Kiedy Kasia znalazła pod drzewem ranną wiewiórkę, myślała tylko o tym, żeby zwierzę nie zdechło na jej oczach. Nie przypuszczała nawet, iż to małe stworzenie za kilka tygodni wyciągnie z ciszy jej ośmioletniego syna.
Był parszywy, listopadowy wtorek. Wracali z Olkiem przez Park Jordana po kolejnej wizycie u pulmonologa. Chłopiec od dwóch lat zmagał się z astmą, która zaostrzyła się po ciężkim zapaleniu płuc. Lekarze mówili o rehabilitacji, o konieczności ruchu na świeżym powietrzu, ale Olek bał się ataku duszności. Przestał biegać. Przestał wychodzić z domu, jeżeli nie musiał. Na szkolnym korytarzu stał pod ścianą i patrzył, jak inni grają w zbijaka.
Tego dnia było szczególnie zimno. Szli alejką zasłaną mokrymi liśćmi, gdy Olek nagle stanął.
– Mamo, patrz.
Pod rozłożystym dębem, przy samym pniu, leżała wiewiórka. Próbowała się podnieść, ale prawa tylna łapka miała nienaturalny kąt. Zwierzę piszczało cicho, rozpaczliwie.
Kasia rozejrzała się. Wokół nikogo. Tylko wiatr i mżawka.
– Trzeba jej pomóc – powiedział cicho Olek.
I to zdanie sprawiło, iż Kasia zamarła. Jej syn od miesięcy nie powiedział niczego z własnej inicjatywy. Odpowiadał monosylabami. Nie chciał jechać do dziadków, nie czytał książek, nie oglądał bajek. Siedział w swoim pokoju i układał klocki w nieskończonych, geometrycznych wzorach. A teraz stał z zaciśniętymi pięściami i patrzył na ranne zwierzę – i w tym spojrzeniu było coś, czego nie widziała u niego od lat.
Zdjęła szalik. Podeszła powoli, przykucnęła. Wiewiórka wyszczerzyła zęby, ale nie miała siły uciekać. Kasia jednym ruchem owinęła ją w wełniany materiał i przycisnęła do piersi. Czuła, jak maleńkie serce wali pod jej dłonią.
– Jedziemy na Mazowiecką – powiedziała. – Tam jest całodobowa klinika.
W samochodzie Olek siedział z tyłu i nie odrywał wzroku od zawiniątka. Wiewiórka miała czarne, błyszczące oczy i rude futro z białą plamką na lewym uchu. Drżała, ale przestała się szarpać.
Weterynarz, starszy mężczyzna z brodą, obejrzał łapkę i mruknął pod nosem.
– Zwichnięcie. Żadnego złamania. Ma szczęście, ten mały bandyta. Założę opatrunek, ale przez trzy tygodnie musi być w spokoju. Nie może skakać, nie może się wspinać. Ma pani miejsce w domu?
Kasia spojrzała na Olka. Chłopiec stał przy stole zabiegowym i głaskał wiewiórkę po grzbiecie jednym palcem, najdelikatniej jak potrafił.
– Poradzimy sobie – powiedziała.
Rachunek za wizytę i opatrunek wyniósł dwieście dwadzieścia złotych. Położyła na ladzie dwie setki i dwie dychy, Tomek później westchnął przy kolacji, iż za te pieniądze można było kupić nowe buty Olkowi. Ale nie kłócił się. Kiedy zobaczył pudło w salonie, tylko podrapał się po głowie i mruknął pod nosem coś o menażerii.
– To jest Bazyli – powiedział Olek. – I będzie u nas trzy tygodnie.
Sam wymyślił imię. Pierwszego dnia przyniósł z kuchni orzechy włoskie, marchewkę i pestki dyni. Rozłożył wszystko na talerzyku i postawił przy pudle. Wiewiórka schowała się w kącie za poszarpanym ręcznikiem i nie wychodziła.
– Boi się – stwierdził chłopiec. – Tak jak ja się bałem po szpitalu.
Kasia przestała wycierać stół. Ściśnięta w dłoni ściereczka ociekała wodą na podłogę, a ona stała nieruchomo, bo Olek nigdy nie mówił o swoim strachu.
Minął tydzień. Wiewiórka zaczęła wychodzić z pudła. Najpierw tylko po jedzenie, później zaczęła eksplorować pokój. Przeskakiwała z krzesła na stół, ze stołu na parapet. Olek siedział na dywanie i obserwował ją godzinami. Potem zaczął mówić. Opowiadał Bazylemu o szkole, o planach, o tym, iż chciałby kiedyś polecieć balonem. Wiewiórka przekrzywiała łepek i słuchała.
Któregoś ranka Kasia zobaczyła, jak jej syn śmieje się na głos. Bazyli ukradł mu z ręki kawałek bułki i uciekł na szafę. Olek gonił go po całym pokoju, a Tomek stał w drzwiach kuchni i nagrywał to starym samsungiem.
