Teściowa przed wyjściem spakowała przysmaki z mojego lodówki do swojej torby – Czy jesteś pewna, iż potrzebujemy tyle wędlin? Przecież to balyk, Polino, kosztuje jak skrzydło samolotu – mówił Witek, obracając w rękach próżniowe opakowanie z mięsem, patrząc na cenę jakby zobaczył tam swój wyrok śmierci. Polina, nie zwalniając tempa, wykładała zakupy na kuchenny stół: lśniące papryki, puszka kawioru z złocistą pokrywką, ciężki blok parmezanu, butelki wina. Kuchnię wypełniał aromat świeżego chleba i wędzonki. – Witek, masz jubileusz – odpowiedziała spokojnie, chowając mleko do lodówki. – Trzydzieści pięć lat. Przyjdą twoi znajomi, przyjedzie twoja mama. Chcesz, żeby na stole była tylko gotowana kartofla i śledź pod pierzyną? Dostałam premię, pozwól mi chociaż raz w roku zrobić prawdziwe przyjęcie, żebym się nie wstydziła. – Mnie nie wstyd i z ziemniakami – wymamrotał mąż, ale balyk odłożył delikatnie na półkę. – Mama znowu zacznie lamentować, iż wyrzucamy pieniądze w błoto. Znając ją: „Lepiej byłoby odłożyć, szybciej spłacić kredyt”. – Twoja mama będzie narzekać niezależnie od tego, co zrobimy – westchnęła Polina. – Kupisz drogie – rozrzutnicy. Kupisz tanie – biedaki, karmią syna byle czym. Już od dawna nie patrzę na zdanie pani Tamary. Najważniejsze, żeby tobie i gościom smakowało. Poza tym, ten jamón szukałam w całej Warszawie – to ten, który próbowałeś w Hiszpanii pięć lat temu. Pamiętasz? Witek uśmiechnął się na wspomnienie, twarz mu się rozjaśniła. – Pamiętam. Był pyszny. Dobra, masz rację. Jeszcze tylko zerwijmy cenówki, żeby mama zawału nie dostała. Przygotowania do święta trwały w najlepsze. Polina uwielbiała gotować, byle nikt jej nie przeszkadzał. A dzisiaj, jak na złość, pani Tamara zapowiedziała, iż przyjedzie wcześniej „żeby pomóc dziewczynce”. To zawsze wywoływało u Poliny tik nerwowy. Pomoc teściowej polegała na tym, iż siadała na najwygodniejszym krześle w środku kuchni, blokując przejście i rzucała złote rady, krytykując wszystko – od metody krojenia cebuli po kolor zasłon. Zadzwonił dzwonek dokładnie o drugiej. Witek pobiegł otwierać, a Polina, zaciskając na moment powieki, nałożyła na twarz uprzejmy uśmiech. – Jest i solenizant! – rozległ się donośny głos pani Tamary w korytarzu. – No chodź, synku, wycałuję cię! Wychudzony, kości i skóra. Oczywiście, na pierogach z Biedronki się nie utuczy. – Mamo, jakie pierogi, Polina świetnie gotuje – próbował bronić żonę Witek, zdejmując matce ciężki płaszcz. – Oj, nie dyskutuj z matką. Od razu widzę, zapadłe oczy. Dzień dobry, Polino. Teściowa wpłynęła do kuchni jak lodołamacz „Lenin” na Bałtyk, z ogromną torbą, z którą nigdy się nie rozstawała. – Dzień dobry, pani Tamaro. Miło panią widzieć. Proszę, czajnik właśnie się zagotował. – Herbata później – odparła teściowa, stawiając torbę na taborecie. – Przywiozłam wam skarby. Bo u was w lodówce zawsze pustki. Wyciągnęła swoje dary: słoik domowych ogórków w mętnym zalewie, reklamówkę zmęczonych życiem jabłek z działki i garść landrynek „Irysy”, pamiętających jeszcze komuny. – Te ogóreczki bez chemii – oświadczyła dumnie. – Jabłka – samo zdrowie. Odkroicie zepsute, będzie na kompot. Szkoda wyrzucać. – Dziękujemy – kiwnęła Polina, omijając wzrokiem zalewę. Tymczasem Tamara po gospodarsku otworzyła lodówkę – jej rytuał, nazywany „kontrolą miejsca”, Polina wiedziała: inspekcja. – No, proszę! Kawior czerwony? Dwie puszki? Witek, skarb znalazłeś? Albo Polina bank obrabowała? – Premię dostała, mamo – mruknął Witek, podkradając kawałek sera. – Premia, jasne… – Teściowa nastroszyła wargi. – Zamiast pomóc matce, która ma płot na działce przekrzywiony, wy się tu nabialem objadacie. No ale wasza sprawa. Ja skromna, dużo nie potrzebuję. Zatrzasnęła lodówkę i ulokowała się na swoim ulubionym miejscu, blokując dostęp do zlewu. – Dobrze, Polino, pokazuj co tam upichciłaś. Ja sobie odpocznę, nogi od rana bolą. Ciśnienie mi skacze, ale dojechałam. Jakżeby syna nie świętować? – bohatersko brzmi. Kolejne godziny przebiegały w typowym trybie: Polina latała między piecem a stołem, kroiła, mieszała, piekła, a Tamara komentowała każde jej ruch: – Za dużo majonezu, szkodliwe. – Po co taki drogi chleb? W Żabce tańszy. – Mięso trzeba było mocniej rozbić, bo wyjdzie twarde. Polina już nauczyła się puszczać te monologi mimo uszu. Byle do wieczora. Po szóstej zaczęli schodzić się goście: znajomi Witka, wesoła ferajna, atmosfera od razu się rozluźniła. Stół uginał się pod zapiekanym mięsem, bakłażanowymi roladkami z orzechami, tartaletkami z kawiorem, wędlinami, trzema rodzajami serów, sałatami i daniami na gorąco. Po pierwszym toastcie pani Tamara chwyciła mikrofon narracji: – Witeczku, synku, pamiętasz jak się urodziłeś… – i po raz piętnasty ruszyła historia porodowa. Goście uprzejmie słuchali, Polina korzystała z przerwy, nakładając sałatkę. – …Żonka się starała, nakupiła luksusowych