Dzisiaj znowu jedna z sąsiadek, pani Bożena, zaczepiła mnie podczas sprzątania przed domem.
A co z twoim, Halinko? Nic nie pisze, nie dzwoni?
Westchnęłam, próbując ukryć swoje zmęczenie za żartobliwą nerwowością.
Nie, Bożenko, ani po dziewięciu dniach, ani po czterdziestu nie dał znaku życia rzuciłam, poprawiając fartuch, który opinał się na moich szerokich biodrach.
Bożena skinęła głową ze współczuciem.
No to pewnie zabawił się gdzieś albo… sama nie wiem. Czekaj, czekaj… A policja na zapytanie też milczy?
Wszyscy milczą, Bożenko, jak karpie przed Wigilią.
No popatrz, taki los…
Ta rozmowa była dla mnie męcząca. Chwyciłam miotłę w inną rękę i zaczęłam zamiatać opadłe liście przed domem. Jesień 1988 roku dłużyła się nieubłaganie. Ledwo ogarnęłam ścieżkę znów zasypywały ją nowe liście. Przechodziłam tam i z powrotem, zbierając je w kupkę.
Od trzech lat byłam już na emeryturze i cieszyłam się wolnością, póki co miesiąc temu nie zmusiła mnie sytuacja do podjęcia pracy jako sprzątaczka w naszym osiedlowym administracji. Pieniędzy zaczęło brakować, a innej roboty znaleźć nie dałam rady.
A przecież żyliśmy zwyczajnie. Nic nadzwyczajnego jak przeciętna polska rodzina. Pracowaliśmy, wychowywaliśmy syna. Mąż, Marek, nie pił nałogowo tylko na święta, wszyscy w pracy go szanowali, do kobiet nie biegał. Ja całe życie jako pielęgniarka w szpitalu, dyplomy, wyróżnienia.
Latem Marek pojechał nad Bałtyk na zasłużony urlop i nie wrócił. Najpierw myślałam nie dzwoni, to pewnie odpoczywa, dobrze się bawi. Ale kiedy nie wrócił w wyznaczonym dniu, zaczęłam krążyć po urzędach, obdzwoniłam szpitale, policję i choćby na pogotowie i do kostnicy zadzwoniłam.
Napisałam do syna, Adama, do jednostki wojskowej, iż jego ojciec zaginął, a potem zadzwoniłam do niego osobiście.
Wspólnym wysiłkiem dotarliśmy do tego, iż tata wyjechał z hotelu, ale nie wsiadł do pociągu. Zaginął. I znowu zaczęło się koło telefonów po szpitalach, do kostnic.
W pracy Marka wzruszyli tylko ramionami:
My swoje zrobiliśmy, daliśmy mu wczasy jako przodownikowi pracy. Co się z nim stało, nie wiemy. Nie zgłosi się do pracy, rozwiążemy umowę za nieobecność.
Chciałam pojechać nad morze, ale Adam mnie powstrzymał:
Mamo, gdzie go będziesz szukać? Ja niedługo mam wolny tydzień, jak mi dadzą przepustkę, pojadę. W mundurze łatwiej, może mi powiedzą więcej.
Trochę się uspokoiłam, starałam się cały czas czymś zająć, żeby nie zwariować od myślenia. Chodziłam do komisariatu już jak do pracy, ale wszystko spokojniej, bez nerwów. I newsów żadnych. Do pracy wręcz poszłam, żeby się czymś zająć. Na ulicy, przy ludziach, łatwiej zachować pozory. W domu wieczorami płakałam. Winiłam siebie i los za to, iż na stare lata przypadły mi takie próby. Najgorsza była niepewność.
Aż tu nagle Marek pojawił się przed domem tak nieoczekiwanie, jak zniknął.
Stał tam w tym samym granatowym garniturze, w którym wyjechał. Bez torby, walizki, ledwie podniesiony kołnierz marynarki i ręce w kieszeniach. Patrzył, jak zamiatam podjazd.
Nie zauważyłam go od razu. Dopiero kiedy Adam wyszedł i zawołał:
Marek! Tata!
Zrzuciłam miotłę i ruszyłam biegiem.
Rzuciłam się mu na szyję, jak ptak wracający do rodzinnych stron, objęłam całą siłą.
Marek w końcu objął mnie odwzajemniając uścisk.
Chodźcie już do domu, bo się tu obściskujecie Adam marudził, wyraźnie rozdrażniony. Słyszałam to po tonie, po wojskowym kroku.
Wyciągnęłam do niego ręce:
Adaś, pozwól się uściskać, nie widziałam cię od wiosny.
No, chodź już, zimno.
Czemu nie dałeś znać, Marek? Nic nie przygotowane, brudno, jedzenie nie gotowe
Mamo, nie przyjechałem na pierogi. Obiecałem jestem.
