To, co zobaczyłam przez kuchenne okno
Jarek, złożyłeś już te wyprasowane koszule? Widziałam, iż dwie przez cały czas leżą na kupce po prasowaniu.
Bożena, poradzę sobie, nie martw się tak.
Przecież się nie martwię, tylko pytam. Kiedy wyjeżdżasz?
Po obiedzie. Pewnie około trzeciej.
Bożena stała przy kuchence i mieszała owsiankę, chociaż od dawna nie miała już na nią ochoty. Ręce wykonywały mechaniczne czynności jak co dzień, a myśli błądziły gdzieś dalej. Przez uchylone okno wciskało się wilgotne, kwietniowe powietrze. Gdzieś na podwórku kapało z dachu, kap, kap, kap ten rytmiczny dźwięk dzisiaj drażnił ją bardziej niż zwykle.
Na ile dni jedziesz?
Tak, jak zwykle. Cztery, może pięć dni. Może trochę dłużej, jak się rozmowy przeciągną.
Rozumiem.
Rozlała owsiankę do misek. Postawiła przed Jarkiem jego ulubioną, dużą filiżankę, nalała kawy, dolała mleka bez pytania wiedziała od siedmiu lat, jak on pije kawę: dwie łyżeczki cukru, dużo mleka, żeby była prawie beżowa.
Jarek siedział przy stole i patrzył w telefon. Ostatnio prawie zawsze tak wyglądały wspólne śniadania. Kiedyś Bożena próbowała zagadywać, choćby się złościła, a potem odpuściła. Przyjęła ten poranny rytuał, kawę z telefonem i już.
Posłuchaj, Jarek zaczęła, siadając naprzeciw. Znowu wyjeżdżasz. Muszę z tobą o czymś porozmawiać.
Tak? podniósł wzrok, ale telefonu nie schował.
Umówiłam się do pani doktor Kowalskiej, tej ginekolog, o której ci mówiłam. Chcę jeszcze raz wszystko przedyskutować. No, wiesz. O dziecku.
Jarek położył telefon ekranem do blatu. To był zły znak. Tak robił, gdy rozmowa go nie cieszyła.
Bożena, rozmawialiśmy już o tym tyle razy.
Wiem. Ale chcę jeszcze raz.
Ale co jeszcze raz? Przecież wiesz, ile masz lat. Nie mówię tego złośliwie, świetnie wyglądasz, ale…
Mam pięćdziesiąt dwa. To nie wyrok.
Bożena… Wypowiedział jej imię łagodnie, jak rodzic, który chce zakończyć rozmowę z dzieckiem. Miękko, ale stanowczo.
Dobrze szepnęła. Dobrze.
Wzięła łyżkę i zaczęła jeść owsiankę. Była już tylko ciepła, nie gorąca, zupełnie bez smaku ale jadła. Za oknem dalej kapało. Jarek znów sięgnął po telefon.
Skończył śniadanie, podziękował, poszedł się pakować do pokoju. Bożena zmywała i myślała, iż ten temat rozpoczęła już co najmniej dwadzieścia razy przez siedem lat. I zawsze słyszała inną wersję tego samego: poczekajmy, trzeba się ustatkować, niedobry czas, mam teraz zamieszanie w pracy, nie jesteś już młoda, pomyśl o zdrowiu. Siedem lat. Wyszła za mąż, mając czterdzieści pięć lat, myślała wtedy, iż jeszcze wszystko przed nimi tylko trochę cierpliwości, a Jarek, dobry i spokojny Jarek, tego zechce. Trzeba tylko poczekać.
Wytarła ręce w ręcznik z wyhaftowanym kogutem, który wisiał na piekarniku już trzeci rok. Pomyślała, iż wypadałoby kupić nowy, bo ten już całkiem wypłowiał.
Jarek wyszedł do przedpokoju z niedużą torbą.
No, już prawie gotowy. Widziałaś mój szary sweter?
W szafie, na drugiej półce z prawej.
No tak. Oddalił się, słychać było przesuwane drzwi. Znalazłem!
