Teściowa przełożyła delikatesy z mojego lodówki do swojej torby przed wyjściem
Jesteś pewna, iż naprawdę potrzebujemy tyle wędlin? Przecież ten polędwica kosztuje tyle, co felga od BMW! Marek kręcił w rękach próżniowo pakowany kawałek mięsa i patrzył na metkę jakby tam był wypisany jego wyrok.
Zofia bez pośpiechu wykładała zakupy na kuchenny stół lśniące papryki, wypasiona puszka kawioru z złotą zakrętką, kostka parmezanu, butelki wina. Kuchnię wypełniały zapachy świeżego chleba i wędzonek.
Marek, masz okrągłe urodziny odpowiedziała spokojnie, wkładając mleko do lodówki. Trzydzieści pięć lat. Przychodzą twoi koledzy, przyjeżdża mama. Chcesz postawić na stole tylko ziemniaki i śledzia w majonezie? Dostałam premię, mogę chociaż raz w roku zrobić porządny stół, żeby się nie musieć wstydzić?
Mi nie wstyd choćby za kartofle mruknął Marek, ale polędwicę odstawił na półkę lodówki blisko ściany. Przecież mama znowu zacznie narzekać, iż marnujemy kasę. Znasz ją: Lepiej byście oszczędzali, lepiej kredyt szybciej spłacili.
Twoja mama i tak będzie narzekać westchnęła Zofia, sięgając po miskę na sałatkę. Kupimy drogie rozrzutni. Kupimy tanie biedacy, karmimy syna byle czym. Ja już dawno przestałam się przejmować tym, co myśli Halina. Najważniejsze, żeby tobie i gościom smakowało. Poza tym, ten szynkę kupiłam specjalnie, szukałam jej pół Warszawy. To dokładnie ta, którą jadłeś we Włoszech, pamiętasz?
Marek się uśmiechnął na wspomnienie. Twarz mu się rozluźniła.
Jasne, pyszna była. Dobra, masz rację. Jak świętować to świętować. Tylko zrywmy metki, bo mama zemdleje jak zobaczy cenę.
Przygotowania do święta szły pełną parą. Zofia uwielbiała gotować pod warunkiem, iż nikt jej nie patrzył na ręce. Niestety, Halina zapowiedziała, iż przyjedzie wcześniej, by pomóc dziewczynie. To określenie zawsze wywoływało u Zofii nerwowy skurcz powieki. Pomoc teściowej polegała zwykle na zajęciu najlepszego krzesła w środku kuchni i wydawaniu cennych uwag oraz krytykowaniu wszystkiego od sposobu krojenia cebuli, po kolor firanek.
Dzwonek zadźwięczał punktualnie o drugiej. Marek ruszył otwierać, a Zofia, wzięła parę głębokich oddechów i nałożyła sobie dyżurny uśmiech.
Już jest jubilat! rozbrzmiał po przedpokoju donośny głos Haliny. No, daj się wycałować, synku! Osłabłeś, skóra i kości. Jak tu przytyć na tych sklepowych pierogach?
Mamo, daj spokój, Zosia świetnie gotuje Marek próbował się bronić, zdejmując ciężki płaszcz matki.
Nie dyskutuj z matką. Widzzę, oczy zapadnięte. Witaj, Zosiu.
Halina wmaszerowała do kuchni jak lodołamacz Władysław na Bałtyku. W rękach miała ogromną torbę, z którą nigdy się nie rozstawała.
Dzień dobry, Halino. Miło panią widzieć. Proszę, czajnik właśnie zaczął szumieć.
Herbata później machnęła ręką teściowa, stawiając torbę na stołku. Przyniosłam tu wam trochę dobroci z działki. Bo wiem, iż u was w lodówce zawsze bida z nędzą.
Wyjęła swoje dary trójlitrowy słoik ogórków kiszonych o brudnym kolorze, reklamówkę sponiewieranych jabłek z działki i worek cukierków Krowka starszych od mnie.
Ogórki własne, bez chemii oświadczyła dumnie. Jabłka samo zdrowie. Obciąć zgniłe, będzie kompot. Szkoda wyrzucać.
Dziękuję Zofia skinęła głową, omijając wzrokiem mętny kwas. Na pewno spróbujemy.
Halina już otwierała lodówkę. To jej rytuał. Niby sprawdza, czy miejsce się znajdzie, ale każdy wiedział, iż to inspekcja.
Oho! przeciągnęła, widząc rzędy delikatesów. Kawior? Czerwony? Dwie puszki? Marek, wy skarb znaleźliście? Zofia napadła na bank?
