Trzeba uprzedzać, przecież nic nie przygotowałam! Wiecie, ile kosztuje przyjmowanie gości?! wrzeszczała teściowa, całkiem jakby dzwoniła z innego wymiaru.
Jestem zwyczajną synową, pracuję, nie mam diademu na głowie. Z mężem, Michałem, żyjemy w naszym własnym mieszkaniu na obrzeżach Warszawy, które ciągniemy sami kredyt hipoteczny w złotówkach, rachunki za prąd i gaz, praca od świtu do zmierzchu.
Teściowa, Barbara, mieszka na wsi pod Radomiem, razem z jej córką, moją szwagierką Małgorzatą. I wszystko byłoby normalne, gdyby nie fakt, iż uznały naszą kawalerkę za weekendowy pensjonat. Na początku brzmiało to choćby uroczo:
Wpadniemy do was w sobotę.
To tylko na chwilę.
Przecież jesteśmy rodziną.
Taa na chwilę oznaczało nocleg; wpadniemy wielkie torby, puste garnki i wzrok, który domaga się uczty.
Każdy weekend ten sam surrealny scenariusz: po pracy latam po Biedronce i Żabce, gotuję, sprzątam, nakrywam do stołu, uśmiecham się jak w polskim filmie, a potem jeszcze pół nocy myję górę naczyń i odgarniam okruchy. Barbara siedzi i komentuje:
A czemu sałatka bez groszku?
Ja wolę żurek z jajkiem.
U nas na wsi to się robi inaczej.
Małgorzata dorzuca swoje:
Ojej, jaka jestem zmęczona po podróży.
Nie ma ciasta?
I ani razu: Dziękuję, Może pomóc?. Tylko dziwna chmura milczenia i oczekiwań.
Pewnej nocy, gdy zmywałam ostatni kubek, powiedziałam Michałowi :
Nie jestem domową służącą i nie mam ochoty co weekend obsługiwać twojej rodziny.
Może faktycznie trzeba coś z tym zrobić.
I wtedy wpadłam na pomysł, jakby prosto z dziwnego snu.
Następnym razem dzwoni Barbara:
W sobotę będziemy.
Och, ale mamy plany na weekend powiedziałam z drzemliwym spokojem.
Jakie plany?
No… swoje.
I wiecie co? My faktycznie ruszyliśmy, tylko nie w plany a do Barbary do wsi. W sobotę rano staliśmy z Michałem na jej podwórku, śnieg skrzypiał pod butami jak w marzeniach. Barbara otworzyła drzwi i zamieniła się w posąg.
Co wy wyprawiacie?!
Wpadliśmy z wizytą. Tylko na chwilę.
Trzeba uprzedzić, nic nie przygotowałam! Wiecie, ile kosztuje przyjmowanie gości?!
Patrzyłam na nią i powiedziałam łagodnie, jakby z innego świata:
No właśnie, ja tak żyję co weekend.
To chcesz mnie nauczyć porządku?! Bezczelna!
Krzyczała tak głośno, iż kury ucichły, sąsiad zza płotu zerkał przez okno, a my z Michałem wsiedliśmy w samochód i wróciliśmy do domu.
I wiecie co najdziwniejsze? Od tamtej pory żadnych niespodziewanych najścia, żadnych wpadniemy i kuchennych sabatów w moim saloniku. Czasem, żeby ktoś cię usłyszał, wystarczy pokazać, jak wygląda życie z drugiej strony lustra.
Jak sądzicie, dobrze postąpiłam? Co wy robilibyście w tej onirycznej sytuacji?