Potem się ubrał, zapiął kurtkę. Bożena poprawiła mu kołnierzyk, jak zawsze. Ucałował ją w policzek.
No, pa. Zadzwonię wieczorem.
Dobrze. Uważaj.
Zawsze.
Drzwi się zamknęły. Bożena przez moment stała sama w przedpokoju. Słyszała, jak zjeżdża winda, jak trzasnęły drzwi wejściowe na dole. Potem tylko cisza.
Wróciła do kuchni, dolała sobie kawy i stanęła przy oknie. Okno wychodziło nie na podwórko, tylko na boczną uliczkę. Stało tam kilka samochodów: grafitowy fiat sąsiada z trzeciego piętra, wysłużony maluch ktoś tam, jeszcze ze dwa inne. Kwietniowe niebo było szare i brudne, światło pozbawione cieni, wszystko płaskie.
Szary skoda Jarka stała pod sąsiednim blokiem.
Zmrużyła oczy. Przecież nie przesłyszała się? Poznała numery znała je na pamięć. A przecież dopiero co wyszedł na delegację, więc po co stałby pod blokiem obok?
Może się z kimś żegna? Ale przecież z sąsiadami ledwo się witali na klatce.
Odstawiła filiżankę. Patrzyła dalej.
Minęło dziesięć minut. Samochód stał.
Aż z klatki schodowej wyszła kobieta. Młoda, może trzydzieści pięć lat. W niebieskiej kurtce, ciemne włosy związane w kucyk. Na rękach miała dziecko, najwyżej trzyletnie, w czerwonym kombinezonie i czapce z pomponem. Kobieta coś do niego mówiła, tuliła. Dziecko wyciągało rączki do jej twarzy.
Bożena nie rozumiała jeszcze, patrzyła tylko.
Wtedy z auta wysiadł Jarek. Podszedł, wziął dziecko na ręce, podniósł wysoko. Chłopczyk (albo dziewczynka?) zaśmiał się radośnie. Bożena przez szybę śmiechu nie słyszała, ale widziała, jak odchyla głowę. Jarek przytulił malca, otarł policzek o jego policzek z pomponem. Postawił na ziemię. Coś powiedział do kobiety. Odpowiedziała. Wziął jej dłoń i pocałował.
Pocałował jej rękę.
Bożena trwała nieruchomo przy oknie, czując, jak w środku coś się przesuwa, opada. Nie pęka, nie wali się. Po prostu powoli, powolutku osuwa się z górnej półki w klatce piersiowej wszystko, co tam leżało. Jeden po drugim, bez hałasu.
Nie odchodziła od okna. Widziała, jak Jarek jeszcze raz przytulił dziecko, jak kobieta poprawiła pompon na czapce. Jak się pożegnali. Jarek wsiadł do samochodu i odjechał.
Kobieta z dzieckiem postała chwilę, dziecko pociągnęło ją gdzieś dalej, podążyła za nim, łapiąc małą rączkę.
W końcu Bożena oderwała się od okna. Usiadła na taborecie. Spojrzała na własne dłonie na kolanach. Zwykłe, lekko zmęczone, z obrączką na serdecznym.
Zauważyła, iż kawa wystygła.
Wstała, wylała ją do zlewu i odkręciła gorącą wodę.
Musiała pomyśleć. Ale najpierw musiała coś zrobić z tym poczuciem opadającej półki. Bo wiedziała, iż jeżeli pozwoli sobie teraz popłakać, krzyknąć czy zadzwonić do niego, wszystko się posypie. Nie dlatego, iż płakać nie wolno. Po prostu nie znała jeszcze wszystkich szczegółów. Coś zobaczyła, ale nie wiedziała wszystkiego.
A może już wiedziała?
Założyła niebieski płaszcz, wzięła klucze, torebkę i wyszła z mieszkania. Potrzebowała powietrza. Musiała iść, po prostu iść.