Po trzech tygodniach zdjęli opatrunek. Łapka była zdrowa, Bazyli biegał po mieszkaniu jak torpeda. Nadszedł czas, żeby go wypuścić.
– A gdzie? – spytał Tomek.
Kasia chciała powiedzieć „Park Jordana”, bo tam go znaleźli. Ale Olek spojrzał na nią i powiedział cicho:
– Ten duży kasztanowiec na podwórku. Stamtąd może wszędzie dojść.
Tak zrobili. Podwórko ich kamienicy przy ulicy Lea było stare i zaniedbane, ale rosły na nim trzy ogromne kasztanowce, a korony dwóch sięgały ponad dach. Dziesiątki wiewiórek mieszkały tam od zawsze, przeskakując z gałęzi na gałąź. Kasia postawiła transporter na ziemi, przy pniu najgrubszego drzewa. Bazyli wyszedł powoli, rozejrzał się, powąchał powietrze. Potem odwrócił się, spojrzał na nich przez długą chwilę i jednym susem znalazł się na pniu. Wspiął się na wysokość głowy i zastygł. Patrzył prosto na Olka.
– No idź już – szepnął chłopiec.
Wiewiórka mrugnęła i zniknęła w koronie drzewa.
Olek milczał całą drogę do mieszkania – tylko dwa piętra schodami, bo winda znowu nie działała. Zamknął się w pokoju. Kasia poszła do kuchni i zaczęła zmywać, chociaż wszystkie naczynia były czyste. Wodę odkręciła na maksa, żeby zagłuszyć ciszę.
Cztery dni później, w sobotę o siódmej czterdzieści dwie rano, ktoś zastukał w okno kuchni.
Kasia mieszkała na pierwszym piętrze. Za oknem rozpościerała się jedna z grubszych gałęzi kasztanowca, która sięgała prawie do parapetu – to właśnie z tego powodu Tomek wybrał to mieszkanie pięć lat temu, bo lubił zieleń. Podeszła, odsunęła firankę i znieruchomiała.
Na parapecie siedział Bazyli. W pyszczku trzymał kasztan. Błyszczący, brązowy.
– Olek! – krzyknęła. – Szybko!
Chłopiec wbiegł do kuchni w piżamie, boso, i zamarł. Wiewiórka zastukała znowu, tym razem niecierpliwie. Kasia otworzyła okno. Bazyli wskoczył do środka, podbiegł do Olka i położył kasztan na podłodze tuż przy jego stopie. Potem usiadł na tylnych łapkach i czekał.
– On mi przyniósł prezent – wyszeptał Olek.
Od tego dnia Bazyli przychodził regularnie. Czasem codziennie, czasem co trzy dni. Zawsze rano, między siódmą a ósmą. Stukał w okno, a jeżeli było zamknięte, siadał na parapecie i czekał cierpliwie. Przynosił kasztany, żołędzie, raz przytargał plastikową nakrętkę od butelki. Innym razem pojawił się z zeschłym liściem, który uroczyście wręczył Olkowi.
Chłopiec zaczął wychodzić na podwórko. Najpierw tylko po to, żeby spotkać Bazylego. Potem zaczął sam chodzić do Parku Jordana – najpierw wolnym krokiem, potem truchtem, aż w końcu przebiegł całą aleję bez zatrzymania. Któregoś dnia Kasia zobaczyła przez okno, jak Olek robi dziesięć okrążeń wokół kasztanowca. Na czwartym liczyła już tylko oddech – równy, spokojny, bez świstu.
W lutym, po dwóch miesiącach od pierwszej wizyty Bazylego, pulmonolog – doktor Milewska – przejrzała wyniki i zmarszczyła brwi.
– Proszę pani, to są wyniki, jakich nie widziałam u Olka od dwóch lat. Szczytowy przepływ wydechowy wzrósł o czterdzieści jednostek. Nie ma pani pojęcia, jak rzadko widzę taką poprawę bez zmiany terapii.
Kasia uśmiechnęła się.
– Podaję mu orzechy laskowe i pestki dyni.
Doktor Milewska zdjęła okulary.
– To znaczy?
– To długa historia – powiedział Olek. – Ale głównym lekarzem jest rudy koleś z puszystym ogonem.
Wiosną Bazyli przyszedł nie sam. Towarzyszyła mu mniejsza, ciemniejsza wiewiórka, bardzo płochliwa. Siedziała na gałęzi i nie chciała podejść bliżej. Bazyli zeskoczył na parapet jak zwykle, po czym odwrócił się i wydał serię wysokich, piskliwych dźwięków. Samiczka zeszła niżej, o metr.
– To jego dziewczyna – powiedział Olek szeptem. – Przyszedł się pochwalić.
