Wesele Traugutta
Antonina przymierzała suknię ślubną, nie chciała bufek, trenów, tylko jedwab tłoczony w kwiaty. Ciotka Zofia burzyła się , bo wcześniej nalegała by odziać błękity ale na Kościuszkównę jej nie wypadało.
Panny z pensji Marii Kolarovej, słowackiej awanturniczki i jej Czerwonego konkubenta , wraz z potomkinią Naczelnika, zostały wtajemniczone w patriotyczne spotkania.
Rodzina Romualda, pod Niebiosa wołała, iż taka partia to znak, iż zaraz zaczną się dziać oczekiwane rzeczy. Kościuszkowie, mimo dużej otwartości, narzekali, iż nie dość , iż wdowiec, to jeszcze był w carskiej armii.
Antonina poznała go, a jakżeby inaczej, na jednym z tajnych spotkań, mówiono głównie o powstaniu. Ze swoim bagażem rodzinnym wiedziała, co mówić. Tak mu zaimponowała, iż niedługo zaczęli schadzki. Gdy do rodziny dotarła wieść o umizgach w Parku Łazienkowskim, w powietrzu czuło się ślub. Ani Romuald ani Antonina nie byli zaskoczeni i tak planowali to wkrótce, bo jej kochany zaczął podupadać na zdrowiu.
Rodzina się obawiała, co to za zdechlak im do domu wjedzie, więcej na pielęgnowanie pójdzie, a ona tylko udrękę będzie miała i miłość pójdzie hen!
*
Koleżanki z pensji i kuzynki siedziały na starym łóżku i kilku krzesłach z bawialnego. Biły brawo na widok przyszłej panny młodej. Śmiały się pod nosem, szepcząc trzy po trzy.
-Misiunia mówi, iż jej narzeczony ma pierścień na hmmm… i przekute sutki – Podekscytowała się Zosieńska z Pensji.
-Ty już po wszystkim? – Zdziwiła się Janka.
-Znasz ją! – Wrzasnęła Irenka.
Antonina śmiała się, ukrywając podniecenie, tylko siedząca przy oknie kuzynka Lusia czerwieniła się, była w końcu najmłodsza z towarzystwa, Ponadto miała niedługo odfrunąć od guwernantki i wybrać pensję.
-Idź do Kolarovej, nie pożałujesz! – Przekonywała Irenka.
-Za bardzo się ugruntowałaś w cnotach niewieścich! – Zaśmiała się Antonina.
Lusia nabrała oddechu, jej twarz znowu zalał rumieniec.
- Matula mówi, iż najpierw Bóg, a na końcu mężczyzna. –
-A jak przyjdzie powstanie albo pójdziesz na spotkanie patriotyczne, z kim będziesz rozmawiała?! Kogo przyjmowała?! – Zapytała kuzynka.
Zaskoczona Lusia spojrzała się na dziewczyny, wszystkie śmiały się głośno.
Antonina wygłupiała się, tańcząc polkę w przedślubnej sukni, zbliżała się do szafy, wyjmując pończochy z indyjskiej bawełny i halkę z niewielkim szafirem. Źrenice dziewczyn rozszerzyły się.
-Domyślacie się, hmm?- Zapytała uwodzicielsko.
Irenka, jak nigdy nic, podwinęła rękaw, ukazując pod łokciem ni to orła ni to wróbla w koronie.
Zamarły poza Lusią, która wyjęła wisiorek, błękitny krzyżyk.
Dalej ploteczki, głupotki, zgadywanki, rozmowy o miłości i trochę mniej o sprawie.
*
Dym unosił się na tle przyniszczonej makatki. Romuald zaciągał się raz po raz. Obok Stawiarskiego kopciło się opium. Rudowłosa Węgierska oparła się o jego ramię, dmuchając prosto w twarz Kolińskiego, karty leżały nietknięte.
-Ej powstanie róbcie, powstanie! – Wrzeszczał Stawiarski.
-Mój ojciec z Wysockim się sprzysięgał, Na Oko Święte! – Wymachiwał rękami.
Romuald spuścił wzrok, by nalać sobie trochę wina. Portwajn besarabski szumiał wszystkim w głowach.
-A ja wam mówię, lepszy Wielopolski niż koniec Polski! – Zabełkotał Torawiński.
Koliński zmierzył go wzrokiem, już się rzucał pięścią w jego stronę, gdy powstrzymał ich jeden z młodszych uczestników.
- Ej no, coś w końcu trzeba zrobić , nie z mordą małpią się napieprzać! – Rzekł.