smakołyków. Ja bym byle kartofli podać wystarczyło, byłoby serdeczniej. Ale teraz wszystko na pokaz. Po czym zjadła największy kawałek wędzonego węgorza, za który Polina zapłaciła fortunę, skomentowała, iż ryba słona i tłusta, „za moich czasów to śledź był królem”. Jednak jej apetyt nie ustawał – z talerza znikała najszlachetniejsza część smakołyków. Tartaletki z kawiorem jadła jak chrupki, z komentarzem: – A ten kawior jakiś drobny, pewnie sztuczny. Teraz wszystkiego podróbki. Polina, pokaż potem puszkę, przeczytam skład. Polina tylko uśmiechała się i dolewała wino. Witek czerwieniał, ale milczał. Impreza trwała, goście chwalili jedzenie, żartowali, wspominali stare czasy. Narzekania Tamary ginęły w szumie rozmów. Pod wieczór goście pożegnali się. Polina wykańczała naczynia, a Tamara ruszyła z pomocą sprzątania. – Dobra, pomogę posprzątać, bo będziecie do rana w kuchni siedzieć – zapowiedziała. – Witek, wynieś śmieci, a ty, Polino, przekładaj gorące do pojemników. Polina czuła potworne zmęczenie, głowa pękała, pragnęła na chwilę się schować. – Pani Tamaro, zostawcie, sama posprzątam. Odpocznijcie, zadzwonić po taxi? – Taxi?! – oburzyła się teściowa. – Rozrzutna młodzież! Autobusy jeszcze jeżdżą. Pomogę, nie dyskutuj. Ty blada, idź do łazienki, wypij tabletkę, ja tu ogarnę. Polina poddała się. Weszła do sypialni, połknęła lek przeciwbólowy, polała twarz wodą. Kiedy wróciła, podeszła do drzwi kuchni – cicho jak kot. Pani Tamara stała plecami do niej, przy otwartej lodówce, na taborecie torba gigant. Poruszała się sprawnie jak magik. Z talerza z mięsną deską zgarnęła to, co zostało: balyk, pieczeń, wędliny. gwałtownie do reklamówki, zawiązała, wpadło do torby. Z lodówki wyjęła pojemnik z porcją łososia „na jutro” – porządny kawałek. Pakiet – torba. Potem połowa tortu „Napoleon”, zapakowana w folię, brutalnie spłaszczona w miękką bryłę. – Co tam jeszcze… – mruknęła. – Parmezanik. Wyschnie, to i tak wyrzucą. Kawałek parmezanu – do torby; potem słoik oliwek; i prawie pełna butelka drogiego koniaku, który Witek dostał od kolegów i choćby nie otworzył. Polina zamarła przy futrynie. Krzyczeć? Rzucić oskarżeniem o kradzież? Język nie śmiał nazwać matki męża złodziejką – choć dokładnie to robiła. W tej chwili drzwi wejściowe trzasnęły. Wrócił Witek. – Zimno jak na Syberii – zawołał. – Mamo, gotowa? Kurtek nie zdejmuję, odprowadzę cię. Teściowa spłoszona, zatrzasnęła torbę, odwróciła się. Na sekundę zmieszana zobaczyła Polinę. Oczy zaczęły biegać, ale natychmiast odzyskała rezolutność. – O, jesteś? Pomagam tu dziewczynie! Witek wrócił? Super, już się zbieram. Chwyciła torbę, ledwo podniosła, jęknęła pod ciężarem. – Mamo, pomóc ci? Co tam masz, cegły? – zajrzał Witek. – Nie trzeba! – pisnęła, tuląc torbę do piersi. – Tam… tam puste słoiki. Ogórki przełożyłam do waszego garnka, a słoiki zabieram. I osobiste rzeczy. Nie dotykaj! Polina spojrzała na męża. On na mamę, zdziwiony. – Mamo, jakie słoiki? Przywiozłaś jedną, stoi pełna. – Inne słoiki! Czemu się czepiasz?! Idę do domu! Urobiona dziś za trzech! Polina zrobiła krok – w głowie zamiast bólu czuła lodowaty spokój. – Pani Tamaro, postawcie torbę na stole. – Co?! Chcesz mnie przeszukać?! Witek, słyszysz co ona mówi? Wyzywa mnie od złodziejek! – Polino, o co chodzi? – Witek rozdygotany. – Witek – weszła mu w słowo. – W tej torbie jest nasz jutrzejszy obiad. I kolacja na dwa dni. Ryba za trzy stówy, twój ukochany balyk, koniak od kolegów, cały tort. – Co za brednie! – wrzasnęła Tamara, cofając się ku drzwiom. – Jak możesz tak mówić! Ja, nauczycielka weteranka! W życiu okruszka nie wzięłam! Udławcie się tą wędliną! Próbowała przemycić się obok syna, ale torba zahaczyła o stół. Rączki nie wytrzymały ciężaru „pustych słoików”, pękły. Torba z hukiem padła na podłogę, zawartość się wysypała. Widok był epicki. Na podłodze rozlała się cała wędlina. Kawał węgorza pacnął o kapcie Witka. Folia z tortem się rozwinęła, tort „Napoleon” w niegdysiejszej świetności zamienił się w placek. Butelka koniaku zadźwięczała o nogę stołu, na szczęście nie rozsypała. Na szczycie leżał parmezan i garść landrynek z miseczki. Zapadła cisza. Słychać było tylko lodówkę i ciężkie oddechy Tamary. Witek patrzył na rozrzucone przysmaki, na swoją nogę z węgorzem; twarz przechodziła przez fazy: konsternacja, rozumienie, wstyd. Lepki, gęsty wstyd. – Mamo? – wydusił. – To co? Tamara wyprostowała się. Najlepsza obrona – atak. – A co wielkiego? – rzuciła w oczy synowi. – Tak, wzięłam! A wam dużo! I tak zmarnujecie! Jesteście rozpasani! Lodówka pełna, a matka za osiemset złotych żyje! Taki balyk to ja widziałam tylko w telewizji! Wolno mi raz w życiu spróbować? Wychowałam cię! Nocy nie przesypiałam! A ty… żałujesz mamie kawałka kiełbasy? Polina milczała. Czekała na reakcję męża – moment prawdy. Do tej pory zawsze udawał: „No mamo, bierz, nam nie szkoda”, byle uniknąć