NIEZWYKŁE ŻYCIE
Na weselu naszej przyjaciółki Zuzanny bawiliśmy się dwa dni suto, gwarno i radośnie. Pan młody był czarujący jak Daniel Olbrychski i zaskakująco skromny wobec swojej niesamowitej urody. Całe grono gości ukradkiem przyglądało się Władkowi: niebiańskie, błękitne oczy, nader długie i gęste czarne rzęsy (do licha, czemu mężczyźni dostają takie bogactwo?! Natura, eh!), mocny podbródek, szlachetny nos i całkowicie czysta, aksamitna skóra lekko muśnięta opalenizną. Ostateczny strzał prawie dwa metry wzrostu i szerokie, heroiczne ramiona. Gdybyśmy nie kochali Zuzanny, pewnie byśmy się z nią pokłóciły o tego ujmującego egzemplarza prosto przy weselnym stole. Władek był wspaniały, tak.
No, kogo ty sobie upolowałaś! rzuciłyśmy do Zuzanny. Każda starała się przyjąć jak najbardziej nieszczęśliwy i samotny wyraz twarzy, na wypadek gdyby Władek miał równie atrakcyjnych, nieżonatych krewnych.
Dziewczyny, co wy! Zakochałam się w Władku za jego prostotę. Władek pochodzi ze wsi, wychował się z babcią, prowadzi gospodarstwo, naprawdę zaradny chłopak. Poznaliśmy się przypadkiem przy zakupie letniej działki przez rodziców w jego rodzinnej wiosce. Jest wrażliwy, dobry i niezawodny. Prowadził takie gospodarstwo, iż mama za głowę się łapała. Prawdziwy mężczyzna, dziewczyny! Ledwo go namówiłam na przeprowadzkę do miasta, kilka nocy na rozmowy poszło, haha.
Władek okazał się równie kompetentny w pracy, nawiązywaniu kontaktów z nową rodziną, jak i w nauce: przez parę lat zdążył nauczyć się rozróżniać dobre trunki, perfumy, znać politykę, sztukę, podróże, indeks WIG, sport, a także wyrugował swoje malownicze kaszubskie narzecze.
Wsiadł za kierownicę wygodnego samochodu, który młodej parze podarował teść, a także zdobył bardzo szanowane stanowisko przy tym samym teściu. Kto dał im mieszkanie nie powiem, zgadnijcie sami.
Po roku małżeństwa u Władka objawiło się zamiłowanie do białych skarpetek. Wyłącznie śnieżnobiałe skarpetki nosił i po domu, i na przyjęciach bez kapci, zakładał je choćby do gumowych butów, śmiało stawał bez obuwia na brudnej podłodze.
Miłość do tych białych elementów garderoby Zuzanna nie podzielała, ale pokornie myła podłogi dwa razy dziennie i kupowała wybielacze. Tak Władek dostał przezwisko Skarpetka.
Że Władek ma kochankę, Zuzanna dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. U kochanki termin był identyczny.
Skarpetka został w ciągu doby wygnany z domu, zwolniony z pracy, przeklęty i opłakany. A potem zaczęły się lepkie i ciężkie dni mglistych jesieni. Zuzanna niemal nieustannie leżała teraz na wydającej się strasznie wielkiej łóżku, wpatrując się w sufit suchymi, zamyślonymi oczami:
Popłaczę później. Teraz maluchowi nie wolno.
Zuzanna leżała w milczeniu na głupim łóżku jak Lenin, a my, jak wartowniczki, zmieniałyśmy się przy niej, by wspierać przyjaciółkę milczeniem.
Bardzo chciało się płakać na głos, przewracać księgę losów i drzeć zdradzieckie strony. Ale trzeba było milczeć i czekać.
Na wyjściu z porodówki hałasowałyśmy, trzęsłyśmy balonami, błagałyśmy salowe o pozwolenie na szklaneczkę herbaty i namawialiśmy, by wyjść z nami w zmierzch, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Świeżo upieczony dziadek starał się najbardziej: dzień wcześniej, wzruszony i obiecując pielęgniarkom sprzątnięcie bałaganu, najpierw starannie wypisał kredą ogromny krzywy napis pod oknem Zuzanny: Dziękuję za wnuka!, potem próbował coś zaśpiewać, ale został zatrzymany przez ochronę. Ochroniarz uprzejmie zgodził się zapoznać z repertuarem szczęśliwego dziadka w swojej dyżurce przy kieliszku koniaku, nie naruszając porządku publicznego.
W dniu wypisu dziadek był rześki, świeży i, jeszcze pamiętam, wręcz promieniał. I płakał ze szczęścia i dumy. Płakał szczerze, z duszą.
My także płakałyśmy całą delegacją, śmiałyśmy się, całowały Zuzannę, ostrożnie zaglądałyśmy do niebieskiego kokonu i pilnie milczałyśmy o greckim nosku taty u małego Igorka. Tylko Zuzanna choćby w euforii nie płakała:
Potem. Bo jeszcze mleko się obrazi?