-No właśnie! – Dodał siedzący z boku Major Dwurek.
-Jak się będziecie za powstanie brać, to się nie ośmieszcie, bo Moskal och, ciężko, ciężko i łatwo was rozgromi. Jak Grecy najlepiej, z partyzanta! Po górach się chowali i tak wygrali! – Stuknął laską.
-Ale im Francja pomogła i Anglia,- Dodał Młody.
-Widzicie, co się w Europie dzieje, Garibaldi, jemu się udało! – Jeszcze raz stuknął laską Major,
-Ale są Biali, są Czerwoni i Bóg wie jeszcze jacy…- Zaczął gestykulować Traugutt.
Zamyślił się chwilę, ten kolejny wieczór końca wolności, nie był tak wesoły, jak wtedy, gdy brał ślub z Pikelówną. Wtedy się spiryty lały strumieniami, śmiechy kolegów i rozmowy. Świat stawał się niepewny, coś wisiało w powietrzu, szeptano o brance, ile będzie się cieszył życiem z Antoniną?
-Po co się żenić, gdy Moskal knuje?! Rzekł Koliński, zaciągając się opium.
-Miłość jest silniejsza niż śmierć. – Odpowiedziała kulawym polskim Węgierska, po czym pocałowała usta swego kochanka.
Noc snuła się zapachem opium i perfum. Major śpiewał stare pieśni, wtórując laską.
Już za trzy dni po polach rozniosą się dzwony. I staną przed sobą On i Potomkini Naczelnika…
*
Przez wioskę niosło się słońce. Ptaki przysiadły na miedzach. Od gościńca jechali Trauguttowie, na wozie śpiewał Major, jego laska wtórowała muzykantom, gwizdał, a to nagle zaczął śpiewać pieśni nieprzystojne.
Antonina, w tym chińskim jedwabiu wyglądała jak obłok niknący za wrotami kościoła. Romuald w nowym garniturze.
Spojrzeli na siebie porozumiewczo. Świadkini, kuzynka pana młodego, Regina, zwana Reni, błyszczała jak choinka, dzwoniąc biżuterią.
Ksiądz co chwila zerkał na tę patriotyczną dziewkę, co eseje pisała i na spotkaniach czytała. A tam była Emancypacja! Aż mu się w głowie nie mieściło, co to się wyprawia! Zamiast zagrzewać młodzieńców do czynu, kobiety zachęca! Dźwięk jej kolczyków wywoływał w nim myśli diabłu przypisane, zamiast udzielać ślubu, to mu się figli z Reni chciało!
-Tfu, tfu, co to za zwyczaje! – Pomyślał, patrząc jak Romuald mocno całuje Antoninę.
-W Kościele im się chce!- Przetarł czoło
-Warszawskie zwyczaje! –
Słońce padało na kolczyki Reginy, by odbić się we włosach państwa młodych, już świętych w swej miłości.
*
Kolaski przetaczały się polami, kapela grała mazurki, Lusia machała nogami, inne kuzynki kołysały się w rytm muzyki, Major, jak zwykle wołał „Wiśta wio!”
Przyroda zdała się dawać znaki, pasikonik wplątał się we włosy Lusi, tak wrzeszczała, by go ktoś wyciągnął, bo sama nie chciała zniszczyć pięknego warkocza. Kuzynka Ewa odplątywała powoli sterty włosów, by uwolnić zwierzątko. Mimo to, Lusia przez cały czas trzęsła się ze strachu.
Gdy była dzieckiem, ogromny pasikonik obudził ją, patrząc prosto w oczy, tak wrzeszczała, iż potem niańka śmiała się, iż robaka się boi.
-A jak Cię chłopak pocałuje to też uciekać będziesz?! – Mówiła szyderczo.
Lusia miała dziesięć lat, o całowaniu nie miała pojęcia, może ten moment sprawił, iż była taka, jaka jest.
*
Przywitano chlebem przednim i solą galicyjską. Przenieść Antoninę przez próg, to jakby przejść przez Morze Czerwone. Bolała go noga, a panna młoda była cięższa od niego. Gdy delikatnie upuścił ją na podłogę, chwycił go taki skurcz, iż wszystko stawało się nierealne. Oprawszy się o ścianę, wziął oddech.
-Romualdzie, och, co ty w noc poślubną będziesz robił?!- Zażartował ojciec Antoniny.
Jego zięć zaśmiał się. Goście mieli mieszane uczucia, przeszło im, gdy wzniesiono pierwszy toast.
-Młodej parze, sto lat! – Krzyknął ojciec Antoniny.