awantury. Witek powoli podniósł węgorza, odłożył na stół. Potem koniak. – Mamo, – powiedział cicho. – Tu nie chodzi o kiełbasę. Wiesz, iż gdybyś poprosiła, sami byśmy ci spakowali. Zawsze ci dajemy na wynos. Zawsze. – Co ja, żebrak?! Prosić?! – wrzeszczała Tamara, widząc, iż traci grunt. – Matka ma się upokarzać? Sami powinniście się domyślić! Egoiści! – Nie prosiłaś, – pokręcił głową Witek. – Ukradłaś. Wymyśliłaś moment, gdy Polina wyszła, zgarnęłaś wszystko do torby. Jak… jak szczur. – Nazwałeś mnie szczurem?! – Tamara złapała się za serce. – Ojej! Źle mi! Serce! Walidol! W grobie mnie przez was położą! – Bez teatralności, pani Tamaro, – chłodno powiedziała Polina. – Walidol w lewym kieszeniu, widziałam jak zdejmowała pani płaszcz. Teściowa zastygła – scena nie wyszła. – Witek, – Polina zwróciła się do męża. – Zbierz to, co spadło, do reklamówki. – Po co? – zdziwił się. – Oddaj mamie. Niech zabiera. – Polina? – zdziwił się. – Niech zabiera, – powtórzyła stanowczo. – Ryba była na podłodze, nie tknę jej. Tort w placku. Wędlina też. Niech wszystko zabierze. Prezent na twój jubileusz. Zapłata za to, żeby przez miesiąc nie widzieć jej w tym domu. Pani Tamara łapała dech jak ryba wyrzucona na brzeg. Witek włożył wszystko do reklamówki, oprócz koniaku, który zostawił. – Koniak zostawiam – oświadczył. – Potrzebuję teraz się napić. Mocno. Podał torbę matce. – Weź, mamo. I idź. Zamówiłem ci taxi, za dwie minuty będzie. – Wy mnie wyrzucacie? Własną matkę? Przez jedzenie?! – Przez kłamstwo, mamo. I przez brak szacunku. Do mojego domu i mojej żony. Tamara wyrwała reklamówkę, w oczach łzy złości. – Noga moja tu nie postanie! – wycedziła. – Róbcie co chcecie, burżuje przeklęte! Żeby ta wasza kiełbasa wam w gardle stanęła! Wybiegła, trzaskając drzwiami aż poleciała tynk. Polina osunęła się na krzesło, zasłoniła twarz. Trzęsła się. Witek sięgnął po dwa kieliszki, nalał koniaku. Jeden podał żonie, drugi wziął. – Wypij – powiedział. – Potrzebujesz. Polina podniosła głowę. Mąż wyglądał, jakby postarzał się o dekadę. Usiadł naprzeciw, chwycił jej dłoń. – Przepraszam, Polu. – Za co? Przecież nie wiedziałeś. – Za to, iż nie dostrzegałem wcześniej. Że pozwalałem jej tak się zachowywać. Zawsze myślałem: no, matka, dziwna, ale dobra. A teraz… Wstyd mi. Jakbym to ja kradł tę cholerną kiełbasę. Polina przełknęła koniak, pieczenie w gardle przyniosło ulgę. – Najśmieszniejsze, iż kupiłam specjalnie drugą paczkę kiełbasy i kawałek sera dla niej na wynos. Leżą w dolnej szufladzie lodówki. Po prostu ich nie znalazła. Witek wybuchł histerycznym śmiechem. – Serio? – Serio. Wiedziałam, iż będzie płakała nad biedą. Chciałam po ludzku. – Ale z nią się nie da po ludzku – Witek wypił swój kieliszek. – Wiesz co? Jutro zmieniam zamki. Klucze wyprosiła pół roku temu „na wszelki wypadek”. Nie chcę, żeby następnym razem wyniosła telewizor, bo „u sąsiadki z klatki większy”. Polina patrzyła na męża z szacunkiem. Po raz pierwszy w siedmioletnim małżeństwie mówił o matce bez wykrętów. Torba z przysmakami była tą ostatnią kroplą. – A co jutro zjemy? – spojrzała na pusty stół. – Wszystko zabrała. Witek otworzył lodówkę. – Została puszka kawioru. Druga, której nie zauważyła. I jajka. I mleko. Będzie jajecznica z kawiorem. Po królewsku. Polina roześmiała się. Stres zaczął odpuszczać. – Poza tym są te zgniłe jabłka – przypomniała. – Możemy zrobić kompot. – Nie, – Witek skrzywił się. – Jabłka jutro wyrzucę. Z ogórkami. Wystarczy tej „pomocy humanitarnej”. Jeszcze długo siedzieli przy kuchennym stole, rozmawiali. O granicach. O tym, iż miłość do rodziców nie usprawiedliwia wycierania o siebie nóg. O tym, iż rodzina to przede wszystkim oni sami. Rano Polina obudziła się od zapachu kawy. Witek już czarował na kuchni. – Dzień dobry – pocałował ją w głowę. – Zastanawiam się… Została ci jeszcze premia? – Trochę. A co? – Jedźmy na weekend gdzieś – do pensjonatu, albo chociaż do Krakowa. Wyłączymy komórki. Daleko od tego wszystkiego. – A mama? Będzie dzwonić, skarżyć się cioci i kuzynom, iż ją skrzywdziliśmy. – Niech dzwoni. To już jej wybór. My mamy swój: jajecznica z kawiorem gotowa, chodź na śniadanie. Polina patrzyła na talerz: puszysta jajecznica z czerwonym kawiorowym akcentem. Najlepsze śniadanie w życiu. Nie przez cenę. Przez brak poczucia winy i cudzych roszczeń. Pani Tamara zadzwoniła dwa dni później. Witek spojrzał na ekran, westchnął, odłożył telefon ekranem do blatu. – Nie odbierzesz? – spytała Polina. – Nie. Niech zje kiełbasę, nieco ochłonie. Może za miesiąc pogadamy. Teraz mam ważniejsze sprawy: zabieram żonę do kina. Polina uśmiechnęła się i poszła się szykować. Lodówka była pusta, ale w sercu panował spokój. A to było warte wszystkich przysmaków świata. jeżeli ta historia do Was przemówiła, zostawcie lajka i suba. A Wy jak myślicie – czy Witek postąpił słusznie, czy z mamą powinno być łagodniej?

