Zadziwiające życie – niezwykłe historie z polskiej codzienności

twojacena.pl 3 godzin temu

Zadziwiające życie

Na weselu mojej przyjaciółki Jagody bawiliśmy się przez dwa dni hucznie, syto i z rozmachem. Pan młody, Szymon, był olśniewający jak polski aktor Andrzej Żuławski i zaskakująco skromny, biorąc pod uwagę swoją niezwykłą urodę. Całą ekipą gości ukradkiem podglądaliśmy Szymka: nieziemsko błękitne oczy, absurdalnie długie i gęste czarne rzęsy (no po co chłopu taki dar od losu? Natura, ech!), mocny podbródek, szlachetny nos i aksamitna cera z lekko śniadą nutą. Do tego dwa metry wzrostu i szerokie barczyste ramiona jednym słowem, okaz jak malowanie. Gdybyśmy nie lubili Jagody, rozdziałby się o niego bój między nami zaraz przy weselnym stole. Szymon był wyjątkowo przystojny, to fakt.

No, jakiegoż Ty przystojniaka sobie znalazłaś! napadliśmy Jagodę. Każda z nas starała się zrobić jak najbardziej nieszczęśliwą i samotną minę, licząc na to, iż Szymon ma równie pięknych kawalerów w rodzinie.

Dziewczyny, dajcie spokój! Ja Szymka pokochałam za prostotę. Szymon pochodzi ze wsi, dorastał z babcią, prowadzi gospodarstwo, porządny chłopak z niego. Poznaliśmy się, gdy rodzice kupili domek letniskowy w jego miejscowości. Jest wrażliwy, serdeczny i solidny. Gospodarstwo jakie prowadził, mama miała oczy jak spodki. Prawdziwy facet! Ledwo co przekonałam go, żeby przeprowadził się do miasta, do dziesiątek rozmów, no śmiech.

Szymon okazał się równie sprawny w pracy i kontaktach z nową rodziną, jak i w nauce. W kilka lat nauczył się rozpoznawać dobre alkohole, perfumy, politykę, sztukę, podróże, indeks giełdowy, sport oraz pozbył się lokalnego dialektu. Siadł za kierownicą auta, które podarował mu teść, i zaczął pracować obok niego na bardzo porządnym stanowisku. Kto podarował mieszkanie młodym, nie powiem, sami się domyślcie.

W drugim roku małżeństwa odkryto u Szymona słabość do białych skarpetek. Tylko w śnieżnobiałych skarpetach chodził po domu i do gości (bez kapci), zakładał je do kaloszy, stawał śmiało boso na brudnej podłodze w przymierzalni. Do tego stopnia upodobał sobie ten biały element garderoby, iż Jagoda posłusznie myła podłogi dwa razy dziennie i kupowała wybielacze tak Szymon zyskał przydomek Skarpetka.

O romansie Szymona Jagoda dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. Kochanka, jak się okazało, również była w zaawansowanej ciąży. Skarpetka został wygnany z domu, zwolniony, przeklęty i opłakany w ciągu doby. A potem nastały przygnębiające, lepkie dni ponurej jesieni. Jagoda ciągle leżała na wydającej się teraz niebotycznie wielkiej wersalce, gapiąc się w sufit suchymi oczami:

Popłaczę później. Teraz to szkodzi dziecku.

Jagoda leżała na tej głupiej wersalce niczym polski Lenin, a my rotacyjnie ją odwiedzałyśmy, żeby wspierać ją milczeniem.

Najbardziej chciało się płakać i przekreślić kartę losu, wydrapać te zdradzieckie strony. Ale trzeba było milczeć i czekać.

Przy wyjściu ze szpitala hałasowaliśmy, potrząsaliśmy balonami, prosiliśmy personel medyczny, by wypili z nami herbatę i ruszyli w zachód do tatarskich ruin i romskich ognisk, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Świeżo upieczony dziadek był najbardziej zaangażowany: dzień wcześniej, rozczulony i obiecując pielęgniarkom sprzątnięcie po sobie, starannie wypisał kredą wielki krzywy napis pod oknami Jagody: Dziękuję za wnuka!, potem próbował coś zaśpiewać, ale zatrzymała go ochrona. Miły ochroniarz zgodził się zapoznać z repertuarem szczęśliwego dziadka w swojej kanciapie przy lampce koniaku, bez szkody dla porządku publicznego.

W dzień wypisu dziadek był rześki, świeży, mam wrażenie choćby promieniował. I płakał ze szczęścia i dumy. Płakał umiarkowanie i z głębi serca.
My też płakaliśmy całą delegacją, śmialiśmy się, całowaliśmy Jagodę, lękliwie zaglądaliśmy do błękitnego rożka, i intensywnie milczeliśmy o tatusiowym nosie Igorka. Tylko Jagoda choćby w euforii nie płakała.