Wszyscy stuknęli się kieliszkami. Romuald i Antonina zanurzyli się w domowym winie, rzucili za siebie szklanki, brzęk i huk, wszyscy zamarli, widząc, iż puchar pana młodego stłukł się od góry, zostawiając resztę. Matka Antoniny pokręciła głową.
-Nieszczęście! – Westchnęła gospodyni Kościuszków, Marianka.
Zdjęła krucyfiks ze ściany, pobiegła po palmę i wodę święconą i wiadro.
-Co za gusła. – Szepnęła Reni.
Marianka skropiła krzyż wodą święconą, nad gałązkami palmy.
Major podrapał się po ramieniu, by wznieść w górę dłoń.
-Przesąd zwyciężony! – Krzyknął, jego pierścień rzucał cień kryształowego Oka Opatrzności. Marianka przeżegnała się pięć razy.
-Farmazon lepszy niżli czary. – Zaśmiał się Ojciec Lusi.
Romuald zachichotał pod wąsem. Choć był wierzący, uznawał historie o masonach i cudownych widzeniach za bajki. Nosił krzyż, choć w symbole nie wierzył. Dla niego, tak jak Antoniny, Bóg był Niebie, a nie gusłach.
Gdy sprzątnięto kielich zaczęła się zabawa, wszyscy rzucili się w tany.
*
Antonina trzymała go mocno w tańcu, z zazdrością patrzyła, jak ciotki, kuzynki i koleżanki z pensji grają w odbijanego. Gdy zauważyła, jak Irenka przywiera do niego mocniej, stuknęła butem, wystraszony Romuald znowu upadł. Irenka otrzepała suknię, śmiejąc się.
-Za trzecim razem nie upadnij! – Zawołał Major, gwiżdżąc na Irenkę.
-Cholera! – Szepnęła.
-Ej, daj panienka! – Major wziął puchar wina i podał do picia. Wszyscy patrzyli na umizgi, państwo młodzi zostali zapomniani. Usiedli, patrząc na siebie nerwowo. W głowie Romualda kotłowały się śmiech i boląca noga, da radę czy nie?
Wiedział, iż tej nocy dzieją się cuda.
Lusia zakradła się do alkowy, próbowała wyciągnąć szczeble spod łóżka. Zauważyły ją Janka i Zosieńka. Odskoczyła na ich widok.
-Chuchu! Ktoś tu będzie miał cukrową noc w pszczelim ulu! – Zaśmiała się Zosieńka.
-No… tak się robi…nasza gospodyni mówiła…- Zająknęła się Lusia.
-Ale to staromodne! Pod łóżkiem trzeba zostawić złoty pierścionek! – Janka wyciągnęła zza pazuchy połyskujący klejnot, tanią kameę z amorkiem. Lusia zdębiała . Sama chciała mieć taki pierścionek. Widząc jej minę, Janka czym prędzej chowała go pod pościelą.
Wzięły Lusię za rękę i poszły do zagajnika, igrając z chłopcami, księżyc świecił nieśmiało, gdzieś po drodze.
*
Romualda nieco znudziło siedzenie za stołem. Antonina poczuła, iż pragnie go teraz, jak nigdy wcześniej. Poprawiła włosy, delikatnie musnęła go nogą i palcami, spojrzał na nią .
Wstał, biorąc ją za rękę, goście klaskali z radości, kryjąc gdzieś sprośne uśmieszki i żarciki.
Reni pokazała swoisty gest, czym oburzyła matkę Lusi.
-Jak Pani śmie! – Ryknęła.
-Czy Pani jest ciągle przekonana , iż dzieci przynosi aniołek? – Zadrwiła,
Matka Lusi przeżegnała się.
Reni, udając ludową pobożność, zaczęła parodiować hymn Imperium. Major zaklaskał.
Gdy państwo młodzi udali się do alkowy, kobiety chętniej brały się do tańca, panowie próbowali nadsłuchiwać ale muzyka była zbyt głośna.
*
Antonina powoli pozbywała się ubrania, wijąc się pomiędzy łóżkiem, a komodą. Romuald zdążył ściągnąć jedynie dolne odzienie, czując kłucie pierścionka, przycisnął ciałem poluzowany szczebel, złapał się za nogę. Antonina wyglądała na przerażoną.
-Boli Cię ?- zapytała z troską.
-Antonino droga, bierz lepiej sprawy w swoje ręce. –
Zrzuciła na ziemię pierzyny, nim dosiadła do, poczuła lekkie ukłucie, krew na biodrze, gdy zerknął na plamkę, założył jej pierścionek obok obrączki. Widział w niej Pannę Niebieską, Anioła.