newsempire24.com 8 godzin temu

Teściowa przełożyła delikatesy z mojego lodówki do swojej torby przed wyjściem

Jesteś pewna, iż naprawdę potrzebujemy tyle wędlin? Przecież ten polędwica kosztuje tyle, co felga od BMW! Marek kręcił w rękach próżniowo pakowany kawałek mięsa i patrzył na metkę jakby tam był wypisany jego wyrok.

Zofia bez pośpiechu wykładała zakupy na kuchenny stół lśniące papryki, wypasiona puszka kawioru z złotą zakrętką, kostka parmezanu, butelki wina. Kuchnię wypełniały zapachy świeżego chleba i wędzonek.

Marek, masz okrągłe urodziny odpowiedziała spokojnie, wkładając mleko do lodówki. Trzydzieści pięć lat. Przychodzą twoi koledzy, przyjeżdża mama. Chcesz postawić na stole tylko ziemniaki i śledzia w majonezie? Dostałam premię, mogę chociaż raz w roku zrobić porządny stół, żeby się nie musieć wstydzić?

Mi nie wstyd choćby za kartofle mruknął Marek, ale polędwicę odstawił na półkę lodówki blisko ściany. Przecież mama znowu zacznie narzekać, iż marnujemy kasę. Znasz ją: Lepiej byście oszczędzali, lepiej kredyt szybciej spłacili.

Twoja mama i tak będzie narzekać westchnęła Zofia, sięgając po miskę na sałatkę. Kupimy drogie rozrzutni. Kupimy tanie biedacy, karmimy syna byle czym. Ja już dawno przestałam się przejmować tym, co myśli Halina. Najważniejsze, żeby tobie i gościom smakowało. Poza tym, ten szynkę kupiłam specjalnie, szukałam jej pół Warszawy. To dokładnie ta, którą jadłeś we Włoszech, pamiętasz?