Na chodniku było wilgotno, asfalt błyszczał po deszczu, kałuże odbijały blade niebo. Szedłszy, mijała sklep z czerwonym szyldem, fryzjera, aptekę. Przed wejściem do tej ostatniej stała starsza pani z malutkim jamnikiem i karmiła go kawałkami bułki. Suczka jadła ostrożnie, niemal delikatnie.
Siedem lat.
To myśli przebiegały przez głowę Bożeny podczas wędrówki. Siedem lat mieszkała z człowiekiem, o którym nie wiedziała. A może nie chciała wiedzieć? Czy coś zauważyła? Delegacje. Częste, niemal co miesiąc. Zawsze wierzyła, iż to praca: dostawy, negocjacje, wyjazdy. Nigdy nie pytała.
Telefon trzymał przy sobie. Myślała: przyzwyczajenie.
Rozmowy o dziecku gasł miękko, uprzejmie, ale nieustępliwie. Uznała: wiek, zmęczenie, niechęć do nowych zobowiązań. Uwierzyła, iż wyczeka.
A on miał już dziecko.
Malutkie. Około trzech lat, czyli wszystko zaczęło się cztery lata temu. Byli wtedy małżeństwem od trzech lat.
Bożena przystanęła na ławeczce w skwerku pod kwitnącą lipą, jeszcze bez liści, tylko z pąkami. Usiadła. Wyjęła telefon, potrzymała w dłoni, schowała z powrotem.
Co zrobi, gdy Jarek wróci? Za cztery-pięć dni, jak zawsze, z jakimś podarunkiem, zmęczony. Usiądzie na kanapie, nastawi telewizor. No i co u ciebie? zapyta.
Co u mnie…
Siedziała na ławce i patrzyła w pękające pąki. Jeszcze tydzień i zakwitną, żywo, bujnie.
Nie myślała teraz o zdradzie Jarka, ani o tamtej kobiecie i dziecku. Zastanawiała się nad sobą. Nad tą Bożeną, która czekała siedem lat. Oszczędzała, chroniła tę miłość. Wierzyła, iż prawdziwa miłość jest cierpliwa, nie należy naciskać. Trzeba czekać.
No to czekała.
Zimno. Zapięła płaszcz i ruszyła do domu.
W mieszkaniu panowała cisza. Bez Jarka ta cisza była jeszcze bardziej wyraźna, mimo iż i tak nie był hałaśliwy, jak oddech czy ciepło. Teraz nie było nic.
Poszła do pokoju, stanęła pośrodku i rozejrzała się. Półka z książkami, te jej i kilka jego. Jego kapcie przy fotelu. Koc niebiesko-zielona krata który sama kupiła na urodziny.
Odłożyła go.
Poszła do schowka, sięgnęła górnej półki po kartony, nigdy nierozpakowane po przeprowadzce. Przyniosła drabinkę, zdjęła pierwszy karton. W środku stare rzeczy: książki, papiery, pudełko z fotografiami.
Usiadła na podłodze, podciągnęła nogi.
Na zdjęciach trzydziestoletnia ona, roześmiana, patrząca gdzieś poza obiektyw. Obok drugi obrazek, rodzice nad morzem, młodzi, szczęśliwi. W parku z przyjaciółką Marysią, dwie czterdziestoparolatki. Marysia ma teraz pięćdziesiąt sześć.
Marysia. Musi zadzwonić do Marysi. Później.
Zamknęła pudełko, schowała karton, weszła do łazienki, umyła twarz. Spojrzała w lustro. Zmęczone oczy, skóra wciąż ładna, pierwsze zmarszczki. Ciemne włosy z pasmem siwizny do ramion.
Zdrada zostawia ślady powoli. Najpierw patrzysz na siebie: to ty. Oszukana żona, która siedem lat czekała na dziecko, a on już miał inne.
Wyłączyła wodę, poszła do kuchni szykować obiad.
Przez następne cztery dni żyła w jakimś podwójnym śnie. Na zewnątrz wszystko było jak dotąd: sprzątała, gotowała, dzwoniła do mamy. Jarek dzwonił wieczorami, spokojny, opowiadał o rozmowach, pytał, co słychać. Odpowiadała: dobrze, kupiłam nowe ręczniki do kuchni. Śmiał się. Ona też i to przerażało ją najbardziej: iż tak łatwo przychodziło śmiać się.