Jej włosy opadały na twarz, wzrok Romualda poszerzał się z każdym oddechem, miał wrażenie, iż nie są dwiema osobami ale jedną duszą, pleromą. Tak się stawał początek. Miłość stworzyła świat i ciągle go tworzy...
Antonina położyła się obok, tuląc jego szyję, pachniał odwagą i opieką, gdzieś zwietrzały te perfumy z paprocią na butelce.
-Boże, co to za alkohole? – Zapytał, patrząc na stojące na buduarze tureckie butle.
-Spod Wiednia pamiątka. Czy zechcesz zajrzeć do wnętrza? – Zapytała namiętnie.
Wstał, noga już nie bolała, a może to z wrażenia nią i tymi cudeńkami? Ku jego zaskoczeniu były puste.
-Tak stoją, czasem wodę różaną w nie wlewam. – Uśmiechnęła się.
Podbiegła pod okno, chmury zasłoniły księżyc, gdy wyszedł, blaskiem uszlachetnił jej lewe oko i piersi.
-Zostawże te butelki. Tak mocną Cię chcę, niech księżyc i przyroda nam świadkiem! –
Tym razem udało mu się rozpiąć koszulę. Kochali się na widoku księżyca. Gdzieś gościńcem biegł dzik, tylko zerknął, uciekając od ludzkich ostoi.
Zmieniała swe położenie, jak leśne samice.
Gdy przygasł ogień, chłodzili się, grając w dotykanego.
Niepostrzeżenie założyła niebieską sukienkę w hafty, stała przed lustrem, oglądając pierścionek, który zaczynał odbijać promienie świtu.
Położyła się obok męża, choć spał w najlepsze, ledwie mrużyła powieki.
*
Im bardziej noc zbliżała się do kresu, tym bardziej zmęczone towarzystwo. Część posnęła, zaklęta miksturami, niektórzy resztką sił otwierali oczy.
Ojciec Antoniny ziewnął, jego trzęsąca się dłoń, strąciła karty Reni. Kobieta, przez sen, tyrpnęła śpiącego na jej ramieniu Mateusza, dalszego kuzyna ojca Lusi. Ten wieczny dandys przebudził się w szoku, trzepał rękami po włosach.
-Kościuszko by nie poparł waszego zrywu! – Krzyknął, głośno bekając.
Ojciec Lusi zmierzył go wzrokiem.
-Po moskalsku nie powiedziałem! – Zarzekał się.
Kuzyn Romualda Józef, poderwał się, ochraniając Mateusza. Ojciec Lusi o mało nie dobył pistoletu.
-Słuchajże, na powstanie trzeba sobie zasłużyć. A kto Wam za mentora?! Kordian, co się wdrapał na Mont Blanc ?! Tu trzeba wszystko przemyśleć ! – Powiedział głośno Józef.
-Bałamuty, wy całe te Traugutty! – Wrzasnął ojciec Lusi.
-Wypraszam sobie!- Wrzasnęła Reni, rzucając butem jego stronę.
Aż poczerwieniał, strzelił prosto w stronę ściany, spadł święty obraz, raniąc w dłoń Lusię. Dziewczyna zaniosła się płaczem.
Ojciec Antoniny próbował go powstrzymać ale jego gniew przemieszał się z krzykiem, na nic się zdał.
Zabawa zamieniła się w kłótnię i bijatykę, jak to drzewiej bywało.
Kobiety chowały się pod stołami, co niektórzy salwowali się ucieczką, zamiast miłości, pobojowisko. Kto ma rację, kto nie ma.
Wszystkich zdał się pogodzić Major, porównując miłość młodych do sprawy, goście zaczęli podawać sobie ręce.
*
Antonina i Romuald coś słyszeli za ścianą ale nie chcieli sobie popsuć nocy tymi swarami.
Tulili się do siebie, aż tu nagle jedna z kul świsnęła w szybę, przewrócił się jeden z tureckich flakoników.
Przerażona Antonina wybiegła boso bocznym oknem. Szła przez łąki, świtało, budziły się zwierzęta na polach i w gospodarstwach, wszystko z rytmem dnia.
Za lasem znalazł ją Romuald. Zerwał dlań kilka kwiatów i wplótł we włosy, objęli się pod sosną, jak dawni ludzie złączyli się z przyrodą, gdy we dworze wspominano wesele.
-Zła wróżba…- Szeptała gospodyni. Na łące zaklekotał bocian. Pokręciła głową.
-Może nie będzie tak żle.-
KONIEC











