Mój syn wziął niedawno ślub. Wcześniej kilkakrotnie przedstawiał nam swoją wybrankę polubiliśmy ją od razu. Skromna, uprzejma, urodziwa i bystra aż trudno uwierzyć, iż takie dziewczyny jeszcze istnieją. Cała rodzina cieszyła się ich szczęściem i rozpoczęliśmy przygotowania do ślubu, lepiliśmy pierogi, wybieraliśmy kwiaty i zamawialiśmy tort w pobliskiej cukierni na Mokotowie.
W dniu uroczystości synowa upięła włosy tak, iż jej uszy wyraźnie wystawały spod delikatnego welonu. Wyglądała jak z obrazka, a ja nie widziałam w jej wyglądzie nic dziwnego do czasu, gdy wzrok mój padł na jej prawe ucho. Zobaczyłam tam pieprzyk, identyczny jak u mojej zaginionej kiedyś córki, Anielki. Zaniepokoiłam się. Serce zaczęło mi bić jak szalona perkusja na krakowskim Rynku w noc świętojańską.
Kochana, wybacz bezpośredniość czy kiedykolwiek byłaś adoptowana? wypaliłam nagle, nie mogąc dłużej pohamować emocji.
Nie a dlaczego takie pytanie? odpowiedziała zaskoczona, po czym zerwała się i zanurzyła w wir tańca z innymi gośćmi weselnymi.
Na sąsiednim krześle siedziała jej mama kobieta o cienkich, podręcznikowo splecionych dłoniach, która spojrzała na mnie ze smutkiem i lekkim skinieniem głowy przyznała, iż dziewczynę rzeczywiście adoptowali. Po chwili ojciec potwierdził to prawda, zabrali ją jako małą nieznaną dziewczynkę, którą kiedyś późnym wrześniowym popołudniem znaleźli na poboczu drogi pod Łodzią. Płakała cichutko wśród jesiennych liści, a ich serca, wygłodniałe po latach bezowocnych prób na zajście w ciążę, od razu się do niej przywiązały. Przyjęli ją pod swój dach i nigdy nikomu nic nie powiedzieli.
Tego samego roku straciłam z oczu moją córeczkę na wielkim targowisku w Warszawie. Weszłyśmy w tłum i… już jej nie odnalazłam. W mojej głowie echo dźwięków z bazarku mieszało się z jej wołaniem, ale mimo dziesiątek prób los nie był łaskawy. Straciłam nadzieję, aż stało się dla mnie jasne, iż to jakaś księżycowa zagadka, której nikt nigdy nie zgadnie.
Teraz mój syn poślubił córkę tego samego losu dziewczynę, której podświadomie szukałam całe życie. Kogoś, kto w naszych czasach jawiłby się przypadkiem, a może jednak przeznaczeniem? Wyobraź sobie z tylu ludzi właśnie ją spotkał i pokochał, jakby ich dusze przyciągnęły się pod polskim niebem.
Zmącone wspomnienia przeplatały się z zachwytem i niepokojem rodziców dziewczyny, którzy zaczęli się martwić przyszłością młodego małżeństwa. Jednak uspokoiłam ich, mówiąc, iż to właśnie dzięki stracie córki zrozumiałam, jak najlepiej ukochanym pomagać wrócić do równowagi. Sama zresztą postanowiłam podarować dom innemu dziecku. Wybrałam się do domu dziecka pod Tarnowem i przyniosłam stamtąd chłopca małego Huberta, który wybrał mnie spojrzeniem spośród innych kandydatów, tak jakby wiedział, iż szukam właśnie jego. Od tej pory nasz świat stał się choć trochę jaśniejszy.
W jednej dziwnej, nieuchwytnej nocy, z której wyłaniały się odległe światełka autobusów i zapach świeżego chleba, wyszły na jaw dwie sekrety matek, które potrafiły kochać jak Wisła niesie wodę bez końca.
Wśród weselnej wesołości ludzie długo jeszcze szeptali sobie tę historię do ucha, popijając kompot z rabarbaru i śmiejąc się przez łzy wzruszenia.
Cóż, czy to tylko przypadek, sen czy może przeznaczenie splecione jak warkocz Warsa i Sawy?





