Kasia zastygła z wyciągniętą ręką, w której trzymała patelnię do naleśników. Na wycieraczce stała Aga, a za nią Rafał, mąż Agi, taszczący dwie ogromne torby z Biedronki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż tuż za nimi, na klatce schodowej, stała jeszcze jedna reklamówka, a z niej wystawał bochenek chleba i zgrzewka wody mineralnej.
— Aga, wy chyba żartujecie — parsknęła Kasia, wycierając dłonie w bawełnianą ścierkę. — choćby chleb przywieźliście? Naprawdę tak o mnie myślicie?
Aga postawiła torbę na krześle w przedpokoju i zdjęła płaszcz. Pachniała podróżą i kawą z automatu. Zerknęła na Kasię z lekkim zawstydzeniem, ale i twardym uporem kogoś, kto już raz się sparzył.
— Nie obraź się — powiedziała, rozwiązując supeł foliówki. — Rok temu przeżyliśmy taką historię, iż od tamtej pory jeździmy w gości z pełnym zaopatrzeniem. Siadaj, odgrzejemy to, co przywiozłam, i ci opowiem. Wtedy zrozumiesz.
Kasia mieszkała na obrzeżach Wrocławia, w apartamencie na trzecim piętrze bez windy. Do pracy w centrum dojeżdżała codziennie tramwajem, tłocząc się z dziesiątkami innych zaspanych twarzy. Miała męża, Jakuba, który od dwóch lat pracował zdalnie jako programista i który, o ironio, miał dużo elastyczniejszy grafik, ale znacznie mniej potrzebny do życia refleks.
Sobota u Kasi nie była dniem wolnym. Była dniem operacji: ogarnąć chatę po tygodniowym chaosie, zrobić pranie, obiad na dwa dni do kontenerków dla Kuby, wytrzeć kurz z parapetów zastawionych doniczkami. Kiedyś kochała te kwiaty. Teraz podlewała je z tą samą irytacją, z jaką wyciągała spod kanapy petynty i zaschnięte kawałki masy plastycznej, które zostawiła ich pięcioletnia córka, Lena.
Kuba, kiedy tylko kończył kodowanie o siedemnastej, wychodził na balkon zapalić elektronicznego papierosa i z rozkoszą wdychał powietrze, jakby właśnie wrócił z pola bitwy.
— Słonko, a włożyłaś mi już obiad do pudełka na jutro? — pytał przez ramię, przerywając smugę dymu.
Kasia zaciskała zęby. Obok zlewu stał kubek z zimną herbatą, na podłodze walały się skarpetki, a Lenka akurat rozsypała worek karmy dla chomika. Miała ochotę trzasnąć tym kubkiem o ścianę, ale zamiast tego wyciągała z szafki ryż i słoik z sosem.
W soboty Kuba często rzucał hasło: „Odwiozę was do galerii, pochodzicie sobie, a ja posiedzę w domu, bo padam”. Galeria oznaczała stanie w kolejce po loda, pilnowanie, żeby Lena nie uciekła do fontanny, i słuchanie marudzenia, iż bolą ją nóżki. Dla Kasi „odpoczynek” był pojęciem abstrakcyjnym.
Tego dnia akurat nie było mowy o galerii. Kuba wszedł do kuchni z miną winowajcy, mieszając cukier w filiżance earl greya.
— Skarbie, zapomniałem ci powiedzieć w tygodniu… Dzwonił Rafał. Wpadną do nas z Agą na weekend.
Kasia odłożyła obieraczkę do ziemniaków. Spojrzała na niego wzrokiem, który mógłby kroić szkło.
— Na weekend? To znaczy jutro? O dziesiątej rano?
— No, gdzieś tak przed południem. Pomyślałem, iż może zrobiłabyś tę swoją roladę ze szpinakiem? No i stół jakoś ładnie nakryjesz, żeby nie było wstydu.
— Boże, Kuba, ty chyba sobie żartujesz. Ostatni raz sprzątałam dokładnie w sobotę. Dziś wyglądam jak zombie, a dom wygląda jak pobojowisko. O której ty mi to mówisz? O ósmej wieczorem!
Kuba wzruszył ramionami z miną, która mówiła: „przecież radzisz sobie zawsze”.
— No dobra, nie denerwuj się. Pójdę rano po świeże bułki i warzywa, a ty się zajmij resztą.
Reszta oznaczała szorowanie łazienki, mycie podłóg, prasowanie obrusa i czterogodzinne gotowanie. Kasia poszła spać po północy, z palącym bólem w krzyżu.
Niedziela minęła jak strzał. Kasia ledwo zdążyła wytrzeć lustro w przedpokoju, gdy usłyszała domofon. Aga i Rafał weszli, niosąc nie tylko bagaże, ale i aurę ciepła. Aga od razu pocałowała Kasię w policzek, a widząc Lenkę przyczajoną za kanapą, wyciągnęła z torby kolorową książeczkę z naklejkami. Dziewczynka zapiszczała z radości.
— No to teraz pokazuj, gdzie masz mikrofalę — zarządziła Aga, stawiając na blacie stos plastikowych pojemników. — Tu jest zupa dyniowa. Tu pulpety. Tu sałatka z fetą. Chleb jest. choćby masło przywiozłam.
Kasia stała z otwartymi ustami. Patrzyła na ten wyłożony asortyment i czuła, jak ogarnia ją mieszanina ulgi i narastającego, tępego upokorzenia.
— Aga, no wy naprawdę przyjechaliście z własnym żarciem? Myślałaś, iż was nie nakarmię? Przecież nigdy nie było takiej sytuacji…
— Poczekaj — przerwała Aga, wyciągając wino z torby. — Najpierw siadamy, a potem ci wszystko wyjaśnię.
