Wyobrażałam sobie kawę na tarasie i wspólne spacery. Ale gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania Marcina i Anety, uderzył mnie zapach, którego nie da się pomylić z niczym innym: mieszanka kwaśnego mleka, brudnej tapicerki i tygodniowego kurzu.
Marcin rzucił tylko: „O, mama jest! Rozgość się, my musimy skoczyć do galerii na zakupy, dzieciaki zostaną z tobą”.
Zanim zdążyłam zdjąć płaszcz, drzwi trzasnęły. Zostałam sama w salonie, który przypominał pobojowisko. Na podłodze leżały porozrzucane klocki wymieszane z resztkami jedzenia, na kanapie piętrzyła się sterta prania, która chyba nigdy nie widziała żelazka, a w kuchni... w kuchni zlew pękał w szwach od zaschniętych talerzy.
Nie potrafiłam usiąść. Każdy centymetr mojej estetyki i wychowania krzyczał z przerażenia. Jak oni mogą tak żyć? Jak mogą pozwalać, by ich dzieci bawiły się na podłodze, która klei się od rozlanego soku?
Zamiast odpoczywać, podwinęłam rękawy. Znalazłam w szafce stare detergent i zaczęłam walkę.
Szorowałam zlew do krwi w kostkach, płacząc z bezsilności. To nie była pomoc, to było wyręczanie dorosłych ludzi, którzy stracili jakikolwiek instynkt porządku. Każdy umyty talerz był dowodem na to, iż mój syn – którego uczyłam dbałości o dom – stał się człowiekiem, któremu jest wszystko jedno.
Po czterech godzinach morderczej pracy, gdy dom zaczął w końcu przypominać miejsce dla ludzi, a nie dla karaluchów, wrócili oni. Obładowani torbami, uśmiechnięci, pachnący perfumami z wyższej półki.
Aneta rzuciła okiem na lśniącą kuchnię i tylko wzruszyła ramionami.
– O, mama posprzątała. Fajnie, przynajmniej nie muszę się tym zajmować wieczorem. Marcin, widziałeś te buty w promocji?
Poczułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. Stałam tam, z mokrymi rękami, w przepoconej bluzce, patrząc na mojego syna, który choćby nie zauważył, iż jego matka zamiast bawić się z wnukami, spędziła popołudnie na kolanach ze ścierką.
– Marcin, jak wy możecie tak mieszkać? – wykrztusiłam w końcu. – Tu był chlew. Brud, w którym wychowujecie moje wnuki!
– Mamo, nie dramatyzuj. Mamy ważniejsze rzeczy na głowie niż latanie ze szmatą. Poza tym, skoro ci to przeszkadzało, to posprzątałaś. Nikt cię nie prosił. Chcesz kawy czy będziesz dalej marudzić?
Usiadłam przy stole, który jeszcze godzinę temu był czarny od brudu, a teraz lśnił. Patrzyłam na nich – młodych, zadbanych, z najnowszymi telefonami w dłoniach – i zrozumiałam najgorszą rzecz. Oni nie są zapracowani. Oni są po prostu leniwi i pozbawieni wstydu.
Wiedziałam, iż za tydzień, gdy znów tu przyjadę, zlew będzie tak samo pełny, a podłoga tak samo brudna. Bo po co mają sprzątać, skoro wiedzą, iż „stara matka” nie wytrzyma i zrobi to za nich?
Wstałam, wzięłam swoją torebkę i ruszyłam do wyjścia.
– Nie chcę kawy, Marcin. Jadę do domu. Do swojego czystego domu, w którym nikt nie traktuje mnie jak darmowej sprzątaczki. jeżeli chcecie żyć w brudzie, to wasza sprawa. Ale ja nie będę w tym uczestniczyć.
Wyszłam, zostawiając ich w tej lśniącej czystości, na którą nie zasłużyli. Wiedziałam jedno: to był ostatni raz, kiedy wzięłam do ręki ścierkę w ich domu. Serce mi pękało ze względu na wnuki, ale zrozumiałam, iż myjąc ich podłogi, pozwalam im deptać po własnej godności.