Ale wewnątrz toczyło się inne życie.
Porządkowała, analizowała; wieczory, w których wracał trochę inny łagodniejszy czy zamyślony. Zawsze tłumaczył: zmęczony. Teraz wiedziała: wracał od nich.
Myślała wtedy o kobiecie z ciemnymi włosami. Młoda. Ładna? Pewnie tak, przecież zauważyła już pewność siebie i sylwetkę. Kobieta, która zna swoje miejsce przy Jarku.
A dziecko? Chłopiec czy dziewczynka? Nie wiedziała. Jarek nigdy nie bawił się z dziećmi w jej obecności, powtarzał: Nie za bardzo umiem z maluchami. Wierzyła.
Trzeciego dnia zadzwoniła do Marysi.
Marysia, możesz wpaść?
Jasne. Coś się stało? Jakoś dziwnie brzmisz…
Wpadnij, zrobię kawę.
Marysia przyszła po godzinie mieszkały w sąsiednich blokach, codziennie mijały się w sklepie. Znały się dwadzieścia lat, najpierw pracowały razem, potem życie się rozeszło, ale łączność pozostała.
Marysia zdjęła kurtkę, spojrzała na Bożenę.
Bożena. Co się dzieje?
Chodź do kuchni.
Opowiedziała wszystko. Spokojnie, bez histerii. Marysia słuchała, nie wtrącała się, raz tylko ścisnęła jej dłoń. Potem długo milczała.
Jezu… westchnęła w końcu. Jezu.
No.
Jesteś pewna? Widziałaś dobrze, iż to on?
Marysia, przez siedem lat patrzyłam na ten samochód. Jestem pewna.
I co zrobisz?
Myślę.
Może porozmawiasz z nim od razu?
Porozmawiam, jak wróci.
Trzymasz się dzielnie. Ale wiesz, iż nie musisz być sama…
Marysia… przerwała. Poradzę sobie. Nie chcę, żebyś mnie żałowała, tylko żebyś była obok. Tak po prostu.
Marysia objęła ją mocno, tak jak umieją tylko stare przyjaciółki.
Jestem obok. Dzwoń w każdej chwili. Słyszysz?
Słyszę.
Marysia wyszła, gdy już się ściemniało. Bożena pozmywała filiżanki, wyłączyła światło i poszła do pokoju. Położyła się na kanapie na narzucie, nieprzebrana. Wpatrywała się w sufit.
Myślała o tym: przez siedem lat budowała coś, co uważała za prawdziwe. Nie idealne była realistką. Ale oparte na codzienności: wspólne zwyczaje, wspólna kawa z owsianką. Myślała, iż to jest fundament nie przelotna namiętność, tylko to ciche, stałe razem.
A on w tym czasie budował inne razem. Pięć minut od domu.
Pięć minut.
Zamknęła oczy. Za oknem deszcz, cichy, wiosenny.
Wrócił piątego dnia, po południu. Zadzwonił chociaż miał klucze. Otworzyła mu.
Już jestem powiedział i uśmiechnął się znajomo. Postawił torbę, chciał ją objąć.
Poczekaj powiedziała.
Zatrzymał się.
O co chodzi?
Wejdź do pokoju. Musimy porozmawiać.
Usiedli: on na kanapę, ona naprzeciw, na fotelu. Między nimi mały stolik, a na nim wazonik z papierowymi tulipanami, które zrobiła kiedyś z nudów.
Jarek powiedziała cicho. Widziałam cię tamtego dnia z okna. Stałeś pod sąsiednim blokiem. Była kobieta z dzieckiem. Trzymałeś malca na rękach.
Patrzył tylko. Milczał. To nie było milczenie zaprzeczenia. To było inne milczenie.
Jarek…
Bożena… wyjąkał.