Premia była w pracy, mamo wymamrotał Marek, podkradając kawałek sera.
Premia… wiadomo. Zamiast matce pomóc, co płot się wali na działce, to kawior sobie kupują. Ale róbcie, co chcecie. Mi dużo nie trzeba Halina trzaska lodówką i siada na swoim ulubionym miejscu, blokując dostęp do zlewu.
No, pokaż, Zosiu, co narobiłaś. Ja tu posiedzę chwilę, odpocznę, nogi buzują. Od rana ciśnienie mi skacze, ale przyjechałam, bo jakżeby nie ucałować syna? Bohaterstwo!
Kolejne trzy godziny minęły jak zwykle Zofia biegała między kuchenką, stołem, kroiła, mieszała, piekła, podczas gdy Halina komentowała każde jej posunięcie.
Majonezu za dużo, niezdrowo.
Po co taki chleb drogi? W Biedronce bochenek za trzy złote, taki sam!
Mięso trzeba było mocniej rozbić, będzie twarde.
Zofia milczała, nauczyła się zakładać w głowie biały szum i nie słyszeć tego strumienia mądrości. Byle do wieczora.
O szóstej zaczęli się schodzić goście. Koledzy Marka, wesoła ferajna, napełnili mieszkanie śmiechem i zapachem męskich perfum. Stół aż się uginał. Zofia postarała się pieczony schab, roladki z bakłażana z orzechami, tartaletki z kawiorem, zestaw szynki i serów, sałatki, dania na główne.
Kiedy wszyscy zasiedli, padł pierwszy toast za zdrowie jubilata. Od razu Halina przejęła pałeczkę.
Mareczku, synku zaczęła, ocierając oczy chusteczką. Pamiętam, jak się urodziłeś. Męczyłam się dwa dni…
Goście słuchali dzielnie tej historii po raz piętnasty. Zofia wykorzystała przerwę, by nałożyć sobie sałatkę.
…A teraz dorosłeś, synu. Ożeniłeś się. No, jak wyszło, tak wyszło rzuciła spojrzenie na Zofię. Najważniejsze, żebyś był szczęśliwy. A jedzenie… No, Polina się postarała, nakupowała drogich rzeczy. Ja bym poskromniej stół zrobiła, byłoby bardziej swojsko… Ale dzisiaj wszyscy tylko na pokaz.
Nadziała widelcem wielki kawałek wędzonego łososia, który Zofia zamówiła w specjalistycznym sklepie za fortunę, i włożyła go do ust.
Hm przeżuła głośno. Ryba jak ryba. Słona, tłusta. Za moich czasów śledź był lepszy.
Mimo narzekań Halina jadła z apetytem. Jej talerz jakby magicznie przyciągał najlepsze kąski. Polędwica znikała w tempie ekspresowym. Tartaletki z kawiorem jadła jak słone paluszki, mrucząc:
O, kawior jakiś drobny. Pewnie sztuczny? Teraz prawdziwego nie ma. Zosiu, pokaż puszkę po wszystkim, sprawdzę skład. Bo narazimy się jeszcze na zatrucie.
Zofia tylko się uśmiechała i dolewała wina do kieliszków. Widziała, jak Marek czerwienieje, ale milczy. Nigdy matce nie zaprzeczał przy ludziach ani też na osobności.
Wieczór płynął dalej. Goście doceniali jedzenie, żartowali, wracali myślami do studenckich lat. Halina co jakiś czas dokładała swoje dwa grosze o ciężkim życiu emerytek i niewdzięcznych dzieciach, ale ogólny harmider ją zagłuszał.
Około dziesiątej goście zaczęli się rozchodzić. W końcu jutro do pracy, a i biesiada była udana.
Zofia, jesteś mistrzynią! powiedział Kuba, najlepszy kolega Marka, ściskając jej rękę w przedpokoju. Łosoś mistrzostwo świata. Dzięki!
Cieszę się, iż smakowało uśmiechnęła się Zofia.
Gdy zamknęły się drzwi za ostatnim gościem, w mieszkaniu zapanowała cisza, przerywana tylko brzękiem naczyń, które Halina zaczęła gromadzić ze stołu.
Dobra, pomogę wam posprzątać, bo do rana byście nie skończyli oświadczyła. Marek, wynieś śmieci, reklamówki pełne. Ty, Zosiu, przekładaj gorące do pojemników.
Na Zofię zstąpiło uczucie przeogromnego zmęczenia. Głowa pulsowała.