Patrzyłam na męża, potem na syna. Przeżyłam przez te miesiące tyle, iż czułam się jakby we śnie. Żyje, zdrowy. Nie chciałam wypytywać tylko nakarmić, napoić, niech odpoczną. Marek siedział cicho.
Mamo, usiądź już.
Ale ja nerwowo krzątałam się w kuchni, talerze, kubki.
W końcu Adam, głosem spokojnym, ale stanowczym:
Mamo, znalazłem tatę u innej kobiety.
Odwróciłam się gwałtownie do Adama, potem spojrzałam na Marka. Siedział na taborecie, splótł ręce na kolanach i miał spuszczoną głowę. Wychudzony, posmutniały, jak winny chłopak ze szkoły podstawowej, który nie chce przyznać się do winy.
U jakiej kobiety? Co się dzieje, Marek?
Cały czas wyobrażałam sobie, iż coś mu się stało: okradli go, nie miał na bilet, może pobili, błąkał się biedak i szukał pomocy.
Nie wrócił do domu, zamieszkał u tej Zofii na wybrzeżu. Nie chciał wyjeżdżać.
Patrzyłam na Marka z niedowierzaniem.
Jak to nie chciałeś wrócić?
Po prostu nie chciałem. Uświadomiłem sobie, iż to nie jest życie jakie chciałem. Pracadompracadom, potem działka. Zero swobody, żadnej wolności.
Wolności?! zaczerwieniłam się ze złości. Adaś, po co mi taką wolność przywiozłeś? O czym myślałeś, jak go ciągnąłeś z powrotem? Chciałeś mnie upokorzyć? Lepiej by było, jakby naprawdę nie żył, to by było uczciwsze. Czekałam tu na niego jak głupia, wypłakałam oczy, a on… domkiem nad morzem się cieszył…
Wiesz, Halina… Może chciałem zacząć od nowa.
Nie, Marek. Chciałeś nie nowego życia, tylko ci słońce na wybrzeżu padło na głowę i zostawiłeś wszystko jak ostatni drań. Prawdziwy facet najpierw wraca, rozwodzi się, a potem zaczyna nowe życie. Byłby szczery przed innymi, najpierw wobec siebie. Widzieć cię nie chcę, odejdź!
Marek wstał i przeszedł korytarzem, wszedł do pokoju.
Nie, nie, wychodź stąd! choćby się nie zatrzymuj! Nie mogę, nie chcę! prawie histeryzowałam.
Tata, idź już Adam gwałtownie stanął przy drzwiach.
Marka zobaczyłam znów dopiero po dwóch tygodniach.
Z typową rutyną zamiatałam chodnik, spychałam po deszczu wodę na ulicę. Zobaczyłam go na rogu w starym płaszczu i śmiesznej czapce.
Halina zawołał cicho, a potem głośniej.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego pustym wzrokiem. Jakby połamał mi ręce, nogi, choć gdzieś tam głęboko byłam gotowa wybaczyć, ale już nie mogłam podejść i objąć. Zbliżył się powoli.
Zostałem, zatrudniłem się znowu w fabryce. Brygadzistą nie dali mi być, na razie przyjęli mnie na linię. Wpuścisz?
Oparta na miotle, popatrzyłam mu w oczy.
Wpuszczę! Ale tylko po to, żeby napisać wniosek o rozwód. Jak najszybciej.
Nie wybaczysz mi? Rozumiem.
Skoro rozumiesz, po co wracasz?
Zosia mi powiedziała, jak wyjeżdżasz nie wracaj, bo nie wpuszczę. Wyjechałem i wróciłem do ciebie, Halina.
Ha! Ani tam, ani tu nie jesteś już nikomu potrzebny, Marek. Takich facetów nikt nie potrzebuje. Wróciłeś tylko dlatego, iż Adam cię zmusił. Gdyby nie on, zostałbyś tam. Idź, żyj sobie swoim życiem, tak jak chciałeś. Nie przeszkadzaj mi w pracy. I nie depcz, bo zabrudzisz! Przejechałam mu miotłą po butach parę razy.
Odwróciłam się i z gniewem zabrałam się za zamiatanie dalej. Po paru minutach spojrzałam przez ramię już go nie było. Głęboko odetchnęłam, jakby zdjęto mi kamień z serca. Bałam się, iż zostanie tam stać, a ja… Znów może bym wybaczyła? Tak to już jest, iż tych, co ranią najmocniej, najsilniej się chroni…


![Trwa mieszkaniowa inwestycja przy ulicy Bolka Świdnickiego. Kto może się starać o lokal? Gdzie złożyć wniosek? [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/05/TBS-Bolka-Swidnickiego-2026.05.10-15.jpg)