Nie chcę żadnych scen. Bez krzyku, bez łez. Potrzebuję jednej odpowiedzi. Czy to twoje dziecko?
Pauza.
Tak powiedział.
Kiwnęła głową. Wiedziała już, ale teraz usłyszała.
Ile ma lat?
Trzy.
Jesteście razem od dawna?
Bożena, nie… Proszę…
Pytam.
Schylił głowę.
Pięć lat.
Pięć lat. Czyli już od drugiego roku ich małżeństwa.
Rozumiem powiedziała tylko.
Bożena, nie chciałem cię zranić, tak wyszło…
Tak wyszło powtórzyła, już bez emocji. Pięć lat samo się działo.
Wiem, co teraz myślisz.
Wątpię.
Bożena…
Jarek. Wstała. Nie będę z tobą rozmawiać. Widziałam wystarczająco dużo. Widziałam, jak trzymasz dziecko, jak patrzysz na nią.
To było dziwne: nie płakała. Nie chciało jej się płakać. W środku tylko coś ciężkiego, jak powietrze po burzy.
Pakuję najpotrzebniejsze rzeczy. Po resztę przyjdę później.
Dokąd pójdziesz?
Do mamy. Potem zobaczę.
Bożena, poczekaj… Może porozmawiamy. Wyjaśnię wszystko.
Już wyjaśniłeś.
Poszła do sypialni. Wyjęła spod łóżka mniejszą walizkę. Spakowała kilka ubrań, kosmetyki, bieliznę, ciepły sweter, książkę z nocnej szafki, zdjęcie mamy i taty w drewnianej ramce, swój ulubiony flakonik perfum, ładowarkę do telefonu.
Jarek stał w drzwiach i patrzył.
Bożena, proszę, porozmawiaj jeszcze ze mną. Nie powinno się tak…
A jak powinno?
Nie odpowiedział.
Zamknęła walizkę, przeszła obok niego do przedpokoju. Ubrała się. Niebieski płaszcz. Wygodne buty. Walizka.
Wracała jeszcze do pokoju na sekundę. Podeszła do stolika z papierowymi tulipanami. Zdjęła obrączkę i położyła obok.
W przedpokoju zdjęła pęk kluczy, oddzieliła domowe, położyła na szafce.
Bożena…
Jarek odpowiedziała. Życzę ci wszystkiego dobrego. Naprawdę.
I wyszła.
W windzie patrzyła na swoje odbicie w nierównym, srebrzystym drzwiach. Nie poznawała tej twarzy. Zjechała na dół.
Na zewnątrz było chłodno. Ustawiła walizkę, przystanęła, wzięła głęboki oddech. Ruszyła w stronę przystanku. Musiała dojechać do mamy. Mieszkała na drugim końcu miasta, czterdzieści minut autobusem.
Zero krzyku. Bez awantury. Jeszcze wtedy nie wiedziała, iż właśnie to, to spokojne wyjście zapamięta po miesiącach jako najważniejsze: wyjście było jej decyzją, nie odwetem. Pozostawiła sobie godność nie dla niego, a dla siebie.
Na przystanku wiało. Zapięła płaszcz szczelniej.
Minął rok.
Miasto nie zmieniło się prawie wcale. Te same lipy w centrum, teraz już pełne liści, ciemnozielonych, gęstych. Te same sklepy, ta sama apteka koło skrzyżowania. Ta sama staruszka czasem wyprowadzała swojego jamnika. Życie małych miast toczy się wolno; Bożena zrozumiała przez ten rok, iż to nie jest wada.
Wynajmowała nieduże mieszkanie na trzecim piętrze, okno na ogród. Ogród należał do starszej właścicielki z dołu, hodowała tam poziomki i floksy. Zapach floksów polubiła szczególnie otwierała rano okno, zanim zrobiło się gorąco, po prostu oddychała.
Rozkręciła drobną działalność: otworzyła pracownię. Nie od razu; najpierw była bezradność, rozmowy z mamą, telefony do Marysi, spotkania z prawnikiem. Potem, z jesienią, kiedy formalności ucichły, nagle przypomniała sobie o papierowych tulipanach.
