Jeszcze rok temu nie uwierzyłabym, iż można zostać na świecie tak nagle, tak boleśnie i tak cicho. Mój mąż nie żyje. Odszedł w listopadzie, a wraz z nim umarła ta część domu, która jeszcze oddychała. Od tamtej pory wszystko jest tylko trwaniem. Dni nie mijają, tylko osiadają na mnie jak kurz.
Jutro Wielkanoc. Wszędzie mówią o nadziei, o odrodzeniu, o rodzinie przy stole. A ja siedzę sama w kuchni i patrzę na biały obrus, który wyprasowałam bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Położyłam go rano na stole, a potem długo stałam bez ruchu, bo nagle dotarło do mnie, iż nie mam dla kogo ustawić talerzy.
Zawsze było inaczej. Mój mąż od samego rana krzątał się po domu, choć udawał, iż tylko mi przeszkadza. Kroił chleb trochę za grubo, ustawiał koszyczek nie tam, gdzie trzeba, podjadał jajka, zanim przyszły dzieci. Śmiałam się wtedy, iż zachowuje się jak duży chłopiec, a on mówił, iż w święta człowiek ma prawo być dzieckiem. Dzisiaj oddałabym wszystko, żeby jeszcze raz zobaczyć, jak stoi w drzwiach kuchni z tym swoim przekrzywionym uśmiechem.
Ale jego już nie ma.
A dzieci… dzieci żyją, tylko jakby nie dla mnie.
Mam syna i córkę. Wychowałam ich najlepiej, jak umiałam. Nie spałam po nocach, kiedy gorączkowali. Cerowałam ubrania, gdy brakowało pieniędzy. Rezygnowałam z własnych potrzeb, żeby oni mogli mieć lepiej. A teraz, kiedy ja zostałam sama jak palec, oni nie mają czasu choćby zapytać, czy się nie boję tych pustych wieczorów.
Syn zadzwonił trzy dni temu. choćby nie zapytał, jak się czuję. Od razu przeszedł do rzeczy, iż w tym roku nie przyjadą, bo dzieci zmęczone, bo teściowie zaprosili, bo droga daleka. Mówił szybko, obco, jak urzędnik załatwiający sprawę. Na końcu rzucił: „Mamo, przecież zrozumiesz”. Tak, oczywiście. Matka zawsze ma rozumieć. Matka ma być wyrozumiała choćby wtedy, gdy pęka jej serce.
Córka nie zadzwoniła wcale. Wysłała tylko wiadomość. Kilka zimnych słów i emotkę z serduszkiem, jakby dało się nią zatkać tę wyrwę, którą człowiek nosi w piersi po stracie. Napisała, iż może wpadnie po świętach. Może. To słowo boli bardziej niż niejedno kłamstwo. W „może” nie ma miłości. W „może” jest wygoda.
Dzisiaj poszłam na cmentarz z gałązką bukszpanu. Wiatr był zimny, taki wczesno kwietniowy, który wciska się pod płaszcz i przypomina, iż człowiek jest tylko ciałem, kruchym i łatwym do zranienia. Stanęłam nad grobem męża i długo nie mogłam nic powiedzieć. Bo co można powiedzieć komuś, kto odszedł, kiedy wokół zostało tylko to, co niedokończone?
W końcu szepnęłam:
– Widzisz, Stasiu? Jutro święta. Nasze pierwsze osobno.
I wtedy pierwszy raz od miesięcy rozpłakałam się naprawdę. Nie tak zwyczajnie, po cichu, do poduszki. Tylko cała. Jakby coś we mnie pękło z hukiem. Jakby ten ból, który nosiłam od jego śmierci, przestał się mieścić pod skórą. Płakałam nad nim, nad sobą, nad naszym domem, nad tym, iż człowiek tyle lat buduje rodzinę, a potem zostaje sam przy grobie i nie ma choćby do kogo wrócić.
Najgorszy nie jest jednak brak ludzi przy stole. Najgorsza jest świadomość, iż można być samotnym, mając dzieci. Że można urodzić, wychować, kochać ponad własne siły, a potem stać się dla nich tylko wspomnieniem obowiązku. Starą matką, do której wypada zadzwonić, ale nie trzeba przyjechać. Kimś, kogo obecność już nie trzyma świata w całości.
Wróciłam z cmentarza i przez chwilę myślałam, iż zdejmę ten obrus. Schowam talerze. Nie ugotuję nic. Prześpię te święta, jeżeli się da przespać rozpacz. Ale potem weszłam do dużego pokoju i zobaczyłam zdjęcie męża. To z naszej czterdziestej rocznicy. Patrzył z niego spokojnie, poważnie, jak zawsze, gdy chciał dodać mi siły.
Więc zostałam.
Ulepiłam uszka do barszczu, choć ręce mi drżały. Ugotowałam jajka. Pokroiłam kawałek babki. Nakryłam stół dla jednej osoby. I dla niego, choć wiem, iż nie usiądzie. Postawiłam drugi talerz, bo nie umiałam inaczej. Może to głupie. Może żałosne. Ale są chwile, kiedy człowiek musi oszukać własną rozpacz, żeby w ogóle dotrwać do rana.
Jutro usiądę sama przy stole. Powiem „Wesołego Alleluja” do ciszy. Może nikt nie zapuka. Może telefon będzie milczał. Może dzieci przypomną sobie o mnie dopiero wieczorem, między jednym kawałkiem sernika a drugim. Ale ja już wiem jedno: najbardziej boli nie śmierć. Śmierć zabiera człowieka od razu. O wiele bardziej boli obojętność tych, którzy zostali.
Bo po śmierci męża zostały mi wspomnienia. Po dzieciach została pustka.
A pustka, kiedy przychodzi przed samą Wielkanoc, brzmi najgłośniej.