Gdy już rozłożyli jedzenie na stole i Kuba z Rafałem zniknęli w salonie przy konsoli, Kasia opadła na krzesło. Podała Agi kieliszek i spojrzała na nią wyczekująco.
— Pamiętasz Monikę, tę moją kumpelę z Bydgoszczy? — zaczęła Aga, bawiąc się nóżką kieliszka. — Tę, co wyszła za Tomka?
— Tę od remontów? Miała dzieci?
— No właśnie. Rok temu do nich pojechaliśmy. Byliśmy w trasie od piątku, zmęczeni, głodni jak wilki. Dojechaliśmy na miejsce koło dwudziestej. Myślałam, iż chociaż kanapki na stole zastaniemy. Wchodzimy: dzieciaki biegają w piżamach, na środku salonu stoi rozłożona suszarka z praniem. Stół pusty. Zero zapachu jedzenia. Monika cmoka nas w policzek i mówi: „Siadajcie! Herbaty?”. A my nic nie jedliśmy od śniadania. Minęła godzina, dwie. W brzuchu mi grało, ale było mi głupio. Liczyłam, iż za moment wyciągnie z piekarnika zapiekankę albo chociaż mrożoną pizzę. Cisza.
Aga pociągnęła łyk wina.
— Około dwudziestej drugiej Monika rzuca: „Chodźcie, pokażemy wam okolicę, tu jest fajny park”. Byłam w szoku. Wyszliśmy na ten spacer. Idę jak na ścięcie, a tu nagle po drodze trafia się otwarty sklep monopolowy, w którym sprzedawali też słodycze i bułki. Mówię do Rafała, iż nie wytrzymam. Wpadłam, kupiłam sobie drożdżówkę i mały soczek. Byłam tak głodna, iż od razu na ulicy odwinęłam tę bułkę z papierka. Gryzę pierwszy kęs i nagle czuję na sobie spojrzenie. Dzieci Moniki, te małe, stały dwa metry przede mną i patrzyły mi na ręce. Patrzyły tak jakoś… żałośnie. Jakby też od rana nic nie jadły.
Aga potarła skroń, jakby wspomnienie wciąż uwierało.
— Zapytałam: „Chcecie?”. Skinęły głowami, choćby nie pisnęły. Została mi połowa bułki. Rozerwałam na dwie części i im dałam. Monika z Tomkiem stali z boku i żartowali, iż dzieci wiecznie głodne, iż „znajdą sobie coś w sklepie”. Skończyło się na tym, iż po tym spacerze weszliśmy do całodobowego supermarketu. Monika kupiła paczkę frytek do odgrzania i dwa jogurty. Żadnego normalnego obiadu. U nich w domu okazało się, iż płyta indukcyjna spalona od tygodnia. Zostałam z surowym kurczakiem w siatce, którego choćby nie miałam jak upiec. W końcu oddałam jej go do zamrażalnika i zjedliśmy wszyscy te frytki, dzieląc je widelcem na talerzykach po deserowych. Było tak surrealistycznie, iż aż śmiać mi się chciało przez łzy. Od tamtej nocy powiedziałam: nigdy więcej.
Aga odstawiła kieliszek i spojrzała na Kasię z dziwną mieszaniną smutku i sympatii.
— Więc proszę, nie bierz tego do siebie. Ja po prostu musiałam być przygotowana. Nie chodzi o ciebie, tylko o tamtą niemoc i głód, które pamiętam do dziś. To taki mój zapas na wszelki wypadek.
W pokoju zapadła cisza. Zza ściany dobiegał śmiech Kuby i Rafała. Kasia obracała w palcach bułkę przywiezioną przez Agę. Ta bułka była pachnąca, rześka, z posypką z dyni.
— Wiesz co? — odezwała się w końcu. — Nie jest mi przykro. Jest mi wstyd, ale za twoją koleżankę. Że można tak zapomnieć, iż gość to nie najeźdźca, tylko ktoś, komu chcesz dać to, co masz najlepsze. Chociaż kanapkę z serem.
— No widzisz — uśmiechnęła się blado Aga. — A ja już wolę być wariatką z własnym chlebem.
Kasia podniosła się bez słowa. Podeszła do piekarnika, przekręciła pokrętło i wyciągnęła z lodówki zamrożone wcześniej ciasto francuskie. Bez pośpiechu pokroiła jabłka, posypała je cynamonem, ułożyła na blasze. Nie robiła tego z obowiązku, nie dlatego, iż Kuba kazał nakryć do stołu. Robiła to, bo chciała, żeby to jej zapach niósł się po mieszkaniu, gdy Aga będzie wychodzić.
Gdy szarlotka była już w piekarniku, Kasia wróciła do stołu. Dolała Agi wina i podsunęła jej widelec.
— Następnym razem przyjeżdżajcie bez niczego — powiedziała cicho. — Bez chleba, bez zupy, bez pięciu litrów wody. Bo jak wyjeżdżaliście, byłam półżywa, ale to była moja duma. Dajcie mi szansę ją zachować.
Aga popatrzyła na nią przez chwilę, po czym roześmiała się i odstawiła torbę z jedzeniem na podłogę.
— Dobra — zgodziła się. — Ale jak u was znowu zepsuje się kuchenka, to nie mów, iż nie uprzedzałam.
W przedpokoju Rafał właśnie otwierał drzwi, żeby wyrzucić śmieci. Zobaczył torbę z prowiantem, potem spojrzał na Agę, która skinęła mu głową.
— Zostaw to — powiedziała Kasia do Rafała, wskazując na chleb. — Zjemy na kolację. Ale wodę zabierajcie. U nas z kranu lepsza.















