Wstyd, wszyscy już mają pozbierane ziemniaki, tylko u nas jak wyrzut sumienia. Sami byśmy się zabrali, ale mnie reumatyzm łapie, a Zofii znowu kręgosłup dokucza.
Piotrek, po co przyszedłem ojciec ściskał czapkę w rękach może pomożecie nam z mamą wykopać ziemniaki? Wstyd, iż u wszystkich już porządek, a u nas jeszcze nie. Chcielibyśmy sami, ale mnie reumatyzm boli, a mama ledwo się rusza.
Piotrek, zakładając kalosze, mruknął spod wąsa:
Po co wam tyle ziemniaków? Przecież nie głodujemy. Dzisiaj, tato, nie mogę, jadę do powiatu.
Ojciec już miał odpowiedzieć ostro, ale tylko machnął ręką i wyszedł. Na podwórzu chwycił widły i utykając ruszył na pole.
Zofia, przewiązana grubym, wełnianym szalem przez bolące plecy, pospieszyła za nim.
I co, Janie, dzieci przyjdą?
Zagrzmiał:
Ta, czekaj sobie. Bierz wiadro i zbieraj ziemniaki, ruszaj się staruszko. Tyle dzieci się narodziło, a żadne rodzicom nie pomoże. Do wieczora choć trochę przejdziemy.
Tymczasem Iga, żona Piotra, robiła mu wymówki:
Co to za natura, wszystko osobno, po cichu, rodzicom choćby nie pomożecie. Wstyd! Gdyby moi żyli, na skrzydłach bym poleciała zaszlochała.
Piotr objął delikatnie żonę:
Masz rację, źle wyszło. Tak blisko mieszkamy, a tak rzadko razem. Zróbmy tak: ja wezmę wolne w pracy, a ty obdzwonisz resztę.
Iga usiadła do telefonu i otworzyła notes.
Jak nie możecie? Praca? Każdy ją ma. Wolne bierzcie, nie wstyd trochę? Starzy się męczą, a leniwi ruszyć się nie chcą. Dzieci nie macie z kim zostawić? Zabierzcie ze sobą. Na świeżym powietrzu lepiej niż z tabletem przed telewizorem. Czekamy na was!
Raz prośbą, raz groźbą, Iga przekonała wszystkich.
A tymczasem dziadek Jan przysiadł, żeby odpocząć.
Zosiu, do śniegu będziemy te ziemniaki kopać. Po co nam tyle? A ty zawsze: A co, jak dzieciom nie wystarczy? Gdzie te twoje dzieci? Nic zrobić nie chcą. A pamiętasz, jak kiedyś? Wszyscy razem, do obiadu pole załatwione. Ech, to były czasy…
Zofia nadstawiała ucha:
Janie, słyszysz? Ktoś chyba przyjechał. Idź, zobacz.
Jan powoli pokuśtykał w stronę bramy. Nagle roześmiane głosy, wykrzyki. Zofia, przytrzymując obolałe plecy, ruszyła za hałasem.
Jezu! Ile ludzi. I dzieci, i wnuki przyjechały. Ale radość.
No, tato, pokazuj gdzie łopaty, widły, wiadra? komenderował Piotrek.
Ojciec, kryjąc łzy wzruszenia, zawołał szorstkim głosem:
Leżą na miejscu! Zapomniałeś gdzie?
I się zaczęło. Jedni kopią, drudzy zbierają, inni noszą ziemniaki pod szopę do suszenia. Zofię wysłano do domu.
Synowe podwinęły rękawy, żeby potem wszystkich dobrze nakarmić. Ale Zosia nie może wysiedzieć. Tu doradzi, tam spojrzy. Jak to bez jej gospodarczego oka.
Na polu śmiech i zabawa.
Pamiętasz, Piotruś, jak za młodu ziemniakiem dostałem w czoło od ciebie? Teraz masz za swoje śmieje się Marek.
Dziadek żartuje pod nosem:
I co, dorosłe chłopy, a wciąż im do figli. Zaraz czterdziestki na karku.
Hura! Pole ogarnięte, łęty zgrabione w stos, ziemniaki pod wiatą. Czas na przekąskę.
Nakryli duży stół przed domem. Wesoło, wspominają dzieciństwo.
Zofia raz po raz łzę ociera. Dobre dzieci ma. Sąsiedzi przechodzą obok, pozdrawiają grzecznie, chwalą, komu się łza w oku kręci ich własne dzieci dawno już nie odwiedzają.
Cicho Iga zapytała Piotra:
Co w pracy powiedziałeś?
Objął ją mocno:
Powiedziałem, iż rodzicom trzeba pomóc. Od razu puścili, mówią, rodzicom pomóc to rzecz święta.
Przy całej tej codziennej bieganinie nie zapominajcie o rodzicach. Oni czasem wstydzą się poprosić, czasem nie umieją, ale zawsze będą szczęśliwi, gdy ich dzieci będą z nimi!








