
Kiedy wyjeżdżałam z mojego rodzinnego miasteczka, gdzie wszyscy znali wszystkich, a szczytem luksusu była nowa kawiarnia na rynku, czułam, iż wreszcie zaczynam żyć. Spakowałam walizkę, wzięłam oszczędności i ruszyłam na podbój stolicy. W mojej głowie byłam już kobietą sukcesu, z kubkiem drogiej kawy w ręku, pędzącą na ważne spotkanie w szklanym biurowcu. Wyobrażałam sobie siebie wśród ludzi, którzy mają wielkie plany i odważne marzenia, noszą designerskie ubrania i rozmawiają o najnowszych trendach technologicznych. Myślałam, iż wystarczy zmienić miejsce, by wszystko inne zmieniło się samo.
Rzeczywistość gwałtownie zweryfikowała moje plany. Zamiast apartamentu z widokiem na Pałac Kultury, wynajęłam mały pokój w peryferyjnej dzielnicy, w mieszkaniu z trzema innymi osobami, z których każda żyła własnym życiem i rzadko wychodziła ze swojego pokoju. To byli ludzie w moim wieku, ale miałam wrażenie, iż każdy z nich równie mocno jak ja tęskni za domem, tylko nie potrafi się do tego przyznać. Zamiast posady marzeń, znalazłam pracę w korporacji na najniższym szczeblu, gdzie byłam tylko jednym z wielu trybików w wielkiej maszynie, a każdy dzień wyglądał niemal tak samo: poranna kawa na szybko, korki, szary open space i stosy dokumentów.
Od początku czułam się gorsza
Od początku czułam się gorsza. Kiedy w biurze dziewczyny rozmawiały o najnowszych trendach, kosmetykach, o wyjściach do modnych restauracji czy weekendowych wypadach do europejskich stolic, ja milczałam. Nie miałam się czym pochwalić. Wstydziłam się przyznać, iż mój weekend to głównie pranie, sprzątanie i liczenie, czy wystarczy mi do pierwszego. choćby jeżeli czasem udało mi się wyjść gdzieś z koleżanką z mieszkania, to zawsze wybierałyśmy najtańsze miejsca, a ja udawałam, iż to mój wybór, a nie konieczność.
– Jowita, a ty gdzie bywasz w weekendy? – zapytała mnie kiedyś Karolina, dziewczyna z sąsiedniego biurka, zawsze ubrana w markowe ciuchy, z nienagannym makijażem.
Miała w sobie tę pewność siebie, która sprawiała, iż czułam się przy niej jeszcze mniejsza.
– Och, różnie – odpowiedziałam wymijająco, czując, jak palą mnie policzki. – Zwykle odpoczywam w domu.
– W domu? Serio? Przecież Warszawa daje tyle możliwości! Musisz kiedyś wyskoczyć z nami do tego nowego klubu na Zbawiksie. Jest mega!
Uśmiechnęłam się tylko słabo i wróciłam do moich tabelek. Nie miałam pojęcia, co to za klub, ani za bardzo gdzie jest „Zbawiks”. Czułam, iż mój prowincjonalny rodowód jest wypisany na moim czole wielkimi, neonowymi literami. Bałam się, iż jeżeli powiem, skąd pochodzę, wyśmieją mnie. Zaczęłam więc udawać. Zmieniłam sposób mówienia, zaczęłam kupować ubrania z drugiej ręki, które były markowe. Spędzałam godziny na przeglądaniu internetu, próbując kopiować styl dziewczyn z miasta. Wrzucałam zdjęcia z miejsc, w których wypadało bywać, choćby jeżeli stać mnie było tam tylko na najtańszą kawę. Z czasem nawet mój akcent zaczął się zmieniać. Złapałam się na tym, iż coraz rzadziej dzwoniłam do rodziców, żeby nie usłyszeli w moim głosie tej nowej, wyuczonej wersji siebie.
Z każdym dniem czułam się coraz bardziej oderwana od siebie. Miałam znajomych, ale nie przyjaciół, z którymi mogłabym być szczera. Każde wyjście do kawiarni było dla mnie stresujące – czy wyglądam wystarczająco „warszawsko”, czy nie zdradzę się jakimś słowem, które mogłoby mnie zdekonspirować? choćby kiedy wracałam do mieszkania, nie czułam się sobą. Zaczęłam coraz częściej myśleć o domu. Tęskniłam za zapachem pieczonego chleba, za gwarem rodzinnych rozmów, za poczuciem, iż nie muszę niczego i nikogo udawać.