Pani Halino, zostaw, sama wszystko sprzątnę. Proszę odpocząć, zamówić taksówkę?
Jaka taksówka? oburzyła się Halina. Po co wydawać pieniądze? Na autobus podjadę, jeszcze jeżdżą. I nie dyskutuj, pomogę! Ledwo na nogach stoisz, biała jak ściana! Idź do łazienki, umyj się, weź tabletkę. Ja tu szybciutko się uwinę.
Zofia rzeczywiście poczuła się kiepsko. Ryzgranie w żołądku migreny.
Dobrze poddała się. Pięć minut dla siebie. Marek zaraz wróci z śmietnika i odprowadzi panią.
Poszła do sypialni, znalazła przeciwbólową tabletkę. W łazience ochlapała twarz zimną wodą. Szum w uszach nieco ucichł. Muszę wrócić pomyślała. Lepiej nie zostawiać jej samej w kuchni, bo zacznie zmywać naczynia moim płynem do twarzy albo poustawia wszystko po swojemu.
Zofia cicho wyszła z łazienki w kapciach, jej ruchy były bezgłośne. Podeszła do drzwi kuchni i stanęła jak wryta.
Halina stała otwarta przy lodówce, z szeroką torbą na stołku. Operowała szybko, sprawnie jak wprawny iluzjonista.
Zgarnięła z półmiska resztki wędlin. Zostało tam jeszcze sporo plastry polędwicy, schabu, kiełbasy. Wszystko błyskawicznie trafiło do foliowej reklamówki, zawiązała ją i wrzuciła w czeluści swojej torby.
Zofia zamrugała. Może się przewidziało? Ale nie.
Teściowa sięgnęła do lodówki. Wyjęła pojemnik, do którego przed przyjściem gości Zofia odłożyła kawałek łososia na śniadanie. Spory, jakieś trzysta gram. Reklamówka torba.
Potem do torby powędrowała połowa domowego tortu napoleon, który Zofia piekła wczoraj do nocy. Zamiast pudełka, zawinęła go w folię, ugniatając kruche warstwy.
No, co my tu jeszcze mamy mamrotała Halina pod nosem. Ser. Parmezanik. Przecież zaschnie, i tak wyrzucą.
Parmezan, który kosztował tyle, co nocleg w Zakopanem, również wylądował w torbie. Do tego pojemnik z oliwkami i, co wykończyło Zofię, prawie pełna butelka drogiego koniaku, prezent od kolegów Marka, nieotwarta.
Stałam oparta o framugę i nie wiedziałem, co zrobić. Wydrzeć się? Awanturę urządzić? Oskarżyć o kradzież? Nie śmiałem nazwać matki żony złodziejką, choć właśnie tym teraz była.
W tym momencie trzasnęły drzwi wejściowe. Wrócił Marek.
Ale zimno na dworze rozległ się jego głos. Mamo, gotowa? Nie zdejmuję kurtki, odprowadzę cię.
Halina podskoczyła, w pośpiechu zamknęła torbę i odwróciła się. Zobaczyła Zofię w progu, przez chwilę się zmieszała, oczy jej uciekły, ale od razu odzyskała rezon.
O, Zosiu, już jesteś? Ja tu sprzątam, pomagam. Marek przyszedł? To dobrze. Już się zebrałam.
Chwyciła torbę, ciężar był znacznie większy niż przy wejściu.
Mamo, pomóc ci? Co tam wrzuciłaś, cegły? Marek zajrzał do kuchni.
Nie! wrzasnęła Halina, przyciskając torbę do siebie. Sama dam radę! Tam tam są puste słoiki. Zabrałam swoje słoiki, ogórki przełożyłam do waszego garnka. Nie dotykaj!
Zofia spojrzała na Marka. Marek patrzył na matkę z zdziwieniem.
Mamo, jak to słoiki? Przywiozłaś jeden, pełny, stoi na parapecie.
Inne słoiki! Halina zaczęła się czerwienić. Przestań już! Chcę wracać! Cały dzień harowałam u was!
Zofia zrobiła krok. Głowa już przeszła, zapanował lodowaty spokój.
Pani Halino odezwałem się cicho, ale wyraźnie. Proszę postawić torbę na stół.
Co?! wytrzeszczyła oczy. Ty mnie przeszukiwać chcesz? Marek, słyszysz, co twoja żona mówi? Ona mnie za złodziejkę uważa!