Marek się uśmiechnął na wspomnienie. Twarz mu się rozluźniła.

Jasne, pyszna była. Dobra, masz rację. Jak świętować to świętować. Tylko zrywmy metki, bo mama zemdleje jak zobaczy cenę.

Przygotowania do święta szły pełną parą. Zofia uwielbiała gotować pod warunkiem, iż nikt jej nie patrzył na ręce. Niestety, Halina zapowiedziała, iż przyjedzie wcześniej, by pomóc dziewczynie. To określenie zawsze wywoływało u Zofii nerwowy skurcz powieki. Pomoc teściowej polegała zwykle na zajęciu najlepszego krzesła w środku kuchni i wydawaniu cennych uwag oraz krytykowaniu wszystkiego od sposobu krojenia cebuli, po kolor firanek.

Dzwonek zadźwięczał punktualnie o drugiej. Marek ruszył otwierać, a Zofia, wzięła parę głębokich oddechów i nałożyła sobie dyżurny uśmiech.

Już jest jubilat! rozbrzmiał po przedpokoju donośny głos Haliny. No, daj się wycałować, synku! Osłabłeś, skóra i kości. Jak tu przytyć na tych sklepowych pierogach?

Mamo, daj spokój, Zosia świetnie gotuje Marek próbował się bronić, zdejmując ciężki płaszcz matki.

Nie dyskutuj z matką. Widzzę, oczy zapadnięte. Witaj, Zosiu.

Halina wmaszerowała do kuchni jak lodołamacz Władysław na Bałtyku. W rękach miała ogromną torbę, z którą nigdy się nie rozstawała.

Dzień dobry, Halino. Miło panią widzieć. Proszę, czajnik właśnie zaczął szumieć.

Herbata później machnęła ręką teściowa, stawiając torbę na stołku. Przyniosłam tu wam trochę dobroci z działki. Bo wiem, iż u was w lodówce zawsze bida z nędzą.

Wyjęła swoje dary trójlitrowy słoik ogórków kiszonych o brudnym kolorze, reklamówkę sponiewieranych jabłek z działki i worek cukierków Krowka starszych od mnie.

Ogórki własne, bez chemii oświadczyła dumnie. Jabłka samo zdrowie. Obciąć zgniłe, będzie kompot. Szkoda wyrzucać.

Dziękuję Zofia skinęła głową, omijając wzrokiem mętny kwas. Na pewno spróbujemy.

Halina już otwierała lodówkę. To jej rytuał. Niby sprawdza, czy miejsce się znajdzie, ale każdy wiedział, iż to inspekcja.

Oho! przeciągnęła, widząc rzędy delikatesów. Kawior? Czerwony? Dwie puszki? Marek, wy skarb znaleźliście? Zofia napadła na bank?

Premia była w pracy, mamo wymamrotał Marek, podkradając kawałek sera.

Premia… wiadomo. Zamiast matce pomóc, co płot się wali na działce, to kawior sobie kupują. Ale róbcie, co chcecie. Mi dużo nie trzeba Halina trzaska lodówką i siada na swoim ulubionym miejscu, blokując dostęp do zlewu.

No, pokaż, Zosiu, co narobiłaś. Ja tu posiedzę chwilę, odpocznę, nogi buzują. Od rana ciśnienie mi skacze, ale przyjechałam, bo jakżeby nie ucałować syna? Bohaterstwo!

Kolejne trzy godziny minęły jak zwykle Zofia biegała między kuchenką, stołem, kroiła, mieszała, piekła, podczas gdy Halina komentowała każde jej posunięcie.

Majonezu za dużo, niezdrowo.

Po co taki chleb drogi? W Biedronce bochenek za trzy złote, taki sam!

Mięso trzeba było mocniej rozbić, będzie twarde.

Zofia milczała, nauczyła się zakładać w głowie biały szum i nie słyszeć tego strumienia mądrości. Byle do wieczora.

O szóstej zaczęli się schodzić goście. Koledzy Marka, wesoła ferajna, napełnili mieszkanie śmiechem i zapachem męskich perfum. Stół aż się uginał. Zofia postarała się pieczony schab, roladki z bakłażana z orzechami, tartaletki z kawiorem, zestaw szynki i serów, sałatki, dania na główne.

Kiedy wszyscy zasiedli, padł pierwszy toast za zdrowie jubilata. Od razu Halina przejęła pałeczkę.

Mareczku, synku zaczęła, ocierając oczy chusteczką. Pamiętam, jak się urodziłeś. Męczyłam się dwa dni…

Goście słuchali dzielnie tej historii po raz piętnasty. Zofia wykorzystała przerwę, by nałożyć sobie sałatkę.

…A teraz dorosłeś, synu. Ożeniłeś się. No, jak wyszło, tak wyszło rzuciła spojrzenie na Zofię. Najważniejsze, żebyś był szczęśliwy. A jedzenie… No, Polina się postarała, nakupowała drogich rzeczy. Ja bym poskromniej stół zrobiła, byłoby bardziej swojsko… Ale dzisiaj wszyscy tylko na pokaz.