Kłamstwo ma krótkie nogi
Mijały miesiące, a ja coraz bardziej zapętlałam się w swoich kłamstwach. Utrzymanie iluzji kosztowało mnie mnóstwo energii i pieniędzy. Coraz częściej miałam wrażenie, iż nie tylko ukrywam swoją przeszłość przed innymi, ale iż powoli zaczynam ją ukrywać przed sobą. Zaczęłam unikać powrotów do domu, bo bałam się, iż moi bliscy zauważą, jak bardzo się zmieniłam, jak sztuczna się stałam. Zdarzało się, iż mama pytała przez telefon, czy wszystko u mnie w porządku, bo brzmię jakoś inaczej.
Odpowiadałam, iż wszystko świetnie, a potem długo nie mogłam zasnąć, rozmyślając, czy jeszcze kiedyś będę mogła być po prostu Jowitą. Pewnego dnia w pracy wybuchła afera. Ktoś z mojego działu popełnił błąd, który kosztował firmę sporo pieniędzy. Wszystko skrupiło się na mnie. Nie mogłam się obronić, bo faktycznie to ja przygotowywałam feralny raport. I to ja nie zweryfikowałam danych. Zostałam wezwana na dywanik do szefa. Siedziałam na twardym krześle, nerwowo zaciskając dłonie na kolanach i wpatrując się w swoje buty.
– Pani Jowito, jestem bardzo rozczarowany – powiedział chłodno. – Oczekiwałem od pani większego profesjonalizmu.
– Przepraszam, nie wiem jak to się mogło stać, ja naprawdę się staram – jąkałam się, czując, iż zaraz się popłaczę.
– To najwidoczniej za mało. Oczekuję wyników. jeżeli to się powtórzy, będziemy musieli się pożegnać.
Wyszłam z gabinetu na miękkich nogach. Czułam się tak mała, tak nic niewarta. Cały mój misternie budowany wizerunek legł w gruzach. Po pracy poszłam do parku i usiadłam na ławce. Płakałam, nie mogąc powstrzymać łez. Wydawało mi się, iż wszystko, co budowałam przez ostatni rok, nie ma żadnej wartości. Godzinami siedziałam na tej ławce, obserwując ludzi, którzy przechodzili obok – każdy z nich wydawał mi się pewniejszy siebie, szczęśliwszy, lepiej wpisany w to wielkomiejskie tło niż ja. Nagle zadzwonił telefon. To była moja mama.
– Cześć, córeczko! Co u ciebie? Głos masz jakiś taki niewyraźny – powiedziała z troską.
– Wszystko dobrze, mamo. Po prostu jestem zmęczona po pracy – skłamałam po raz kolejny.
– Słuchaj, w ten weekend są imieniny cioci Krysi. Przyjedziesz? Tak dawno cię nie widzieliśmy.
Zatkało mnie. Chciałam odmówić, wykręcić się brakiem czasu, ale nagle poczułam ogromną potrzebę, by tam być. Wrócić tam, gdzie nikt mnie nie oceniał, gdzie mogłam być po prostu Jowitą. Wbrew rozsądkowi, obiecałam, iż przyjadę. Już po odłożeniu słuchawki poczułam dziwną ulgę, jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężki plecak.
Mama czekała na mnie z uśmiechem
Podróż do domu była długa. Im bliżej byłam rodzinnych stron, tym bardziej spadał ze mnie ciężar, który dźwigałam od roku. Patrzyłam przez okno pociągu na znajome pola, stare drzewa, niewielkie domy i czułam, jak powoli wracam do siebie. Gdy wysiadłam na małej stacyjce, poczułam zapach powietrza, którego mi tak brakowało. Mama czekała na mnie z uśmiechem i ciepłym kocem, tata zapakował moją walizkę do samochodu i już po kilku minutach byliśmy w domu.
