompletnym szokiem.

A jeżeli nie zechcę? syknęła.

Wtedy będziemy się kontaktować tylko na święta, przez telefon. Pani wybór.

Małgorzata ruszyła do drzwi. Zatrzymała się.

I jeszcze jedno. Sałatka bardzo wszystkim smakowała. Z tym majonezem. Bo była zrobiona z sercem, a nie ze złośliwości.

Wyszła na zewnątrz. Poczuła ulgę. Pierwszy raz od lat nie czuła się ofiarą.

Wieczorem Paweł wrócił z wielkim bukietem róż.

Mama dzwoniła mruknął unikając wzroku.

I co?

Powiedziała, że… jesteś charakterna. I iż przesadziła. Kazała powiedzieć, iż odda płaszcz do komisji, skoro taka dumna jesteś.

Małgosia się zaśmiała. To była mała, ale ważna wygrana.

Niech oddaje. Może komuś się przyda. W weekend idziemy do restauracji. Chcę świętować naprawdę, w sukience, którą sama sobie wybiorę!

Idziemy uśmiechnął się Paweł, obejmując ją. Bez żadnych oszczędności. Zasłużyłaś.

Od tego czasu w ich domu nastąpił nowy porządek. Stefania Stanisławówna nie stała się aniołem, wciąż czasem marudziła, ale z większą ostrożnością. A prezenty zawsze wręczała w kopercie, mrucząc, iż dzisiejsza młodzież ma dziwne gusty. Małgosia nie miała nic przeciwko. W jej szafie nie było już miejsca dla cudzego, naftalinowego bagażu.

Czasem trzeba postawić granice, by móc żyć własnym życiem z szacunkiem do siebie i innych.

Idź do oryginalnego materiału