Nadziała widelcem wielki kawałek wędzonego łososia, który Zofia zamówiła w specjalistycznym sklepie za fortunę, i włożyła go do ust.

Hm przeżuła głośno. Ryba jak ryba. Słona, tłusta. Za moich czasów śledź był lepszy.

Mimo narzekań Halina jadła z apetytem. Jej talerz jakby magicznie przyciągał najlepsze kąski. Polędwica znikała w tempie ekspresowym. Tartaletki z kawiorem jadła jak słone paluszki, mrucząc:

O, kawior jakiś drobny. Pewnie sztuczny? Teraz prawdziwego nie ma. Zosiu, pokaż puszkę po wszystkim, sprawdzę skład. Bo narazimy się jeszcze na zatrucie.

Zofia tylko się uśmiechała i dolewała wina do kieliszków. Widziała, jak Marek czerwienieje, ale milczy. Nigdy matce nie zaprzeczał przy ludziach ani też na osobności.

Wieczór płynął dalej. Goście doceniali jedzenie, żartowali, wracali myślami do studenckich lat. Halina co jakiś czas dokładała swoje dwa grosze o ciężkim życiu emerytek i niewdzięcznych dzieciach, ale ogólny harmider ją zagłuszał.

Około dziesiątej goście zaczęli się rozchodzić. W końcu jutro do pracy, a i biesiada była udana.

Zofia, jesteś mistrzynią! powiedział Kuba, najlepszy kolega Marka, ściskając jej rękę w przedpokoju. Łosoś mistrzostwo świata. Dzięki!

Cieszę się, iż smakowało uśmiechnęła się Zofia.

Gdy zamknęły się drzwi za ostatnim gościem, w mieszkaniu zapanowała cisza, przerywana tylko brzękiem naczyń, które Halina zaczęła gromadzić ze stołu.

Dobra, pomogę wam posprzątać, bo do rana byście nie skończyli oświadczyła. Marek, wynieś śmieci, reklamówki pełne. Ty, Zosiu, przekładaj gorące do pojemników.

Na Zofię zstąpiło uczucie przeogromnego zmęczenia. Głowa pulsowała.

Pani Halino, zostaw, sama wszystko sprzątnę. Proszę odpocząć, zamówić taksówkę?

Jaka taksówka? oburzyła się Halina. Po co wydawać pieniądze? Na autobus podjadę, jeszcze jeżdżą. I nie dyskutuj, pomogę! Ledwo na nogach stoisz, biała jak ściana! Idź do łazienki, umyj się, weź tabletkę. Ja tu szybciutko się uwinę.

Zofia rzeczywiście poczuła się kiepsko. Ryzgranie w żołądku migreny.

Dobrze poddała się. Pięć minut dla siebie. Marek zaraz wróci z śmietnika i odprowadzi panią.

Poszła do sypialni, znalazła przeciwbólową tabletkę. W łazience ochlapała twarz zimną wodą. Szum w uszach nieco ucichł. Muszę wrócić pomyślała. Lepiej nie zostawiać jej samej w kuchni, bo zacznie zmywać naczynia moim płynem do twarzy albo poustawia wszystko po swojemu.

Zofia cicho wyszła z łazienki w kapciach, jej ruchy były bezgłośne. Podeszła do drzwi kuchni i stanęła jak wryta.

Halina stała otwarta przy lodówce, z szeroką torbą na stołku. Operowała szybko, sprawnie jak wprawny iluzjonista.

Zgarnięła z półmiska resztki wędlin. Zostało tam jeszcze sporo plastry polędwicy, schabu, kiełbasy. Wszystko błyskawicznie trafiło do foliowej reklamówki, zawiązała ją i wrzuciła w czeluści swojej torby.

Zofia zamrugała. Może się przewidziało? Ale nie.

Teściowa sięgnęła do lodówki. Wyjęła pojemnik, do którego przed przyjściem gości Zofia odłożyła kawałek łososia na śniadanie. Spory, jakieś trzysta gram. Reklamówka torba.

Potem do torby powędrowała połowa domowego tortu napoleon, który Zofia piekła wczoraj do nocy. Zamiast pudełka, zawinęła go w folię, ugniatając kruche warstwy.

No, co my tu jeszcze mamy mamrotała Halina pod nosem. Ser. Parmezanik. Przecież zaschnie, i tak wyrzucą.

Parmezan, który kosztował tyle, co nocleg w Zakopanem, również wylądował w torbie. Do tego pojemnik z oliwkami i, co wykończyło Zofię, prawie pełna butelka drogiego koniaku, prezent od kolegów Marka, nieotwarta.

Stałam oparta o framugę i nie wiedziałem, co zrobić. Wydrzeć się? Awanturę urządzić? Oskarżyć o kradzież? Nie śmiałem nazwać matki żony złodziejką, choć właśnie tym teraz była.

W tym momencie trzasnęły drzwi wejściowe. Wrócił Marek.

Ale zimno na dworze rozległ się jego głos. Mamo, gotowa? Nie zdejmuję kurtki, odprowadzę cię.

Halina podskoczyła, w pośpiechu zamknęła torbę i odwróciła się. Zobaczyła Zofię w progu, przez chwilę się zmieszała, oczy jej uciekły, ale od razu odzyskała rezon.