Imieniny cioci Krysi były dokładnie takie, jak zapamiętałam – pełne gwaru, śmiechu i jedzenia. Wszyscy pytali mnie o Warszawę, o pracę, o życie. Dzieci biegały wokół stołu, kuzynki przynosiły kolejne talerze z domowymi wypiekami, a ja po raz pierwszy od dawna czułam się częścią tego świata, do którego tak bardzo chciałam kiedyś uciec. Siedziałam na kanapie obok babci, która głaskała mnie po włosach i pytała, czy na pewno jem jakies obiady.
– No, Jowitko, ty to teraz światowa jesteś! – powiedział wujek Staszek, klepiąc mnie po plecach. – Opowiadaj, jak tam w tej wielkiej stolicy!
– Wujku, stolica stolicą, ale u cioci Krysi sernik i tak najlepszy – uśmiechnęłam się szczerze.
Rozmowy toczyły się do późnego wieczora. Zauważyłam, iż nikt nie pytał mnie, ile zarabiam, czy znam ważnych ludzi, czy bywam w modnych miejscach. Interesowało ich, czy jestem szczęśliwa, czy mam z kim porozmawiać, czy nie jestem samotna. Po raz pierwszy od dawna mogłam być sobą, bez presji, bez udawania. Wieczorem, gdy wszyscy już się rozeszli, siedziałam w swoim dawnym pokoju i przeglądałam stare zdjęcia. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo tęskniłam za tą zwyczajnością. Za rozmowami z mamą bez pośpiechu, za zapachem świeżo upieczonego chleba, za śmiechem, który nie był wymuszony. Przypomniałam sobie, kim byłam, zanim zaczęłam udawać.
Moje korzenie są teraz moją siłą
Po powrocie do Warszawy coś się we mnie zmieniło. Przestałam udawać kogoś, kim nie jestem. Zaczęłam powoli wprowadzać do swojego życia drobne zmiany. Przestałam udawać, iż znam się na wszystkim, co modne i drogie. Kiedy w biurze dziewczyny znów rozmawiały o zagranicznych wycieczkach, po prostu powiedziałam:
– A ja spędziłam weekend w rodzinnym mieście. Było super, wreszcie odpoczęłam.
Zapadła cisza. Karolina spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
– Serio? A skąd jesteś?
– Z małego miasteczka pod Kielcami – odpowiedziałam dumnie.
Spodziewałam się śmiechu, kpin, a usłyszałam:
– Zazdroszczę ci. Moja rodzina jest tak rozsiana po świecie, iż widujemy się raz na kilka lat.
Zrozumiałam, iż cały ten strach, całe poczucie niższości, było tylko w mojej głowie. Nikt nie patrzył na mnie przez pryzmat adresu, tylko przez to, jaką jestem osobą. Zaczęłam częściej dzwonić do domu, odwiedzać rodzinę, a choćby rozmawiać o swoich korzeniach ze znajomymi. Okazało się, że wielu z nich też tęskni za domem, tylko wstydzi się to przyznać. Z czasem moje relacje w pracy się poprawiły. Przestałam się bać odrzucenia. Zamiast naśladować innych, zaczęłam być bardziej otwarta i autentyczna.
Nawet mój szef zauważył zmianę – byłam pewniejsza siebie, bardziej zaangażowana. Pracowałam ciężej, ale już nie po to, by komuś coś udowodnić, tylko dla siebie. Warszawa już mnie nie przerażała. Stała się po prostu miejscem, gdzie pracuję i żyję, ale moje serce i tak zawsze będzie miało swoje miejsce w małym miasteczku. Zrozumiałam, iż nie muszę wybierać – mogę być jednocześnie tą dziewczyną stąd i stamtąd. Moje korzenie są moją siłą, a nie powodem do wstydu.
Jowita, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ścigałem się z sąsiadem, kto lepiej wysprząta grób. Wystarczyło 1 zdanie znajomej, bym sczerwieniał ze wstydu jak burak”
- „Przez 40 lat mąż decydował o wszystkim, a ja się godziłam. Dopiero nad jego grobem, poczułam, iż moje życie się zaczyna”
- „Przez lata małżeństwa byłam mistrzynią rezygnowania z siebie. Dopiero po śmierci męża zrozumiałam, ile mnie to kosztowało”













