Noc poślubna miała być najszczęśliwszym momentem w życiu kobiety. Siedziałam przed toaletką, świeża szminka na ustach, wsłuchując się w cichnące na zewnątrz dźwięki weselnej kapeli. Rodzina mojego męża już się rozeszła. Sypialnia była bogato udekorowana, złociste światło odbijało się od czerwonych jedwabnych wstążek. Ale moje serce było ciężkie, a niepokojące przeczucie rosło z każdą chwilą.
Ciche pukanie do drzwi. Zamarłam. Kto mógł przyjść o tej porze? Otworzyłam lekko i w szczelinie ujrzałam zmartwione oczy naszej długoletniej gospodyni, Weroniki. Jej głos drżał, gdy szepnęła:
Jeśli chcesz żyć, przebierz się i uciekaj tylnym wyjściem. Teraz. Spiesz się, bo będzie za późno.
Zastygłam w bezruchu. Serce waliło jak młot. Zanim zdołałam zareagować, Weronika rozszerzyła oczy i skinęła, bym milczała. Ten wzrok nie był żartem. Pierwotny strach ścisnął mi gardło, a dłonie, które kurczowo ściskały suknię ślubną, zaczęły drżeć. W tej samej chwili usłyszałam kroki mojego nowego męża zbliżające się do drzwi.
Miałam chwilę, by wybrać: zostać czy uciekać.
Szybko przebraną w zwykłe ubranie, wcisnęłam suknię pod łóżko i wymknęłam się w ciemność, kierując się ku tylnym drzwiom. Wąski zaułek na zewnątrz przeszył mnie zimnem. Weronika otworzyła stare drewniane wrota i popchnęła mnie, bym biegła. Nie odważyłam się obejrzeć, słysząc tylko jej cichą wskazówkę:
Biegł prosto, nie oglądaj się. Ktoś na ciebie czeka.
Biegłam, jakby serce miało mi pęknąć. Pod przyćmioną latarnią stał motor. Nieznajomy mężczyzna w średnim wieku wciągnął mnie na siedzenie i ruszył w noc. Mogłam tylko kurczowo się trzymać, podczas gdy łzy spływały mi po twarzy.
Po niemal godzinie krętych dróg zatrzymaliśmy się przy małym domu na przedmieściach Warszawy. Mężczyzna wprowadził mnie do środka, mówiąc cicho: Zostaniesz tu na razie. Jesteś bezpieczna.
Opadłam na krzesło, wyczerpana. W głowie kłębiły się pytania: Dlaczego Weronika mnie uratowała? Co się naprawdę dzieje? Kim był mąż, którego ledwo poznałam?
Na zewnątrz noc była gęsta, ale we mnie rozpętała się burza.
Prawie nie spałam. Każdy odgłos samochodu, każde szczekanie psa w oddali wyrywało mnie z półsnu. Mężczyzna, który mnie tu przywiózł, palił papierosa na werandzie, a blask żaru oświetlał jego ponurą twarz. Nie śmiałam pytać, widząc w jego oczach mieszaninę litości i czujności.
Gdy nastał świt, pojawiła się Weronika. Padłam przed nią na kolana, dziękując przez łzy. Ale ona tylko podniosła mnie, mówiąc ochryple:
Musisz poznać prawdę. Tylko wtedy uratujesz siebie.
Prawda wyszła na jaw. Rodzina mojego męża nie była tym, czym się wydawała. Za fasadą bogactwa kryły się ciemne interesy i ogromne długi. Moje małżeństwo nie było związkiem z miłości, tylko transakcją zostałam wybrana na synową, by spłacić ich zobowiązania.
Weronika wyjawiła, iż mój mąż miał przeszłość związaną z przemocą i narkotykami. Dwa lata wcześniej w tym samym domu spowodował śmierć młodej kobiety, ale jego wpływowa rodzina zatuszowała sprawę. Od tamtej pory wszyscy w domu żyli w strachu. Gdybym została tamtej nocy, mogłabym być jego kolejną ofiarą.
Dreszcz przeszedł mnie na wylot, każde słowo kłuło jak nóż. Przypomniałam sobie jego groźne spojrzenie podczas wesela, bolesny uścisk dłoni, gdy żegnał gości. To, co wzięłam za zwykłe zdenerwowanie, było ostrzeżeniem.
Nieznajomy okazało się, iż to daleki siostrzeniec Weroniki wtrącił:
Musisz natychmiast wyjechać. Nigdy nie wracaj. Będą cię szukać, a im dłużej zwlekasz, tym większe niebezpieczeństwo.
Ale gdzie miałam iść? Nie miałam pieniędzy, dokumentów. Telefon zabrano mi zaraz po ślubie, żeby nic cię nie rozpraszało. Byłam kompletnie bezradna.
Weronika wyciągnęła małą sakiewkę: kilka banknotów, stary telefon i mój dowód osobisty, który potajemnie wyciągnęła. Rozpłakałam się, nie mogąc wydobyć słowa. W tej chwili zrozumiałam, iż uciekłam z pułapki, ale droga przede mną była niepewna.
Postanowiłam zadzwonić do matki. Gdy usłyszałam jej łamiący się głos, prawie straciłam mowę. Ale Weronika dała mi znak, bym mówiła półprawdami, nigdy nie zdradzając miejsca pobytu rodzina męża na pewno wysłałaby ludzi, by mnie znaleźć. Matka mogła tylko płakać i błagać, bym przeżyła, obiecując, iż znajdziemy rozwiązanie.
Przez kolejne dni ukrywałam się w tym domu na przedmieściach, nie wychodząc na zewnątrz. Siostrzeniec przynosił jedzenie, a Weronika wracała w dzień do głównego domu, by nie wzbudzać podejrzeń. Żyłam jak cień, dręczona pytaniami: Dlaczego ja? Czy znajdę w sobie siłę, by się podnieść, czy skończę jako wieczna zbiegła?
Pewnego popołudnia Weronika wróciła z poważną miną:
Zaczynają coś podejrzewać. Musisz zaplanować kolejny krok. To miejsce niedługo przestanie być bezpieczne.
Serce znów zaczęło walić. Zrozumiałam, iż prawdziwa walka dopiero się zaczyna.
Tej nocy Weronika przyniosła druzgocące wieści: moje kruche bezpieczeństwo było zagrożone. Wiedziałam, iż nie mogę uciekać w nieskończoność. jeżeli chcę naprawdę żyć, muszę się z nimi zmierzyć i wyrwać na wolność.
Powiedziałam Weronice i jej siostrzeńcowi: Nie mogę się wiecznie chować. Im dłużej zwlekam, tym gorzej. Chcę iść na policję.
Siostrzeniec zmarszczył brwi: Masz jakieś dowody? Same słowa nie wystarczą. Co gorsza, przekupią śledczych, a ty zostaniesz uznana za kłamczynię.
Jego słowa przybiły mnie. Nie miałam nic poza strachem i wspomnieniami. Ale Weronika szepnęła:
Zachowałam kilka rzeczy. Dokumenty i księgi, które pan potajemnie prowadził. jeżeli wyjdą na jaw, zniszczą ich. Ale