O, Zosiu, już jesteś? Ja tu sprzątam, pomagam. Marek przyszedł? To dobrze. Już się zebrałam.

Chwyciła torbę, ciężar był znacznie większy niż przy wejściu.

Mamo, pomóc ci? Co tam wrzuciłaś, cegły? Marek zajrzał do kuchni.

Nie! wrzasnęła Halina, przyciskając torbę do siebie. Sama dam radę! Tam tam są puste słoiki. Zabrałam swoje słoiki, ogórki przełożyłam do waszego garnka. Nie dotykaj!

Zofia spojrzała na Marka. Marek patrzył na matkę z zdziwieniem.

Mamo, jak to słoiki? Przywiozłaś jeden, pełny, stoi na parapecie.

Inne słoiki! Halina zaczęła się czerwienić. Przestań już! Chcę wracać! Cały dzień harowałam u was!

Zofia zrobiła krok. Głowa już przeszła, zapanował lodowaty spokój.

Pani Halino odezwałem się cicho, ale wyraźnie. Proszę postawić torbę na stół.

Co?! wytrzeszczyła oczy. Ty mnie przeszukiwać chcesz? Marek, słyszysz, co twoja żona mówi? Ona mnie za złodziejkę uważa!

Zosiu, co ty robisz? Marek zaczął miotać wzrokiem między nami. Mama tylko

Marek przerwałem mu, patrząc na teściową. W tej torbie jest nasze śniadanie. I obiad. I kolacja na dwa dni. Jest tam łosoś, za którego zapłaciłam trzysta złotych. Są twoje ulubione wędliny. Jest twój koniak. I tort.

Gadasz głupstwa! wrzasnęła Halina, wycofując się ku wyjściu. Jak ty możesz! Ja, zasłużona nauczycielka, emerytka choćby okruszka nie wzięłam! Udławcie się tym żarciem!

Ruszyła do przedpokoju, ale torba zahaczyła o kant stołu. Rączki nie wytrzymały wagi pustych słoików i pękły. Torba runęła na podłogę, jej zawartość rozlała się po panelach.

Widok był spektakularny.

Po podłodze wtoczyła się kiełbasa. Reklamówka się rozplotła, tłusty kawał łososia wylądował na kapciu Marka. Folia z tortem rozwinęła się, pokazując zgnieciony napoleon. Butelka koniaku stuknęła o nogę krzesła, ale nie pękła. Na górze stał parmezan i garść cukierków z miseczki.

W kuchni zapanowała cisza. Słychać było tylko jak buczy lodówka i jak ciężko oddycha Halina.

Marek patrzył na rozsypane delicje. Spojrzał na swoją stopę, na której leży łosoś, potem na czerwoną matkę. Twarz mu się zmieniała. Najpierw osłupienie, potem zrozumienie, potem wstyd. Lepki, gęsty wstyd.

Mamo? wykrztusił. Co to miało być?

Halina wyprostowała się. Najlepszą obroną jest atak.

I co z tego? wypaliła, patrząc synowi w oczy. Tak, wzięłam! Macie za dużo! I tak zmarnujecie! Za dobrze wam! Lodówka pełna, a matka na emeryturze piętnaście stówek. Tę polędwicę tylko w telewizji widziałam! Mam prawo chociaż raz się najeść! Wychowałam cię! Nie spałam nocami! Żałujesz matce kawałka kiełbasy?

Zofia milczała. Czekałem na reakcję Marka. Zwykle w takich momentach zaczynał: No dobra, mamo, bierz, nam nie szkoda byleby nie było kłótni.

Marek pochylił się, podniósł łososia z podłogi. Położył na stół. Podniósł koniak.

Mamo odezwał się bardzo cicho. Tu nie chodzi o jedzenie. Gdybyś powiedziała, zebrałbym ci wszystko. Zawsze dajemy ci na wynos. Zawsze.

Co, żebym żebrała? Prosić? pisnęła Halina otrząsając gleby. Rodzona matka się prosić ma?! Sami powinniście podać! Egoiści!

Nie prosiłaś pokręcił głową Marek. Ukradłaś. Poczekałaś, aż Zosia wyjdzie, i wrzuciłaś wszystko do torby. Jak… jak szczur.

Jak mnie nazywasz?! Halina złapała się za serce. O Jezu, umieram! Serce! Validol! Zabijecie mnie tu!

Bez teatrów, pani Halino spokojnie rzuciła Zofia. Validol jest w lewym kieszonku, widziałam jak zdejmowała pani płaszcz.

Teściowa zamarła. Scenka nie wypaliła.

Marek zwróciłem się do niego. Zbierz wszystko co spadło do reklamówki.

Po co? nie zrozumiał.

Oddaj mamie. Niech zabierze.

Zosiu? Marek nie dowierzał.

Niech zabiera powtórzyłem stanowczo. Ryba i tak poleciała na podłogę, nie chcę jej. Tort rozgnieciony. Kiełbasa też. Niech weźmie wszystko. To będzie jej prezent na twoje urodziny. I abonament za to, iż przez miesiąc nie chcę jej widzieć tu w domu.

Halina stała, łapiąc powietrze jak karp bez wody.

