Kochana, muszę Ci opowiedzieć o najdziwniejszym weselu, na które wpadłam jak w komedii, a nie była to choćby moja uroczystość. Wszystko zaczęło się od tego, iż moja przyjaciółka Magda miała przyjechać ze swoim chłopakiem Tomkiem on jest dalekim kuzynem pana młodego. Na dzień przed ślubem Magda wylądowała w szpitalu, więc Tomek musiał pojechać sam. Nie podobało mu się to, bo wokół było mnóstwo niezamężnych panienek i bał się, iż znajdzie sobie jakąś babę i zostanie wciągnięty w jakieś bajery. Nie wierzę w takie rzeczy, a Wy, faceci, nie możecie zostawać sami! Teraz brakuje mężczyzn, więc jeden gość nie wystarczy kropka! krzyczała Magda. Tomek był smutny, bo naprawdę chciał pojechać na wesele, a ja patrząc na niego, od razu wiedziałam, iż nie odmówię.
Okazało się, iż pan młody, Aleksander, ma 45 lat, jest rozwiedziony, prowadzi dwa sklepy, stację benzynową i jeszcze coś tam. Nie ma własnych dzieci, ale z pierwszego małżeństwa wychował syna Kacpra, którego traktuje jak własnego. Kacper to typ daj, kup, podaruj, trochę problemowy, a relacje z ojcem są rzadkie, choć Aleksander wspiera go pieniędzmi z przymusowych wspomnień. Co do panny młodej, wiedziałem tylko, iż jest znacznie młodsza od Aleksandra i to była Jadwiga, piękna blondynka, choć zamiast słonecznych pasm nosiła czarne włosy aż do pasa. Wyglądała na około 25 lat, choć wiek nie był pewny.
Dzień ślubu wpadliśmy od razu na Urząd Stanu Cywilnego. Pan młody był wysokim, sportowym facetem z wąskim podbródkiem, orlim nosem i głębokimi niebieskimi oczami po prostu rzetelny. Jadwiga, jak wspomniałem, była blondynką z czarnymi pasmami, naprawdę ładną, ale wyglądała na trochę przygnębioną. Ceremonia szła jak zwykle, aż nagle w drzwiach pojawił się przystojny chłopak w stylu dziewczęcym, uśmiech na twarzy, patrzący rozbawiony po całej sali. Goście odwrócili wzrok, a Jadwiga spojrzała w jego stronę, zmieniła wyraz twarzy i nagle wpadła w wir weselnych zamieszania.
Chłopak mrugnął na drzwi, a Jadwiga odwróciła się i ruszyła za nim. Stało się to przy słowach: W życiu zdarzają się dni, które zostają w pamięci na zawsze. Goście wzburzyli się, a matka Jadwigi, Maria, krzyknęła: Jadźka, skąd uciekasz?. Pan młody zachował spokój, tylko się uśmiechnął. Ceremonia została przerwana, goście nie mieli pojęcia, co się dzieje, a w sali słychać było płacz matki panny młodej. Do tego podszedł jakiś mężczyzna i powiedział pod nosem: Zniknęła samochodem. Wstyd. Nie odbiera telefonu.
Nikt nie rozumiał, co się stało. Rodzice Marii próbowały przeprosić Aleksandra, a przybyło około pięćdziesiąt osób, niektórzy z daleka. W pewnym momencie wpadł pytający mężczyzna w paski, z wąsami, pytając: No i co teraz, Tonio? Wracamy na pociąg? A do kawiarni pójdziemy?. Jego żona, wysoka blondynka z falowanymi włosami, westchnęła. Wtedy Aleksander rzucił okiem na zdezorientowanych gości i powiedział: Panowie, chodźmy do kawiarni! Wszystko już zamówione i opłacone!. I tak wszyscy poszli, nie patrząc wstecz, a on udawał, iż jest spokojny, chociaż widać było, iż coś mu w sercu ciąży. Przypiął obrączki do kieszeni.
Podczas kolacji okazało się, iż Jadwiga uciekła z synem Aleksandra, Kacprem. Okazało się, iż byli razem, Kacper ją zostawił po dwóch tygodniach i zniknął. Potem Jadwiga poznała Aleksandra, on się w niej zakochał i, mimo młodości, poprosił ją o rękę. Matka Jadwigi wycierała łzy: Mamy takiego mężczyznę poważnego, zadbanego, zapewnionego. Nie myślałyśmy, że…. Nie wiedziała, iż przyszły mąż jest ojcem jej niedawnego chłopaka. Czy Aleksander o tym wiedział? Może nie.
Tomek nie potrafił choćby zatańczyć, a jedyne co robił, to dzwonił do szpitala, żeby sprawdzić, jak leży Magda. Goście rozmawiali, jedli, pili, a pan młody szeptem zwany był świętym człowiekiem. Aleksander był jak wąż spokojny, może po prostu potrafił trzymać twarz. Po dwóch godzinach nikt już nie pamiętał o zamieszaniu, jedynie starsza ciotka, surowa i wojownicza, narzekała, iż Jadwigę trzeba karać za takie zachowanie!. Prowadzącego wstępnie chcieli odesłać do domu, ale młody facet obiecał, iż wszystkiego się nie martwi, będzie tylko bawić gości.
W końcu Jadwiga ponownie pojawiła się w drzwiach, matka podbiegła do niej, a tata pospieszył, by ją uspokoić. Jadwiga, po chwili wahania, uklękła przed Aleksandrem i przeprosiła za ucieczkę w Urzędzie. Po kilku godzinach zrozumiała swój błąd, wróciła i Aleksander jej wybaczył. Usiedli razem przy głowie stołu, a goście w końcu mogli wykrzyczeć: Wreszcie!. Prawdziwe wesele ruszyło pełną parą. Nie wiem, czy dobrze postąpiłam, kiedy nie pytałam pana młodego: Dlaczego?, ale chciałam zrozumieć, dlaczego wybaczył. Każdemu trzeba dać szansę powiedział wtedy Aleksander. Zagubimy się czasem, ale nie powinniśmy przestawać wybaczać. Taki właśnie jest mój życiowy motto.
Oficjalnie Jadwiga i Aleksander pobrali się po dwóch miesiącach i od razu złożyli wniosek w Urzędzie. Ten sam psotnik z wesela zniknął w nieznane, a podobno Aleksander przez cały czas wspiera go finansowo. Ostatnio rodzice Jadwigi ucieszyli się, bo spodziewają bliźniaczek. A Tomek, mąż mojej przyjaciółki, podsumowuje całą historię: Z tego wspomnienia przynajmniej będziemy mieli coś do opowiadania!. Jedno mogę Ci powiedzieć takiego wesela nie poleciłbym nikomu!