Potem. A jak się odbije na mleku?

Jagoda milczała z nami jeszcze dwa miesiące, a potem poszła odwiedzić Szymona. Bez zapałek, bez żrącej kwasy, ale z ogromną potrzebą wykrzyczeć, tupnąć pięścią, wytknąć, zawstydzić i uwolnić się od bólu, który przypięła się do wersalki, rzucić go na zdrajcę. Na tego, który rozbił jej nadzieje i ich świat z maleńkim synkiem, którego chciała widzieć na wieczornych spacerach, szyjąc skarpetki dla ukochanych mężczyzn, śmiejącym się Igorku trzymanym za rękę przez Szymona. Takiego swojego, potrzebnego im z synem, człowieka.

Chciała też zobaczyć oczy tej bezwstydnej kobiety, która spała z jej mężem. Oczy pewnie będą bezczelne i równie piękne. W te oczy Jagoda miała zamiar splunąć. A jak trzeba, to i zadrapać.

Gdzie konkretnie iść dowiedziała się przypadkiem od ruchliwych babć spod bloku podczas spaceru z dzieckiem. Babcie zatrzymały Jagodę, przypomniały, iż Szymon to nic dobrego, rozrysowały trasę do gniazda kochanki i kilka wersji zemsty. Jagoda zamarła, płacząc w duchu, chciała odejść, nie dosłyszawszy adresu, ale jakoś nie odeszła.

I tak stanęła, Jagoda, przed wejściem starej polskiej „czteropiętrowca”. Wystarczyło wejść na piąte piętro, a tam można rzucać, krzyczeć.

Na pierwszym piętrze pomyślała, iż przy jej obecnym szczęściu, na pewno nikogo nie zastanie i straci czas. Na drugim iż byłoby choćby dobrze. Na trzecim Jagoda usłyszała rozpaczliwy dziecięcy płacz dochodzący z piątego piętra.

Drzwi otworzyła jej chuda i zapłakana dziewczyna, której wygląd nijak nie pasował do obrazu femme fatale wyrywającej męża-agnieszka.
Jagoda zaskoczona obserwowała noszące się trzydzieści kilogramów konkurencji, a w głębi mieszkania płakało dziecko.

Dzień dobry, Jagodo. Szymona nie ma, odszedł od nas dwa tygodnie temu. Nie wiem gdzie jest wyszeptała dziewczyna, siadając na podłodze i płacząc.

Jagodzie odjęło ochotę do awantury. Chciała wejść, uspokoić dziecko tej zagubionej matki. A potem ukłuć: Jak się lubi jeździć, to trzeba też pchać sanki, suczko!. Tak, trzeba coś takiego wtrącić. I spojrzeć pogardliwie, wyniośle ma prawo, jako ta zdradzona.

Niemowlę było suche, powieki obrzęknięte, żyłka na czole, głos zachrypnięty. Dziecko po prostu głodne, krzyczało na granicy swych możliwości, a ta dziwaczna matka leżała na podłodze w przedpokoju i zawodziła.

Jak otwierała puste szafki w kuchni i bezskutecznie szukała czegoś do jedzenia w lodówce, Jagoda wspominała, z trudem. Jak znalazła karteczkę na stole z przerażającą niedokończoną frazą Proszę w moim…. z trwogą.

Dziewczyna na podłodze płakała, zwierzała się Jagodzie jak bliskiej przyjaciółce, iż nie ma gdzie iść z tej wynajmowanej kawalerki, a za parę dni musi się wynosić. Mleko się skończyło, Szymon zniknął, pieniędzy nie było choćby na początku. Bardzo jej przykro. Wstyd. Już za późno. Nie wiedziała. Prosi o przebaczenie. Można ją uderzyć, choćby trzeba. Chłopca nazywa Pawełek, niech Jagoda zapamięta na wszelki wypadek. Pawełek był o 9 dni starszy niż Igorek.

Jagoda wróciła do domu jak burza za dwadzieścia minut Igorek będzie chciał jeść. Biegła niełatwo: dwie duże torby Karoliny obciążały ręce, sama zadyszała się, Karolina biegła obok, niosąc spokojnego Pawełka. Jagoda pędziła i myślała, gdzie postawić jeszcze dwie wersalki.

Trzy lata później bawiliśmy się na weselu Karoliny, cztery lata później na Jagody. Mąż Jagody nie znosi białych skarpetek, twierdzi, iż życie trzeba robić barwniejszym, uwielbia żonę, syna i dwie córki. Karolina mama czterech chłopców, mąż wciąż ma nadzieję na córeczkę.

Nauczyłem się wtedy, iż życie jest piękne, choć zaskakuje. Nigdy nie wiadomo, przez którą krzywdę przebije się dobro i kogo na końcu będziemy ściskać za rękę.

Idź do oryginalnego materiału