W małej wsi pod Lublinem, pośród złotych pól pszenicy i zielonych łąk, żył siedemdziesięcioletni Stanisław Kowalski, jeden z najzamożniejszych gospodarzy w okolicy. Miał rozległe ziemie, stada krów i szacunek sąsiadów, choć niektórzy szeptali za jego plecami. Bogactwo jednak nie wypełniało pustki w jego sercu. Dziesięć lat wcześniej stracił żonę, Martę, która urodziła mu trzy córki. Córki dawno wyszły za mąż, zajęte własnymi rodzinami. Odwiedzały go często, ale Stanisław czuł, iż brakuje mu syna dziedzica, który przejąłby jego ziemię i nazwisko. Ta myśl dręczyła go coraz bardziej.
Mimo siwych włosów i przygarbionych pleców, wierzył, iż los jeszcze da mu chłopca. To pragnienie popchnęło go do decyzji, która wstrząsnęła całą wsią postanowił ożenić się ponownie.
Jego wybór padł na dwudziestoletnią Kingę, córkę ubogiej rodziny z tej samej wsi. Życie nie oszczędzało jej bliskich długi rosły, a najmłodszy brat chorował i potrzebował drogich leków. Kinga była piękna, o jasnych włosach i smutnych oczach, w których kryło się zmęczenie. Rodzice, zdesperowani, zgodzili się na propozycję Stanisława. W zamian za pokaźną sumę pieniędzy obiecali mu rękę córki.
Kinga nie protestowała. Wiedziała, iż jej poświęcenie może uratować brata. W wiliję ślubu siedziała z matką przy blasku świecy. Tylko niech będzie dla mnie dobry Wypełnię swoją powinność szepnęła, a matka, ocierając łzy, przytuliła ją w milczeniu.
Ślub był skromny, ale Stanisław chciał, by wszyscy widzieli, iż wciąż jest mężczyzną w sile wieku. Muzyka grała skoczne przyśpiewki, sąsiedzi szeptali, patrząc na parę. Biedna dziewczyna mówiły kobiety. On? W jego wieku? Śmiechu warte drwili inni. Stanisław ignorował ich. Dumny, prowadził Kingę do ołtarza. Dla niego to nie był tylko ślub to była szansa na syna.
Kinga uśmiechała się, gdy trzeba było, ale w środku czuła tylko lęk.
Tej nocy w domu Kowalskich unosił się zapach pieczonego mięsa i domowej nalewki. Goście się rozeszli, a ciszę przerwał tylko szelest liści za oknem. Stanisław napił się zielańca, który miał mu dodać sił, i spojrzał na Kingę z nadzieją. Dziś zaczynamy nowe życie, moja królowo szepnął, biorąc ją za rękę.
Zanim jednak cokolwiek się wydarzyło, twarz Stanisława wykrzywił grymas bólu. Zachwiał się, chwycił za pierś i runął na łóżko. Panie Stanisławie! Co się dzieje?! krzyknęła Kinga, ale było już za późno. Sąsiedzi przybiegli na jej wołanie, a córki Kowalskiego wpadły do pokoju w czarnych sukniach, jakby przeczuwały nieszczęście.
Lekarz orzekł: Zawał. Serce nie wytrzymało. I tak skończyła się nadzieja Stanisława.
Wieść rozeszła się szybko. choćby syna nie zdążył jej dać komentowali jedni. Biedna dziewczyna, wdowa, zanim została żoną mówili drudzy. Kinga stała na pogrzebie w czerni, zasłonięta woalem, czując, iż jej życie zatrzymało się w miejscu.
Pieniądze od Stanisława spłaciły długi rodziny i opłaciły leczenie brata, ale Kinga została sama. Gdy szła przez wieś, ludzie spoglądali na nią z politowaniem. Nazywano ją młodą wdową lub żoną Kowalskiego.
Dla wsi to była opowieść o pysze i losie. Dla Kingi jej życie. Wypełniła obowiązek, ale teraz stała na rozdrożu, patrząc w dal, jakby szukała czegoś, czego nigdy nie znajdzie.






