Zaspy Przeznaczenia Maksymilian, trzydziestopięcioletni prawnik, nie znosił Sylwestra. Dla niego by…

polregion.pl 6 dni temu

Zaspy przeznaczenia

Marek, trzydziestopięcioletni prawnik, nie cierpi Nowego Roku. Dla niego to nie święto, a raczej maraton.

Gonitwa, poszukiwanie idealnego prezentu dla współpracowników, których ledwo toleruje, no i oczywiście firmowa impreza. W tym roku jego kancelaria postanawia zaszaleć i wynajmuje na tę okazję cały podwarszawski pensjonat.

Marek jedzie tam swoim eleganckim, czarnym samochodem, słuchając podcastu o zmianach w prawie podatkowym. W myślach układa plan: być tam godzinę, wypić kieliszek szampana, uprzejmie zamienić parę słów z szefostwem i czmychnąć do domu.

Kiedy dociera na miejsce, sala już tętni życiem niczym rozbzyczony ul. Wszędzie pełno ludzi w kolorowych ubraniach, którzy rozmawiają i śmieją się z przesadnym entuzjazmem, próbując zbudować atmosferę radości.

Marek odbiera swój kieliszek, ustawia się pod ścianą jak wartownik i obserwuje tę karuzelę sztucznej wesołości. Czuje się jak kosmita wysłany na planetę, na której nakazuje się być szczęśliwym na zawołanie.

***

Wtedy ją zauważa. Nieznajoma nie wygląda najefektowniej ani nie zachowuje się najgłośniej. Stoi przy oknie, nieco z boku od grupy, i patrzy na śnieżną zamieć za szybą.

Ma na sobie skromną granatową sukienkę i trzyma w dłoni kieliszek soku. Mimo to nie sprawia wrażenia smutnej ani samotnej. Raczej zatopionej w swoich myślach.

Marek łapie się na tym, iż wygląda ona dokładnie tak, jak on się dziś czuje.

Kiepska pogoda na drogę powrotną rzuca, zbliżając się do niej.
(To było pierwsze, co przyszło mu do głowy).

Odwraca się i uśmiecha. Nie sztucznie jak wszyscy wokół, tylko szczerze, ciepło.

Ale jak pięknie! odpowiada, skinąwszy głową na okno. Gdy Warszawa zasypana śniegiem, można uwierzyć, iż wszystkie troski zostały przykryte białą pierzyną.

Marek jest zaskoczony. Spodziewał się każdej odpowiedzi, tylko nie tej.

Marek przedstawia się.

Bożenka ściska mu dłoń pracuję w księgowości. Minęliśmy się chyba parę razy w windzie.

Zapada cisza. Nie ciąży, raczej otula.

Zamieć za oknem wzmaga się. Z głośników ogłaszają, iż nawiało śniegu, drogi zamknięte, wszyscy muszą zostać do rana.

Po sali przechodzi fala westchnień i paniki.

Marek w myślach przeklina. Jego plan legł w gruzach.

No to co, panie mecenasie, gotowy na spanie na polówce? rzuca z przymrużeniem oka Bożenka.

Do tego aplikacja mnie nie przygotowała uśmiecha się Marek. A pani?

Zawsze mam ze sobą dobrą ładowarkę i książkę. Na wszelki wypadek, na każdą katastrofę odpowiada rozbawiona Bożenka.

I właśnie tego wieczoru, pozbawieni planów i masek, zaczynają rozmawiać.

Okazuje się, iż Bożenka uwielbia stare polskie filmy czarno-białe, a Marek za nimi nie przepada, ale obiecuje obejrzeć jeden jeżeli ona mu wytłumaczy, co w nich takiego niezwykłego.

Okazuje się też, iż Marek skrycie marzy, żeby kiedyś rzucić pracę i otworzyć malutką kawiarnię, a Bożenka po godzinach maluje akwarelą swoje sekrety, choć nikomu jeszcze ich nie pokazała.

Siedzą razem w kącie, zapominając o zgiełku wokół, popijają nie szampana, ale gorącą herbatę z termosu, który Bożenka przezornie zabrała ze sobą.

Ona opowiada o swoim kocie Felku, który uwielbia łapać płatki śniegu na parapecie, a on o babci, która nauczyła go piec piernik.

Gdy zegar wybija północ, nie wykrzykują Sto lat! ani nie rzucają się sobie w ramiona. Po prostu patrzą na siebie.

Szczęśliwego Nowego Roku, Marku cicho mówi Bożenka.

Szczęśliwego, Bożenko odpowiada on.

Tej nocy nie śpią w luksusowych pokojach, tylko w saloniku na dwóch polowych łóżkach, które obsługa rozkłada dla uwięzionych w zamieci. Blisko siebie, rozmawiając szeptem aż do świtu, dopóki śnieżyca nie ustępuje.

Rankiem, gdy drogi są już przejezdne, wychodzą na dwór. Świat jest biały i cichy. Słońce odbija się od zasp, aż szczypie w oczy.

I co teraz? pyta Marek.

Na autobus. Do domu.

A mogę cię podwieźć.

Bożenka patrzy na niego rozbawiona.

A jeżeli powiem, iż podoba mi się ten zamarznięty, cichy świat? Chcę się przejść na piechotę do przystanku.

Marek rozumie. Ten wieczór nie był przypadkiem.

To początek czegoś nowego i prawdziwego.

To pójdę z tobą mówi stanowczo.

I idą przez nietknięty śnieg we dwoje, w pierwszy dzień Nowego Roku, zostawiając za sobą ślady prowadzące w nieznane, jasne jutro.

Tak bardzo chcę w to wierzyćŚlady ich butów znikają powoli pod ciężarem nowych płatków śniegu, ale oni nie oglądają się za siebie. Rozmawiają o głupstwach i marzeniach, śmieją się do siebie, jakby los, na przekór rutynie i regułom, wreszcie na chwilę przymknął oko.

Kiedy dochodzą do leśnej drogi, Marek zatrzymuje się i podaje Bożence rękę po prostu, bez słów, ale w tym geście zawiera się wszystko: wdzięczność za przypadek, odwaga pierwszego kroku, nadzieja na dalszy ciąg.

Bożenka ściska jego dłoń bez wahania. W oddali miga światło autobusu, nad nimi połyskuje świeże słońce, i wszystko wydaje się nagle możliwe.

Noworoczną obietnicą staje się nie szalona zabawa, ale ta prosta chwila: dwie osoby idące razem, choć każde przyszło z osobna. Zamieć minęła, a w sercach zostaje odtąd cichy, ciepły ślad ten, którego choćby największy mróz nie zdoła już zmazać.

Idź do oryginalnego materiału