Od zawsze coś robiła rękami. Dziewiarstwo, szycie, glina, próbowała plecionkarstwa. To były tylko hobby, nic poważnego. Ale w październiku nagle zrozumiała, iż może być poważnie.
Zadzwoniła do Marysi.
Marycha, chcę otworzyć pracownię.
Jaką?
Rękodzieło. Dekoracje domowe, ozdoby. Potrafię wiele rzeczy, wiesz. Mogłabym zacząć od maleńkiego lokalu, sama.
Wiesz, co to kosztuje? Wynajem, materiały?
Wiem. Mam trochę oszczędności. Zacznę sama, maleńko.
Jesteś pewna?
Tak.
Marysia zamyśliła się.
Wiesz, w ogóle nie jestem zdziwiona.
Znalezienie lokalu przebiegło szybko: mały pokoik na parterze w starej kamienicy w centrum, właściciel nie chciał by stał pusty. Bożena pomalowała ściany na biało, zawiesiła półki, wstawiła duży stół, lampę. Nazwała skromnie: Pracownia Bożeny.
Na początku wpadały znajome, sąsiadki, koleżanki mamy. Kupowały plecione wianki, świece, szydełkowe podkładki. Potem ktoś coś wrzucił do lokalnej grupy w internecie, potem drugi raz. Bożena założyła profil, wrzucała zdjęcia. Zamówienia napływały regularnie, bez szału, ale wystarczyło na czynsz i spokój.
Najważniejsze było co innego.
Każde rano należało tylko do niej. Tylko ona decydowała, o której otworzy pracownię, co dziś stworzy, z kim porozmawia. Tego nie dało się wyjaśnić komuś, kto tego nie czuł. Po prostu kawa, własny rytm, własne decyzje.
Myśli o Jarku pojawiały się rzadko. Czasem wzór płaszcza na wystawie przypominał, może zapach papierosów, które kupował. Pozwalała tym wspomnieniom przepłynąć przez siebie i iść dalej. Bez gniewu, niemal bez żalu. Smutek po tym, czego nie było; po dziecku, którego nie miała; po tych latach wyczekiwania.
To był delikatny smutek, z którym można żyć.
W kwietniowy wieczór, po roku, wracała do domu po pracy, niosąc torbę z materiałami i myśląc o zamówieniu: młoda kobieta poprosiła o mobil do pokoju dziecka, z drewna i wełnianych pomponów. Bożena już widziała, jak będzie wyglądać jasne drewno, pastelowe kolory, delikatne bujanie nad łóżeczkiem.
Przed wejściem do kawiarni, obok której zawsze przechodziła, stał mężczyzna. Starszy, niż ona, w porządnym płaszczu, siwiejące włosy. Spojrzał.
Bożena? Ty to? zdziwił się.
Zatrzymała się, rozpoznała. Łukasz?
Patrz, patrz! Dwadzieścia lat minęło?
Łukasz Wiśniewski. Kiedyś razem pracowali, zanim zmieniła całkowicie życie. On był zawsze pełen pomysłów, potem ich drogi się rozeszły.
Około dwudziestu zgodziła się. Co tam u ciebie?
Znowu tu mieszkam, miałem dość dużego miasta. A ty, długo już tutaj?
Nigdy nie wyjeżdżałam.
Racja, przecież jesteś stąd. Masz czas na kawę?
Zawahała się. Torba ciążyła, ale…
Czemu nie.
Usiedli przy oknie. Zamówili kawę, dla niej cappuccino, dla niego czarną. Łukasz opowiadał: pracował gdzieś indziej, był żonaty, rozwodził się, znowu próbował, znowu nie wyszło. Śmiał się z siebie szczerze, bez goryczy.
A ty? Byłaś zamężna, prawda?
Byłam. Rozwiodłam się.
Dawno?
Rok.
Ciężko było?
Splotła dłonie wokół filiżanki, ciepłej, z motywem liści.