Zosiu, co ty robisz? Marek zaczął miotać wzrokiem między nami. Mama tylko
Marek przerwałem mu, patrząc na teściową. W tej torbie jest nasze śniadanie. I obiad. I kolacja na dwa dni. Jest tam łosoś, za którego zapłaciłam trzysta złotych. Są twoje ulubione wędliny. Jest twój koniak. I tort.
Gadasz głupstwa! wrzasnęła Halina, wycofując się ku wyjściu. Jak ty możesz! Ja, zasłużona nauczycielka, emerytka choćby okruszka nie wzięłam! Udławcie się tym żarciem!
Ruszyła do przedpokoju, ale torba zahaczyła o kant stołu. Rączki nie wytrzymały wagi pustych słoików i pękły. Torba runęła na podłogę, jej zawartość rozlała się po panelach.
Widok był spektakularny.
Po podłodze wtoczyła się kiełbasa. Reklamówka się rozplotła, tłusty kawał łososia wylądował na kapciu Marka. Folia z tortem rozwinęła się, pokazując zgnieciony napoleon. Butelka koniaku stuknęła o nogę krzesła, ale nie pękła. Na górze stał parmezan i garść cukierków z miseczki.
W kuchni zapanowała cisza. Słychać było tylko jak buczy lodówka i jak ciężko oddycha Halina.
Marek patrzył na rozsypane delicje. Spojrzał na swoją stopę, na której leży łosoś, potem na czerwoną matkę. Twarz mu się zmieniała. Najpierw osłupienie, potem zrozumienie, potem wstyd. Lepki, gęsty wstyd.
Mamo? wykrztusił. Co to miało być?
Halina wyprostowała się. Najlepszą obroną jest atak.
I co z tego? wypaliła, patrząc synowi w oczy. Tak, wzięłam! Macie za dużo! I tak zmarnujecie! Za dobrze wam! Lodówka pełna, a matka na emeryturze piętnaście stówek. Tę polędwicę tylko w telewizji widziałam! Mam prawo chociaż raz się najeść! Wychowałam cię! Nie spałam nocami! Żałujesz matce kawałka kiełbasy?
Zofia milczała. Czekałem na reakcję Marka. Zwykle w takich momentach zaczynał: No dobra, mamo, bierz, nam nie szkoda byleby nie było kłótni.
Marek pochylił się, podniósł łososia z podłogi. Położył na stół. Podniósł koniak.
Mamo odezwał się bardzo cicho. Tu nie chodzi o jedzenie. Gdybyś powiedziała, zebrałbym ci wszystko. Zawsze dajemy ci na wynos. Zawsze.
Co, żebym żebrała? Prosić? pisnęła Halina otrząsając gleby. Rodzona matka się prosić ma?! Sami powinniście podać! Egoiści!
Nie prosiłaś pokręcił głową Marek. Ukradłaś. Poczekałaś, aż Zosia wyjdzie, i wrzuciłaś wszystko do torby. Jak… jak szczur.
Jak mnie nazywasz?! Halina złapała się za serce. O Jezu, umieram! Serce! Validol! Zabijecie mnie tu!
Bez teatrów, pani Halino spokojnie rzuciła Zofia. Validol jest w lewym kieszonku, widziałam jak zdejmowała pani płaszcz.
Teściowa zamarła. Scenka nie wypaliła.
Marek zwróciłem się do niego. Zbierz wszystko co spadło do reklamówki.
Po co? nie zrozumiał.
Oddaj mamie. Niech zabierze.
Zosiu? Marek nie dowierzał.
Niech zabiera powtórzyłem stanowczo. Ryba i tak poleciała na podłogę, nie chcę jej. Tort rozgnieciony. Kiełbasa też. Niech weźmie wszystko. To będzie jej prezent na twoje urodziny. I abonament za to, iż przez miesiąc nie chcę jej widzieć tu w domu.
Halina stała, łapiąc powietrze jak karp bez wody.
Marek bez słowa zebrał wszystko do reklamówki: rybę, ser, rozgnieciony tort. Koniak jednak zostawił na stole.
Koniak zostawiam powiedział. Zaraz muszę się napić. Bardzo.
Podał torbę matce.
Bierz, mamo. I idź. Zamówiłem dla ciebie taxi, zaraz będzie na dole.
Wyrzucacie mnie? Matkę? Przez jedzenie?
Za kłamstwo, mamo. I za brak szacunku. Do mojego domu i mojej żony.
Halina wyrwała reklamówkę z rąk syna. W oczach miała gniewne łzy.
Nigdy więcej tu nie przyjdę! syknęła. Jak chcecie, żyjcie! Burżuje przeklęci! Żeby wam ta kiełbasa w gardle stanęła!
