Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć o tej przygodzie, bo do dziś czuję mieszankę śmiechu i wkurzenia, jak sobie przypomnę. Wyobraź sobie szykujemy się z Justyną na nasz wymarzony, letni urlop. Wiesz, ja i ona, nasz niezastąpiony Ford Kuga, trasa MalborkUstronie Morskie, prawie 800 km w jedną stronę, plan na drogę i ta błoga wolność za kierownicą. Od dawna kochamy takie wyjazdy: zero rozkładów jazdy, zero krzyków spod drzwi przedziału w pociągu, żadnego czekania na spóźniony samolot. Wsiadasz, jedziesz, odpoczywasz kiedy chcesz i gdzie chcesz.
Ale popełniliśmy szkolny błąd gadaliśmy o tym wyjeździe przy znajomych.
Przy jakiejś domówce, przy piwie i pierogach, palnąłem, iż za dwa tygodnie ruszamy nad morze własnym autem.
O? A które to dokładnie dni? od razu się odezwała para siedząca naprzeciwko. To byli Robert i Marta, totalnie nie nasi bliscy raczej znajomi znajomych.
Wyjeżdżamy 15 sierpnia, rzuciłem, nie czując pułapki.
Naprawdę?! Nam też właśnie wtedy pasuje, zawsze jeździliśmy pociągiem, ale teraz tylko miejsca koło kibla zostały, ble… To może z Wami? Dzielimy się kosztami benzyny na pół, będzie weselej, my spokojni, bez spiny!
Spojrzałem na Justynę mina typu „nie ma szans”. Zacząłem ściemniać, iż prawie cały bagażnik zajęty, iż jeździmy powoli i zatrzymujemy się co chwilę.
Ale Robert nie dawał za wygraną: Ludzie, my tylko walizka na dwoje! Będzie prawie za darmo, teraz paliwo w Polsce kosztuje jak złoto. No pomóżcie, przecież nie jesteśmy obcy.
Pod presją (bo co, odmówię tak w twarz?) ulegliśmy. Argument z oszczędnością wygrał i potem żałowaliśmy tego dwutygodniowego kompromisu.
„Chcesz mieć święty spokój nie pomagaj za dużo”
Ustaliliśmy wyjazd o piątej rano spod naszego bloku. My z Justyną jak w zegarku spakowani, wszystko ustawione: walizki, woda, trochę koca, apteczka. Ci spóźnieni blisko 40 minut.
Taksówka nie dojeżdżała, wiecie jak jest, rzuciła Marta, ciągnąc za sobą walizkę wielkości bojlera plus cztery torby z jedzeniem.
Przecież było: minimum bagażu! jęknąłem.
Oj, no Marta to dziewczyna, musi mieć wybór ubrań! roześmiał się Robert.
No i miałem Tetris w wersji hard upychając to na nowo.
Już godzinka jazdy i koszmar startuje. Marta narzeka na upał i domaga się klimy na maksa po dziesięciu minutach Robert się trzęsie i chce cieplej. Muzyka im nie pasuje. A potem? Stawali się mistrzami: „Zatrzymaj się!”, „Muszę do łazienki”, „Chcę kawę”, „Zróbmy postój, bo nogi drętwe”, „Ja muszę iść zapalić”.
Plan mojej trasy wzięty w łeb. Miały być dwa postoje (nocleg w Bydgoszczy i kawa w Toruniu), a tu wyszło jak kurs PKS-u: przystanek co dwadzieścia kilometrów.
Kulminacja przyszła na Orlenie.
Tankuję pod korek, rachunek 350 zł. Wracam Robert wcina hot-doga.
No to rozliczamy się? pytam grzecznie.
Ee, na spokojnie, pod koniec wszystko razem podsumujemy, po co się szarpać co chwilę, ucina temat.
Nie podobało mi się to, ale Justyna szepnęła mi do ucha, żebym się nie czepiał i poczekał do końca, bo na pewno się rozliczą. No to się zamknąłem. Bramki autostradowe też płaciłem ja choćby nikt nie spytał, ile to wyszło.
Całą drogę jedli swoje bułki, sypiąc wszędzie okruszkami. Protestuję: Uważajcie, auto nowe!
Oj, przelatasz odkurzaczem i po sprawie, zaśmiali się.
Na miejsce doczołgaliśmy się nocą, bardziej wykończeni przez nich niż przez jazdę.
„Przecież jechaliście i tak”
Następnego ranka spotkanie w kuchni pensjonatu. Wyciągam zeszyt, gdzie notowałem koszty.
No to słuchajcie, benzyna łącznie 1200 zł, bramki 250 zł. W sumie 1450 zł, podzielić na dwa, wychodzi po 725 zł od pary.
Robert się zakrztusił, Marta zbulwersowana.
Ale jak to? Siedemset z groszami? Żartujesz? robi oczy.
No jasne. Tak się umawialiśmy.
Robert odstawia herbatę i tłumaczy: Ale przecież Ty i tak byś te pieniądze wydał, z nami czy bez nas. A tak? Po prostu zajęliśmy wolne miejsca.
Zacząłem już się gotować: Przecież warunki były jasne. Trochę się poświęciłem, zrobiłem miejsce na wasze torby, co chwilę się zatrzymywałem, więc chociaż połowa kosztów należy się jak psu buda.
Ale jakich poświęceń?! prychnęła Marta. Przecież było fajnie! Myśleliśmy, iż po koleżeńsku, bez takich rozliczeń. Powiedziałbyś, to byśmy wzięli Blablacar taniej.
Inny kierowca wywaliłby was za pierwsze narzekanie na pogodzie, nie wytrzymała Justyna.
Słuchaj, damy ci może tysiąc, góra półtora, tak symbolicznie. Ale połowa kosztów? Nie mamy takich pieniędzy w budżecie, stwierdził Robert.
Wstałem.
Nie trzeba ani złotówki. Uznajcie, iż Was zaprosiłem. Ale z powrotem radźcie sobie sami.
Że co?! Ale nie mamy biletów! Umawialiśmy się w dwie strony!
Zgoda była na wspólny koszt. Warunki złamaliście, życzę Wam miłego urlopu.
Ostatnie dziesięć dni praktycznie się unikaliśmy, mimo, iż mieszkaliśmy w jednym ośrodku. Trafiliśmy na siebie na plaży parę razy kompletnie nas ignorowali.
Dzień przed wyjazdem dostaję SMS-a od Roberta: „Dobra, przestań się stawiać. Dajemy wam po trzy stówki za całą trasę. Zabierz nas Marta nie przetrwa autobusu.”
Nie odpowiedziałem.
Wyruszyliśmy raniutko, spakowani, w swoim własnym tempie, z ulubioną playlistą, bez cyrku. Droga powrotna? Bajka! Zero kłótni, dokładnie tyle postojów, ile chcemy i totalny luz.
Od innych znajomych dowiedziałem się później, jaki to jestem „straszny typ”, bo niby zostawiłem „przyjaciół” na lodzie za parę stówek. Oni wracali z przesiadkami autobusami, wykończeni i spłukani, a teraz chętnie rozpowiadają o mnie głupoty gdzie się da.
Ale wiesz co? Teraz już się nauczyłem jak ktoś pyta „Hej, jedziesz w trasę? Zawieź nas?”, to uprzejmie, ale stanowczo: „Wiesz, wolimy pojechać tylko we dwójkę”. I święty spokój.






![Trwa mieszkaniowa inwestycja przy ulicy Bolka Świdnickiego. Kto może się starać o lokal? Gdzie złożyć wniosek? [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/05/TBS-Bolka-Swidnickiego-2026.05.10-15.jpg)