Ciężko. Ale wiesz, są takie rzeczy, po których rozumiesz: dobrze, iż się stały. Nie dlatego, iż kiedyś było źle. Po prostu teraz jest lepiej.
Zmieniłaś się?
Zastanowiła się.
Nie. Stałam się bardziej sobą, chyba.
Łukasz kiwnął głową, spojrzał z uwagą.
A co teraz robisz?
Mam swoją pracownię. Dekoracja, rękodzieło. Moja sprawa.
Naprawdę? Zawsze miałaś jakieś własnoręczne rzeczy na biurku, pamiętam.
Pamiętasz?
Pamiętam. Butelka po perfumach, pomalowana…
Witrażowe farby! roześmiała się. Stały na moim parapecie.
Wszyscy pytali, skąd taka ładna rzecz.
Zamilkli. Miłe milczenie.
Jesteś szczęśliwa? zapytał nagle Łukasz.
Spojrzała przez okno. W wieczornym świetle miasto wydawało się cieplejsze. Lampy paliły się równym żółtym światłem. Ludzie szli chodnikiem, ktoś z dzieckiem za rękę, ktoś sam.
Nie wiem, czy szczęśliwa to odpowiednie słowo. Szczęśliwy jest jak pyszny rosół czy wygodne buty. To coś innego. Trudno wyjaśnić.
Spróbuj.
Każdego ranka idę do pracowni. Czasem mam zamówienia, czasem robię coś dla siebie. I nagle z niczego powstaje coś. Z własnych rąk. I to jest moje. Nie dawał mi tego nikt, nie może mi tego nikt odebrać. To jest… nie wiem, jak to nazwać. Może po prostu: żyć.
Łukasz uśmiechnął się lekko. Chyba właśnie tak.
Za oknem lampy świeciły równym światłem. Przez chwilę cicho grała stara muzyka zza baru. Kawa była niemal zimna.
Słuchaj, Łukasz. Muszę iść. Jutro rano zaczynam wcześnie.
Jasne. Pomógł jej podnieść torbę. Fajnie było cię spotkać.
Fajnie.
Jak nazywa się twoja pracownia?
Pracownia Bożeny.
Skromnie…
Bo i ja jestem niewymyślna.
Nie powiedziałbym.
Pożegnali się przy drzwiach kawiarni. Ona w jedną, on w drugą stronę. Nie oglądała się.
W domu było cicho. Floksy na grządce zamknęły się na noc, ale otworzyła okno mimo to. Kwiecień: powietrze chłodne, wilgotne, czyste.
Postawiła czajnik, rozpakowała torbę. Wełniane nici pastelowy róż, beż, mięta. Drewniane patyczki różnej długości. Rozłożyła wszystko na stole i wyobraziła sobie: pompony będą kołysać się w powiewie od uchylonego okna. Nad łóżeczkiem jakiegoś niemowlaka.
Czajnik zabulgotał.
Zaparzyła herbatę, wzięła filiżankę, podeszła do okna. Wpatrywała się w ogród, ciemne sylwetki drzew, żółte prostokąty okien naprzeciwko, gdzie ktoś jeszcze nie spał. Gdzieś daleko przemknął samochód.
Myślała o tym, iż życie po rozwodzie nie było klęską ani upadkiem po prostu innym życiem. Pięćdziesiąt dwa lata, nowe życie po pięćdziesiątce, własna mała pracownia, własne mieszkanie, własne znane i lubiane miasteczko. To wydawało się niektórym skromne mało.
Ale było jej własne.
Każda poranna kawa była jej. Każdy wybór: co dzisiaj, z kim rozmawiać, który pompon utkać z mięty.
Za oknem szumiał wiatr w liściach. Gdzieś daleko zaczynał padać deszcz.
Bożena owijała dłonie wokół ciepłej filiżanki, patrzyła w głąb nocy i myślała, iż jutro trzeba kupić więcej beżowej wełny. Zostało już niewiele, a zamówień zaczęło przybywać.
Trzeba też kupić nowe kuchenne ręczniki. Tamto stare już całkiem się sprało.








