31 października do Gdyni zawinął Kapitan Borchardt. Pod żaglami szkunera płynęła gdyńska młodzież w ramach programu edukacji morskiej „Zwrot na Gdynię”. Jak wypadł pierwszy sezon tego projektu?
Krzysztof Romański, 31 października 2026 r.
Gdynia od wielu lat promuje się hasłem „żeglarska stolica Polski”. Wizerunkowo wiele się tu zgadza – są porty jachtowe, są szkółki, jest jedna z największych na Bałtyku imprez żeglarstwa sportowego – Gdynia Sailing Days. Są też żaglowce. Kłopot w tym, iż jeżeli spojrzymy na codzienną pracę z młodzieżą i realne programy sailtrainingowe, obraz przestaje być tak oczywisty. „Zwrot na Gdynię” można więc postrzegać nie tylko jako inicjatywę edukacyjną, ale też próbę nadrobienia dystansu do innych ośrodków. Bo inni ten temat przerabiają od lat – i to systemowo. Gdańsk wokół własnego żaglowca „Generał Zaruski” zbudował cały ekosystem edukacyjny. To przemyślany, logicznie uporządkowany ciąg – od wizyt w szkołach, przez całoroczną Akademię Zaruskiego, warsztaty i zajęcia na jachtach klasy „Mariner 19”, aż po kilkutygodniową „Gdańską Szkołę pod Żaglami”. Co roku przez pokład kecza przewijają się setki uczestników, a różnej długości rejsy są elementem stałej oferty miasta.
Szczecin poszedł inną drogą, ale równie konsekwentną. W stolicy Pomorza Zachodniego od ponad 30 lat działa Program Edukacji Wodnej i Żeglarskiej, prowadzony przez Pałac Młodzieży, a miasto jest właścicielem jachtów: „Dar Szczecina”, „Zryw” i „Urtica”. Od pierwszego finału The Tall Ships Races w 2007 roku Szczecin wystawia swoją reprezentację na regaty. Rokrocznie to kilkadziesiąt osób, choć w czasie, gdy miasto było sponsorem imprezy, zdarzały się grupy choćby 200-osobowe. Łącznie Szczecin reprezentowało już prawie dwa tysiące żeglarzy. Co istotne, to nie jest jednorazowa przygoda, ale powtarzalny system, który co roku „produkuje” kolejne roczniki młodych ludzi z doświadczeniem morskim. choćby Sopot – miasto zdecydowanie mniejsze – potrafił zbudować własny, sensowny model pracy z młodzieżą, oparty m.in. o jacht „Alf”. Na tym tle Gdynia przez lata wypadała zaskakująco biernie. Potencjał był – infrastruktura, imprezy, dostęp do żaglowców, tradycja. Brakowało decyzji, by wykorzystać ten potencjał systemowo.
Warto jednak zaznaczyć, iż „Zwrot na Gdynię” nie powstał w próżni. Od 13 lat funkcjonuje bowiem program „Gdynia na fali”, skierowany do najmłodszych Gdynian. Podczas krótkich zajęć dzieci poznają pierwsze pojęcia związane z żeglarstwem i bezpieczeństwem nad wodą. Dobrze, iż program istnieje, choć to bardziej zabawa niż realny kontakt z żaglami. I właśnie na tym polegał dotychczasowy problem – brakowało dalszego ciągu. Kolejnych etapów, które tworzyłyby naturalną drogę od pierwszego oswojenia z wodą do świadomego korzystania z dobrodziejstw nadmorskiego położenia miasta. „Zwrot na Gdynię” wypełnia tę lukę.
Czy to wystarczy, żeby dogonić Gdańsk i Szczecin? Oczywiście nie. Tamte programy budowano latami i konsekwentnie rozwijano, po drodze wprowadzając zmiany wynikające z doświadczeń. „Zwrot na Gdynię” jest więc początkiem. Sensownym, długo oczekiwanym, ale początkiem. Czy program się przyjmie, czas pokaże. Prawdziwym sprawdzianem nie jest pierwsza edycja, ale to, czy za cztery-pięć lat inicjatywa przez cały czas będzie funkcjonować i się rozwijać. Edukacja morska wymaga bowiem ciągłości. A warto w nią inwestować, bo na żaglowcach młodzież uczy się dużo więcej niż żeglowania.


