Nie miałam własnych dzieci, dlatego mała Zuzia od pierwszego dnia zajmowała w moim sercu szczególne miejsce.
Na chrzest kupiłam jej złoty medalik i wpłaciłam tysiąc złotych na konto oszczędnościowe. Paulina była zachwycona.
— Wiedziałam, iż możemy na ciebie liczyć — powiedziała.
Nie przypuszczałam wtedy, jak dosłownie traktuje te słowa.
Pierwsza prośba przyszła po miesiącu. Zabrakło im na pieluchy i mleko. Przelałam trzysta złotych bez wahania. Później potrzebowali pieniędzy na szczepienie, wózek i nowe łóżeczko.
Pomagałam, ponieważ kochałam Zuzię. Z czasem wiadomości zaczęły jednak przychodzić regularnie, zawsze kilka dni po mojej wypłacie.
„Chrzestna, trzeba kupić buty”.
„Chrzestna, dołóż się do przedszkola”.
„Chrzestna, przydałoby się pięćset złotych na zimowe ubrania”.
Pracowałam w sklepie i nie zarabiałam dużo. Mimo to rezygnowałam z dentysty, nowych okularów i wakacji. Paulina powtarzała, iż chrzestna jest jak druga matka i powinna uczestniczyć w utrzymaniu dziecka.
Pewnego roku poprosili o tysiąc złotych na kurtkę oraz buty. Zamiast wysłać gotówkę, sama kupiłam Zuzi ciepłe ubrania.
Paulina nie podziękowała.
— Trzeba było najpierw zapytać — powiedziała. — Wolelibyśmy pieniądze. Sami wiemy, czego potrzebuje nasze dziecko.
Kilka dni później zobaczyłam w internecie jej zdjęcia z weekendu w luksusowym hotelu. Oboje z mężem pozowali w nowych szlafrokach, a pod fotografią widniał podpis: „Rodzicom też należy się odpoczynek”.
Nie zrobiłam awantury. przez cały czas przelewałam pieniądze, choć coraz częściej czułam, iż nie wspieram chrześnicy, ale wygodne życie jej rodziców.
Wszystko zmieniło się podczas ósmych urodzin Zuzi. Kupiłam jej zestaw książek i zaprosiłam na wycieczkę do parku rozrywki. Gdy wręczyłam prezent, Paulina zajrzała do torby.
— A koperta gdzie?
— Nie przygotowałam pieniędzy. Prezent kosztował wystarczająco dużo.
Kuzynka zacisnęła usta. Później usłyszałam, jak w kuchni mówiła do męża:
— Znowu przyniosła jakieś głupoty. Taka z niej chrzestna, a choćby pięciuset złotych nie potrafi dać.
Najbardziej zabolało mnie jednak to, co chwilę później powiedziała Zuzia.
— Ciociu, mama mówi, iż jeżeli nie będziesz nam pomagać, przestaniesz być moją chrzestną. To prawda?
Przytuliłam ją i zapewniłam, iż żaden brak przelewu nie zmieni tego, kim dla mnie jest.
Następnego dnia Paulina przesłała mi wyliczenie. Oczekiwała sześciuset złotych miesięcznie aż do ukończenia przez Zuzię osiemnastu lat.
„Przecież przy ołtarzu obiecałaś ją wspierać” — napisała.
Zadzwoniłam do niej.
— Obiecałam pomagać Zuzi w dorastaniu i być przy niej w ważnych chwilach. Nie zobowiązałam się utrzymywać waszej rodziny.
— Wiedziałam, iż kiedyś pokażesz prawdziwą twarz — odpowiedziała. — Skoro pieniądze są dla ciebie ważniejsze niż chrześnica, nie musisz jej więcej widywać.
Przez kilka miesięcy nie pozwalała mi spotykać się z Zuzią. Nie odbierała telefonów i odsyłała prezenty. Złamało mi to serce, ale nie uległam.
Założyłam chrześnicy osobne konto oszczędnościowe. Co miesiąc wpłacałam tam niewielką kwotę, do której jej rodzice nie mieli dostępu. Pieniądze miały poczekać do jej pełnoletności.
Paulina odezwała się dopiero wtedy, gdy zepsuł im się samochód.
— Potrzebujemy trzech tysięcy. Zuzia musi przecież czymś dojeżdżać do szkoły.
Odmówiłam. W odpowiedzi usłyszałam, iż zawiodłam całą rodzinę.
Być może nigdy nie wybaczą mi, iż przestałam finansować ich potrzeby. Mam jednak nadzieję, iż pewnego dnia Zuzia zrozumie, dlaczego postawiłam granicę.
Przy ołtarzu obiecałam wspierać ją w odróżnianiu dobra od zła. Pierwszą lekcją, jaką mogłam jej dać, było pokazanie, iż miłości nie mierzy się wysokością comiesięcznego przelewu.










