Pracowałam w małym spożywczaku na rogu ulicy. Zimą ruch zawsze był mniejszy, a po dwudziestej prawie nikt już nie przychodził. Właśnie gasiłam światła nad półkami, kiedy usłyszałam ciche pukanie w szybę.
Odwróciłam się.
Po drugiej stronie stała dziewczynka. Miała może siedem albo osiem lat. Cienką kurtkę, za dużą czapkę i czerwone od zimna dłonie.
Otworzyłam drzwi.
— Sklep już zamknięty — powiedziałam odruchowo.
Dziewczynka spuściła wzrok.
— Proszę pani… czy mogłaby mi pani dać trochę chleba?
Jej głos był cichy, ale wyraźny.
— Jestem głodna… mój brat też.
Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.
— A gdzie są wasi rodzice? — zapytałam.
Dziewczynka podniosła na mnie oczy.
Były ogromne i zmęczone jak u dorosłej osoby.
— Babcia się nami opiekuje… ale ona już nas nie poznaje.
Te słowa uderzyły mnie jak zimny wiatr.
— Co masz na myśli?
— Czasem patrzy na nas i pyta, kim jesteśmy — powiedziała spokojnie. — Mówi, iż dzieci dawno się wyprowadziły.
Na chwilę zabrakło mi słów.
— A rodzice?
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
— Mama wyjechała za granicę dwa lata temu. Tato… nie wrócił.
Zaprosiłam ją do środka.
— Poczekaj chwilę.
Z lodówki wyjęłam chleb, ser, trochę wędliny i dwa jogurty. Spakowałam wszystko do torby.
— Masz brata, tak?
Skinęła głową.
— Ma pięć lat. Zostawiłam go z babcią.
— Mieszkacie daleko?
— Dwie ulice stąd.
Zamknęłam sklep i założyłam płaszcz.
— Chodź. Odprowadzę cię.
Szliśmy w milczeniu przez ciemne podwórka. Wiatr był lodowaty, a dziewczynka szła szybko, jakby była przyzwyczajona do drogi.
Zatrzymała się przy starym bloku.
Na trzecim piętrze drzwi były lekko uchylone.
W środku panował półmrok.
Na kanapie siedziała starsza kobieta. Patrzyła w ścianę, jakby czekała na coś, czego już nie pamiętała.
Na podłodze bawił się mały chłopiec samochodzikiem.
— Babciu, wróciłam — powiedziała dziewczynka.
Kobieta spojrzała na nią niepewnie.
— Kim jesteś?
Dziewczynka choćby nie drgnęła.
— Twoją wnuczką.
Poczułam, jak coś pęka mi w środku.
Postawiłam torbę z jedzeniem na stole.
— Macie coś ciepłego do jedzenia?
Dziewczynka pokręciła głową.
— Babcia zapomina gotować.
Mały chłopiec spojrzał na torbę.
— To dla nas?
— Tak — odpowiedziałam.
Usiadłam na chwilę w kuchni, patrząc na nich.
Dzieci jadły powoli, jakby nie chciały, żeby jedzenie się skończyło.
A ja zrozumiałam wtedy jedną rzecz.
Najgorszy głód to nie ten w żołądku.
Najgorszy jest wtedy, kiedy dziecko musi iść po chleb… bo nie ma już nikogo, kto powinien się nim zaopiekować.











