Wanda szła na tramwaj do pracy, gdy nagle poczuła, iż zostawiła komórkę na stole w kuchni. Zawróciła i weszła do klatki, unosząc się jakby nie dotykała podłogi, a kiedy weszła do windy, ta utknęła na ósmym piętrze, wydając dziwny, metaliczny zgrzyt. Wanda usiadła na podłodze windy, otoczona wirowaniem światła i odgłosem stukającego deszczu za oknem.
Czekając w tej nieruchomej puszce, nagle wyraźnie usłyszała znajomy głos swojego męża, Eugeniusza. Słychać go było za cienką ścianą windy, obok rozlał się zapach starego parkietu i kropli kawy. Eugeniusz rozmawiał z kobietą o imieniu Grażyna.
Kochana, nie mogę się ciebie doczekać, naprawdę. Każda minuta bez ciebie jest jak zimny poranek w październiku powiedział Eugeniusz głosem miodowym jak ciepła chałwa.
Dzisiaj wieczorem się zobaczymy odparła Grażyna, jej głos ślizgał się po dźwiękach jak krople po szybie. Przyjdź po dziesiątej.
Twój mąż znów ma nocną zmianę?
Cały tydzień pracuje w nocy westchnęła Grażyna, a echo tego westchnienia zatańczyło na kafelkach. Wychodzi o wpół do dziesiątej i wraca bladym świtem. Musimy się pośpieszyć.
Czemu ta winda tak śpi? zirytował się Eugeniusz, tonąc w szeleszczeniu kurtki.
Przez cztery długie minuty stali przy drzwiach windy, rozmawiając o spotkaniach pełnych łez i uśmiechów. W końcu dopiero trzask rur zasygnalizował im, iż winda wcale nie zamierza ruszyć i poszli schodami w dół, zostawiając po sobie wirujące płatki kurzu.
Wanda najpierw nie mogła uwierzyć, iż słyszy własnego męża, ale gdy Grażyna wymówiła imię Eugeniusza i dodała jeszcze imię Wandy, zatrzęsło nią jak nagły przeciąg. Wszystko stało się jasne niczym światło latarni w listopadowy wieczór: Eugeniusz zdradzał ją z sąsiadką z mieszkania czterdzieści.
No to wiemy, dokąd były te wieczorne spacery na świeże powietrze pomyślała Wanda, przebijając się przez pajęczynę wspomnień. Teraz się dowiem, czym jest to powietrze… Aż zapamięta na zawsze tę swoją przechadzkę.
Gdy pojawili się wreszcie technicy i otworzyli windę, Wanda utkała już w głowie misterny plan, wiążąc go z węzłów złości i żalu.
Około dziesiątej pm Eugeniusz, jak co wieczór, włożył płaszcz i szykował się do wyjścia, unosząc się nad podłogą jak cień.
Wandziu, pójdę się przewietrzyć na godzinkę mruknął, zerkając przez zaparowaną szybę.
Eugeniuszu, leje jak z cebra! zawołała Wanda, ale jej głos zdawał się odbijać echem między ścianami, mieszając się z szumem deszczu.
Wezmę parasolkę, nic mi nie będzie odpowiedział, zapinając guziki niczym ślimak chowający się w muszli. Muszę się poruszać, to dla serca dobre!
Ale dziś nie twój dzień… szepnęła Wanda, patrząc na niego, jakby była starą sówką w gnieździe.
Przestań z tymi przesądami! Wracam za godzinkę, półtorej.
Lecz wrócił znacznie wcześniej, bo telefon od nieznajomego powiedział mężowi Grażyny o zdradzie i wszystko popłynęło w tempie rwącej Wisły.
Wanda otworzyła drzwi na łańcuch, zaglądając przez szczelinę.
A gdzie parasolka i garnitur, buty? spytała, przejeżdżając spojrzeniem po nim jak promień rentgena. Przemokłeś?
Napadli mnie! powiedział Eugeniusz. Wszystko zabrali, choćby buty. Wpuść mnie, zimno jak w lodówce!
Twoje rzeczy są przy zsypie na śmieci, zabierz je sobie i pozdrów Grażynę.
Jaką Grażynę?
Z ósmego.
I zamknęła drzwi, wracając do kanapy, gdzie wyjął pilot i włączył Teleexpress, jakby nic się nie stało.
Dobrze, iż dzieci dawno wyjechały, nie muszą widzieć tego teatru pomyślała Wanda, dekorując myśli ciszą.
Eugeniusz pobiegł do zsypu, znalazł swoją walizkę, ubrał się i opuścił blok, w którym schody zamieniały się w ślimaki, a okna mrugały światłem.
Sięgnął po telefon ale ten został w mieszkaniu kochanki. Zamierzał wrócić po telefon do Wandy, ale wtedy… utknął w windzie na ósmym piętrze. Prąd właśnie wyłączono, czas stanął jak woda w kałuży.
W końcu, gdy z powrotem popłynął prąd i winda jęknęła ruszając, Wanda dawno była już daleko, pochłonięta szeleszczącą codziennością, a Eugeniusz, nie mając kluczy do mieszkania, zszedł schodami. Na ósmym piętrze spotkał Grażynę z walizką.
Masz mój telefon? zapytał.
Mam, i twoje rzeczy też odpowiedziała drżącym głosem.
Zjechali razem windą, która tym razem zachowywała się jak łagodny smok, ale każde ich taksówki rozjechały się w przeciwnych kierunkach, a przez uchylone okno klatki dało się słyszeć tylko echo ich dawnych rozmów, zaginionych wśród labiryntów snu.








