Chłopiec przyłożył ucho do trumny matki i powiedział coś, co wstrzymało oddech wszystkim w kościele

polregion.pl 8 godzin temu

W kościele zalegała głęboka cisza, niemal namacalna. Powietrze przesiąknięte było kadzidłem, łzami i bólem przekraczającym słowa. Wierni siedzieli ze spuszczonymi głowami, każdy pogrążony we własnej żałobie. Czas zdawał się stać w miejscu.

I nagle – kroki.

Ciche, bose.

Chłopiec, może sześcioletni, wstał z ławki. Jego ruchy były niepewne, ale twarz poważna, jakby nagle stał się starszy. Milczał. Szedł tylko przed siebie, przeciskając się między rzędami ławek, aż stanął przy samej trumnie.

Stanął obok, jakby czekał na pozwolenie. Potem, powoli, przyłożył swoje małe ucho do piersi matki. Żadnego dźwięku. Ale słuchał. Jakby tam, poza granicą milczenia, coś mogło odpowiedzieć.

Minęła minuta. Może dwie.

Ludzie zaczęli szeptać, ktoś łkał. Nagle – podniósł głowę. Jego oczy były szeroko otwarte, zalane przerażeniem pomieszanym z dziecinną wiarą. Obrócił się do zgromadzonych, spojrzał prosto na księdza i powiedział:

– Mówiła: „Nie pożegnałam się z tobą…”.

Wszystkich sparaliżowało. choćby świece zdawały się drżeć.

Kobieta z tylnego rzędu zemdlała. Ktoś upuścił modlitewnik. Ksiądz podszedł do chłopca, chcąc coś powiedzieć, ale nie zdążył – tamten dodał:

– Mówiła, iż czeka na mnie… w nocy.

Zapadła martwa cisza.

Chłopca natychmiast wyprowadzono, przekonując, iż to tylko wyobraźnia. Ale nikt tej nocy nie spał spokojnie. A w nocy…

Sąsiadka z dołu przysięgała, iż widziała, jak po schodach szedł w górę zarys kobiety w żałobnej sukni, a za nią – chłopiec.

Odtąd nikt ich więcej nie widział.

A trumna rano okazała się pusta.

Minęły trzy doby od pogrzebu. Dom, w którym mieszkała matka z synem, stał zabity deskami. Krewni zrzekli się opieki – zbyt wiele przerażało ich tamtego wieczoru. Zbyt wiele było… nie w porządku.

Chłopiec miał na imię Kazio. Cichy, zamyślony dzieciak, odkąd umarł jego ojciec, rzadko mówił. Tylko z matką. Zdawali się rozumieć bez słów. Czasem, gdy zasypiała, siadywał przy jej łóżku, dotykając jej ręki – jakby była to amulet.

Ona była dla niego wszystkim.

Gdy zachorowała, nikt nie sądził, iż wszystko skończy się tak szybko. Zgasła w ciągu dwóch tygodni. Nie ze starości, nie z wypadku. Jakby coś ją zabrało – od środka. Lekarze mówili: serce. Ale chłopiec wiedział – nie tylko.

Po pogrzebie umieszczono go tymczasowo u ciotki stryjecznej. Tej samej, która nigdy nie lubiła matki Kazia i unikała chłopca. W nocy słyszała, jak coś szeptał przez sen. A pewnego razu – nagle usiadł na łóżku i powiedział:

– Stoi przy drzwiach. Tylko ty nie patrz, ona cię nie woła.

Ciotka nazajutrz rano wezwała księdza.

Ale ksiądz, ten sam co na pogrzebie, jedynie zbladł, gdy dowiedział się, kto się do niego zwraca.

– Z tym dzieckiem… coś jest nie tak – rzekł. – Lepiej nie tykać. Módlcie się. I zamykajcie okna na noc.

Czwartego dnia zaczęło się adekwatne.

Miejscowy stróż cmentarny, stary Stanisław, przybiegł w panice do kościoła.

– Trumna pusta! Jej tam nie ma! Ani ciała, ani ubrania… jakby nigdy nie leżała!

Ksiądz sam poszedł sprawdzić. Płyta nietknięta. Kłódki całe. Trumna – zamknięta. Ale w środku…

– Pusto.

Wieczorem po wsi zaczęły krążyć plotki. Mówiono, iż matka Kazia nie umarła, tylko odeszła tam, skąd można wrócić. O północy dzieci słyszały za oknem kobiecy głos. Ktoś widział w ogrodzie kobietę z długimi czarnymi włosami, która szeptała:

– Gdzie mój syn?…

Ciotka w panice wyrzuciła Kazia z domu. Po prostu zostawiła go przy drzwiach kościelnego przytułku i odeszła, nie oglądając się za siebie.

Stary proboszcz, ojciec Stanisław, ulokował chłopca w celi obok siebie. Widział wiele w życiu, ale ten przypadek…

– Tu chodzi o coś starodawnego – powiedział cicho, patrząc Kaziowi w oczy. – Słyszałeś jej głos?

Chłopiec skinął głową.

– Co noc. Woła. Mówi, iż jej zimno i iż zostało coś niedokończone.

– Co konkretnie? – spytał ksiądz.

Kazio zawahał się. Potem wyszeptał:

– Przysięgała, iż zawsze będzie ze mną… choćby poza granicą.

Siódmej nocy – jak głosi przekaz – dusze zmarłych mogą wrócić, jeżeli wyrwano je z życia wbrew woli.

Ojciec Stanisław o tym wiedział. Dlatego nie zasnął.

Kościelne zegary wybiły północ.

Za oknami zerwał się silny wiatr. Świece w celach gasły jedna po drugiej, jakby jakaś ręka gasiła je umyślnie.

I w tym momencie Kazio zniknął.

Drzwi celi były zamknięte od środka. Zasuwka spuszczona. Ani śladów, ani hałasu, ani otwartego okna. Po prostu – przestał istnieć.

Ksiądz, z pochodnią w ręce, pobiegł do kościoła.

I tam, klęczącego przed pustym ołtarzem, ujrzał chłopca.

A przed nim sta
Wieśniacy często widzieli ich po tym dwoje blade cienie przesuwające się po murach starego kościoła, wiecznie splecione, przypominając iż miłość matki potrafi przeniknąć choćby najmroczniejsze granice.

Idź do oryginalnego materiału