Marek bez słowa zebrał wszystko do reklamówki: rybę, ser, rozgnieciony tort. Koniak jednak zostawił na stole.

Koniak zostawiam powiedział. Zaraz muszę się napić. Bardzo.

Podał torbę matce.

Bierz, mamo. I idź. Zamówiłem dla ciebie taxi, zaraz będzie na dole.

Wyrzucacie mnie? Matkę? Przez jedzenie?

Za kłamstwo, mamo. I za brak szacunku. Do mojego domu i mojej żony.

Halina wyrwała reklamówkę z rąk syna. W oczach miała gniewne łzy.

Nigdy więcej tu nie przyjdę! syknęła. Jak chcecie, żyjcie! Burżuje przeklęci! Żeby wam ta kiełbasa w gardle stanęła!

Odwróciła się i wybiegła na korytarz. Trzasnęła drzwiami tak mocno, iż tynk posypał się ze ściany.

Zofia usiadła na krześle, schowała twarz w dłoniach. Cały drżała.

Marek podszedł do barku, wyjął dwa kieliszki. Wlał koniak. Jeden kieliszek postawił przed nią, drugi wziął do siebie.

Wypij rzekł. Przyda ci się.

Zofia podniosła głowę. Marek wyglądał na starszego o dziesięć lat. Usiadł naprzeciwko, objął ją za rękę.

Przepraszam cię, Zosiu.

Za co? Przecież nie wiedziałeś.

Że nie dostrzegałem wcześniej. Że pozwalałem jej tak się zachowywać. Myślałem zawsze: to mama, dziwna, ale dobra. Teraz Strasznie mi wstyd. Jakbym to ja podkradał tę cholerną kiełbasę.

Zofia przełknęła łyk. Koniak był mocny, ale dał niespodziewane ukojenie.

Wiesz uśmiechnęła się gorzko. Najśmieszniejsze, iż specjalnie kupiłam dodatkową kiełbasę i ser, żeby jej dać na odchodne. Leżą w dolnej szufladzie lodówki. Nie zdążyła ich znaleźć.

Marek prychnął.

Serio?

Serio. Wiedziałam, iż będzie marudzić o biedzie. Chciałam po ludzku.

Po ludzku z nią się nie da Marek wlał w siebie kieliszek. Wiesz co? Jutro zmieniam zamki. Ma klucze, wyciągnęła pół roku temu na wszelki wypadek. Nie chcę, żeby następnym razem wyniosła telewizor, bo u Danki z sąsiedztwa większy.

Zofia patrzyła na Marka z niedowierzaniem, ale także z szacunkiem. Po raz pierwszy w siedmioletnim małżeństwie mówił o matce bez poddaństwa i usprawiedliwień. Akcja z delikatesami była tą ostatnią kroplą w morzu cierpliwości choćby dla tak spokojnego faceta jak Marek.

A co zjemy jutro? zapytała, patrząc na pusty stół. Prawie wszystko zabrała.

Marek podszedł do lodówki, otworzył ją szeroko.

Została puszka kawioru. Druga, której nie zauważyła. I jajka. I mleko. Zrobimy jajecznicę z kawiorem. Po królewsku.

Zofia się zaśmiała. Napięcie odpuściło.

A do tego są jeszcze zgniłe jabłka przypomniała. Kompot możemy ugotować.

A niech to, Marek się skrzywił. Jabłka jutro wyniosę razem z ogórkami w mętnym słoiku. Mam już dość tych darów losu.

Siedzieli jeszcze chwilę w kuchni, dopijając koniak i rozmawiając. O tym, o czym milczeli latami o granicach, o tym, iż miłość do rodziców nie znaczy, iż można pozwalać na wszystko. O tym, iż rodzina to przede wszystkim oni sami.

Rano obudził mnie zapach kawy. Marek już czarował w kuchni.

Dzień dobry pocałował mnie w głowę. Tak sobie myślę Zostało coś z premii?

Trochę. A czemu pytasz?

W weekend pojedźmy gdzieś. Do pensjonatu. Albo do Krakowa na dwa dni. Daleko od Warszawy. I wyłączmy telefony.

A mama? Będzie dzwonić, skarżyć się wszystkim, iż ją skrzywdziliśmy.

Niech dzwoni. Taki jej wybór. Nasz wybór jest inny. Jajecznica z kawiorem czeka, chodź jeść.

Zofia spojrzała na talerz, gdzie żółta, puszysta jajecznica była hojnie udekorowana czerwonym kawiorem. Pomyślała, iż to najpyszniejsze śniadanie w życiu. Nie dlatego, iż kawior drogi. Dlatego, iż bez poczucia winy.

Halina zadzwoniła dwa dni później. Marek spojrzał na telefon, westchnął i odłożył go ekranem do blatu.

Nie odbierzesz? spytała Zofia.

Nie. Niech zje kiełbasę, ochłonie. Może za miesiąc pogadamy. A teraz mam lepsze sprawy. Zabieram żonę do kina.

Zofia się uśmiechnęła i poszła się ubierać. Lodówka była prawie pusta, ale w sercu miałem spokój i lekkość. I to uczucie warte było więcej niż wszystkie szynki świata.

Idź do oryginalnego materiału