Nazwali ją Nutką. Przez kolejne tygodnie Nutka oswajała się powoli. Najpierw brała orzechy z parapetu, potem z ręki Kasi, a w końcu pozwalała się głaskać po głowie jednemu tylko Olkowi.
Pewnej czerwcowej niedzieli Bazyli zjawił się o świcie, za dwadzieścia szósta. Stukał w szybę tak głośno, iż Kasia poderwała się z łóżka, przekonana, iż w kamienicy wybuchł pożar. Otworzyła okno, a wiewiórka wpadła do środka, przebiegła trzy kółka po kuchni, pisnęła przeraźliwie i wyskoczyła z powrotem na parapet, oglądając się za siebie.
– On chce, żebyśmy za nim poszli – powiedział Olek, który stał już w drzwiach z butami w ręku.
Pobiegli. Bazyli prowadził ich przez podwórko, przez dziurę w płocie na sąsiednią posesję, do starego, zaniedbanego ogrodu za warsztatem samochodowym. Tam, pod stertą zeszłorocznych liści, leżała Nutka. Oddychała płytko, ledwo widocznie. Obok niej poruszały się trzy maleńkie, nagie ciałka.
– Urodziła – szepnęła Kasia. – I jest wycieńczona.
Olek zdjął bluzę i bez słowa podał ją mamie. Kasia owinęła Nutkę delikatnie, a syn zebrał małe wiewiórki na kolana. Były zimne i słabe. Bazyli biegał wokół nich, popiskując histerycznie.
W klinice weterynaryjnej przy Mazowieckiej ten sam brodaty lekarz pokręcił głową.
– Odwodnienie, hipotermia, wyczerpanie. Maluchy ledwo zipią. Musiała rodzić w nocy i straciła za dużo energii. Jeszcze kilka godzin i byłoby po nich. Skąd wy je macie?
– Znajomy przyprowadził – powiedział Olek.
Pobyt Nutki w inkubatorze kosztował osiemdziesiąt złotych za dobę. Tomek zapłacił bez słowa, tylko poprosił o fakturę. Kasia kupiła mleko zastępcze dla wiewiórek w zoologicznym na Alejach – dwadzieścia siedem złotych za sto mililitrów. Przez następny tydzień mieszkanie przy ulicy Lea zamieniło się w oddział intensywnej terapii. Nutka leżała w pudle pod kocem termicznym. Olek karmił małe z zakraplacza co dwie godziny, także w nocy. Bazyli nie spuszczał ich z oka. Siedział na oparciu krzesła i obserwował każdy ruch.
Pod koniec tygodnia maluchy otworzyły oczy. Nutka wstała i napiła się wody. Bazyli podszedł do niej i dotknął jej nosa swoim nosem. Kasia odwróciła się do okna, wyjęła z kieszeni chusteczkę i zaczęła przecierać idealnie czystą szybę.
Kiedy wypuścili wiewiórczą rodzinę na podwórko, przyszli wszyscy – Kasia, Olek, Tomek, choćby sąsiadka z dołu, pani Halinka, która przez tydzień nie mogła spać przez wiewiórcze harce i z ciekawości przyszła zobaczyć finał.
Nutka weszła na drzewo pierwsza, za nią maluchy. Bazyli został na dole. Spojrzał na Olka, pisnął krótko i wbiegł po pniu za rodziną.
– Cześć – powiedział chłopiec.
W drodze powrotnej Tomek złapał go za rękę.
– Wiesz co, synku? Jestem z ciebie dumny.
Olek nie odpowiedział. Tylko ścisnął dłoń ojca, raz, szybko, a potem puścił i pobiegł do klatki.
Jesienią, rok po znalezieniu rannej wiewiórki, Olek sam pojechał na zawody lekkoatletyczne – szkolne mistrzostwa dzielnicy, Tomek wziął wolne i zawiózł go starą toyotą. Bieg na sześćset metrów. Olek przybiegł trzeci.
– W ogóle mnie nie ścisnęło – powiedział wieczorem przy kolacji. – choćby nie sapnąłem za mocno.
Za oknem, na gałęzi kasztanowca, cztery rude cienie goniły się wokół pnia. Bazyli, Nutka i dwa podrośnięte, puszyste młodziaki. Wpadali do mieszkania przez okno już jak do siebie – na orzechy, na pogaduszki z Olkiem, czasem tylko po to, żeby przekopać doniczkę z paprotką. Kasia znalazła raz w doniczce sześć pestek dyni i dwa kapsle po piwie, których pochodzenia nikt nie potrafił wyjaśnić.
Któregoś wieczoru myła naczynia – Tomek znowu zostawił kubek po kawie na parapecie – i usłyszała za plecami cichy stuk. Odwróciła się. Na wycieraczce leżał świeży, błyszczący żołądź. Bazyli siedział na parapecie i patrzył na nią.
– Dziękuję – powiedziała.
Wiewiórka przechyliła łepek i zniknęła w ciemności.