Odwróciła się i wybiegła na korytarz. Trzasnęła drzwiami tak mocno, iż tynk posypał się ze ściany.
Zofia usiadła na krześle, schowała twarz w dłoniach. Cały drżała.
Marek podszedł do barku, wyjął dwa kieliszki. Wlał koniak. Jeden kieliszek postawił przed nią, drugi wziął do siebie.
Wypij rzekł. Przyda ci się.
Zofia podniosła głowę. Marek wyglądał na starszego o dziesięć lat. Usiadł naprzeciwko, objął ją za rękę.
Przepraszam cię, Zosiu.
Za co? Przecież nie wiedziałeś.
Że nie dostrzegałem wcześniej. Że pozwalałem jej tak się zachowywać. Myślałem zawsze: to mama, dziwna, ale dobra. Teraz Strasznie mi wstyd. Jakbym to ja podkradał tę cholerną kiełbasę.
Zofia przełknęła łyk. Koniak był mocny, ale dał niespodziewane ukojenie.
Wiesz uśmiechnęła się gorzko. Najśmieszniejsze, iż specjalnie kupiłam dodatkową kiełbasę i ser, żeby jej dać na odchodne. Leżą w dolnej szufladzie lodówki. Nie zdążyła ich znaleźć.
Marek prychnął.
Serio?
Serio. Wiedziałam, iż będzie marudzić o biedzie. Chciałam po ludzku.
Po ludzku z nią się nie da Marek wlał w siebie kieliszek. Wiesz co? Jutro zmieniam zamki. Ma klucze, wyciągnęła pół roku temu na wszelki wypadek. Nie chcę, żeby następnym razem wyniosła telewizor, bo u Danki z sąsiedztwa większy.
Zofia patrzyła na Marka z niedowierzaniem, ale także z szacunkiem. Po raz pierwszy w siedmioletnim małżeństwie mówił o matce bez poddaństwa i usprawiedliwień. Akcja z delikatesami była tą ostatnią kroplą w morzu cierpliwości choćby dla tak spokojnego faceta jak Marek.
A co zjemy jutro? zapytała, patrząc na pusty stół. Prawie wszystko zabrała.
Marek podszedł do lodówki, otworzył ją szeroko.
Została puszka kawioru. Druga, której nie zauważyła. I jajka. I mleko. Zrobimy jajecznicę z kawiorem. Po królewsku.
Zofia się zaśmiała. Napięcie odpuściło.
A do tego są jeszcze zgniłe jabłka przypomniała. Kompot możemy ugotować.
A niech to, Marek się skrzywił. Jabłka jutro wyniosę razem z ogórkami w mętnym słoiku. Mam już dość tych darów losu.
Siedzieli jeszcze chwilę w kuchni, dopijając koniak i rozmawiając. O tym, o czym milczeli latami o granicach, o tym, iż miłość do rodziców nie znaczy, iż można pozwalać na wszystko. O tym, iż rodzina to przede wszystkim oni sami.
Rano obudził mnie zapach kawy. Marek już czarował w kuchni.
Dzień dobry pocałował mnie w głowę. Tak sobie myślę Zostało coś z premii?
Trochę. A czemu pytasz?
W weekend pojedźmy gdzieś. Do pensjonatu. Albo do Krakowa na dwa dni. Daleko od Warszawy. I wyłączmy telefony.
A mama? Będzie dzwonić, skarżyć się wszystkim, iż ją skrzywdziliśmy.
Niech dzwoni. Taki jej wybór. Nasz wybór jest inny. Jajecznica z kawiorem czeka, chodź jeść.
Zofia spojrzała na talerz, gdzie żółta, puszysta jajecznica była hojnie udekorowana czerwonym kawiorem. Pomyślała, iż to najpyszniejsze śniadanie w życiu. Nie dlatego, iż kawior drogi. Dlatego, iż bez poczucia winy.
Halina zadzwoniła dwa dni później. Marek spojrzał na telefon, westchnął i odłożył go ekranem do blatu.
Nie odbierzesz? spytała Zofia.
Nie. Niech zje kiełbasę, ochłonie. Może za miesiąc pogadamy. A teraz mam lepsze sprawy. Zabieram żonę do kina.
Zofia się uśmiechnęła i poszła się ubierać. Lodówka była prawie pusta, ale w sercu miałem spokój i lekkość. I to uczucie warte było więcej niż wszystkie szynki świata.
