Zuzanna milczała jeszcze dwa miesiące, a potem poszła odwiedzić Władka. Bez zapałek i żrących środków, ale z ogromnym pragnieniem rozbić i ryczeć. Wyrzucać, pukać w ściany swoimi chudymi pięściami, wstydzić, wytykać i starać się pozbyć bólu, który przykuwał ją do łóżka zrzucić cały ten niepotrzebny jej ból na zdrajcę. Na niszczyciela jej nadziei i świata z malutkim synkiem, w którym Zuzanna widziała siebie, dziergającą skarpetki swoim ukochanym wieczorami, rozbawionego Igorka trzymającego ich z Władkiem za ręce na spacerze, i samego Władka tak potrzebnego im, z synem, człowieka.
A jeszcze Zuzanna bardzo chciała spojrzeć w oczy tej bezwstydnej istocie, śpiącej z cudzym mężem. Oczy na pewno będą zuchwałe i prawdopodobnie piękne. W te oczy Zuzanna zamierzała splunąć. Postanowione, splunie. A jak trzeba będzie, to i wydrapie.
Dokąd iść kłócić się, Zuzanna dowiedziała się od skrzętnych babć z klatki podczas spaceru z dzieckiem. Dobroduszne babule przystanęły, przypomniały, iż Władek to niecnota, dokładnie opisały trasę do gniazda kochanków i warianty zemsty. Zuzanna ogarnął stupor, płakała w duszy, choćby chciała odejść, nie dosłyszawszy numeru mieszkania, ale z jakiejś przyczyny nie odeszła.
I tak stoi ona, Zuzanna, przed adekwatną klatką schodową zrujnowanej warszawskiej kamienicy, pozostaje tylko wspiąć się na piąte piętro, a tam można krzyczeć lub pluć.
Na pierwszym piętrze Zuzanna pomyślała, iż z jej obecnym szczęściem na pewno nikogo nie będzie w domu i straci czas. Na drugim piętrze pomyślała, iż może to choćby dobrze jak nikogo nie będzie. Na trzecim piętrze usłyszała rozpaczliwy dziecięcy płacz dolatujący z piątego piętra.
Otworzyła jej drzwi chuda i zapłakana dziewczyna, której wygląd nijak nie pasował Zuzannie do obrazu kusicielki, która uwiodła jej męża-baranka.
Gdy Zuzanna zaskoczona przyglądała się konkurentce ważącej ledwie czterdzieści kilogramów, dziecko w głębi mieszkania nieprzerwanie płakało.
Dzień dobry, Zuzanno. Władka nie ma tu, odszedł od nas dwa tygodnie temu. I gdzie jest nie wiem wyszeptała dziewczyna, siadając na podłodze i płacząc.
Zuzanna natychmiast przestała mieć ochotę na kłótnię. Chciała wejść do pokoju i uspokoić dziecko tej nieodpowiedzialnej matki. A potem wbić w nią frazę: Lubisz się bawić lub też saneczki ciągnąć, suko! Tak, trzeba koniecznie wstawić sukę. Przy tym spojrzeć pogardliwie, wyniośle. Ma przecież prawo, w końcu została oszukana.
Malec był suchy. Powieki spuchnięte, na czole żyłka, głos ochrypły. Ewidentnie chciał jeść. Chłopczyk krzyczał z głodu na granicy swoich możliwości, a jego dziwna, załamana matka leżała na podłodze w korytarzu i wyła.
Jak otwierała puste kuchenne szafki w poszukiwaniu mieszanki i beznadziejnie szukała czegoś w pustej lodówce, Zuzanna zapamiętała ledwo.
Jak na kuchennym stole znalazła kartkę z przerażającym, niedokończonym zdaniem Proszę w moim sm z grozą.
Dziewczyna na podłodze wyła, opowiadając Zuzannie jak bliskiej przyjaciółce, iż nie ma dokąd pójść z tą wynajmowaną kawalerką, a trzeba wyprowadzić się dosłownie za parę dni. Że mleko znikło, Władek zniknął, a pieniędzy, tak adekwatnie, i nie było. I iż jest jej bardzo żal. I wstyd. I za późno. Ale nie wiedziała. I prosi o przebaczenie. I można uderzyć, choćby trzeba. A chłopczyk nazywa się Pawełek i Zuzanna niech to zapamięta, na wszelki wypadek. Pawełek okazał się starszy od Igorka tylko o 9 dni.
Zuzanna wracała do domu gwałtownie za dwadzieścia minut Igorek będzie wołał o pierś. Biegła niełatwo: dwie wielkie torby Oksany ciążyły jej w rękach, sama zanosząca się Oksana biegła obok, trzymając sytego Pawełka. Zuzanna biegła i myślała, gdzie postawi jeszcze dwa łóżka.
Po trzech latach bawiłyśmy się na weselu Oksany, po czterech Zuzanny. Mąż Zuzanny nie znosi białych skarpetek, twierdząc, iż życie trzeba czynić kolorowym, uwielbia żonę, syna i dwie córeczki. Oksana mama czterech chłopców, jej mąż nie traci nadziei na córeczkę…





