Tomuś z Grudziądza miał trzy i pół roku. Był najmłodszym z siedmiorga dzieci Angeliki L. W takim wieku dziecko nie potrafi jeszcze nazwać wszystkiego, co je spotyka. Nie umie samo zadzwonić po pomoc, nie potrafi wyjść z domu i pójść na komisariat, nie ma siły przeciwstawić się dorosłemu, który używa wobec niego przemocy. Jest całkowicie zależne od ludzi, którzy powinni je karmić, leczyć, chronić i reagować, kiedy dzieje się krzywda. W przypadku Tomusia ten podstawowy obowiązek dorosłych zawiódł w najokrutniejszy sposób. Chłopiec nie zmarł po jednym przypadkowym urazie. Jego śmierć była finałem tygodni przemocy, strachu, zaniedbania i wyniszczenia, które rozgrywały się w domu w Grudziądzu.
Do tragedii doszło w listopadzie 2017 roku, ale według ustaleń śledczych dramat dziecka zaczął się wcześniej. W sierpniu 2017 roku w życiu Angeliki L. pojawił się jej partner, Radosław M. Był dorosłym mężczyzną, który wszedł do domu pełnego dzieci i według prokuratury bardzo gwałtownie zaczął narzucać w nim porządek oparty na strachu. Nie chodziło tylko o Tomusia, choć to on był najmniejszy i najbardziej bezbronny. Śledczy ustalili, iż Radosław M. znęcał się także nad pozostałą szóstką rodzeństwa chłopca. Krzyczał, straszył, groził użyciem przemocy, izolował dzieci, zamykał je w pokoju, szafie i piwnicy. Miał bić je rękami, pięściami, kijem od miotły, smyczą dla psa, paskiem od spodni i klapkiem. W tym domu dzieci nie miały bezpiecznej przestrzeni, bo przemoc miała być stosowana jako codzienny sposób podporządkowania.
Nie miał jak uciec
Nie miał jak się obronić i nie miał możliwości zatrzymać dorosłego człowieka, który miał nad nim fizyczną przewagę. Według aktu oskarżenia Radosław M. znęcał się nad nim od sierpnia do listopada 2017 roku. Krzyczał na chłopca, straszył go, groził mu pozbawieniem życia, zamykał w szafie i w piwnicy, uderzał pięściami, ręką, klapkiem i kopał po całym ciele. To nie był jeden wybuch agresji. To był ciąg zdarzeń, który trwał tygodniami i stopniowo niszczył organizm dziecka. Starsze rodzeństwo również doświadczało przemocy, ale Tomuś ze względu na wiek, siłę i całkowitą zależność od dorosłych był najbardziej narażony.
Z ustaleń śledczych wynikało, iż obrażenia, które ostatecznie doprowadziły do śmierci chłopca, nie powstały jednego dnia. Biegli wskazywali, iż część śladów na ciele dziecka pochodziła z okresu między 3 a 13 listopada 2017 roku, a późniejsze zapisy sprawy pozwalały łączyć przemoc z wcześniejszym okresem, sięgającym sierpnia. U Tomusia stwierdzono obrażenia na głowie, tułowiu, rękach, nogach oraz w okolicach intymnych. Miał krwiaka w pobliżu trzustki i rozległe wylewy krwi. Ten obraz nie pasował do tłumaczeń o przypadkowym urazie. Nie pasował do upadku z łóżka ani do zwykłej dziecięcej zabawy. Pokazywał dziecko, które przez dłuższy czas było krzywdzone.
Tomuś był zaniedbywany. Według ustaleń matka chłopca, Angelika L., odpowiadała za brak opieki i liczne zaniedbania, które doprowadziły do poważnego stanu zdrowia dziecka. Śledczy wskazywali na niedożywienie, znaczny stopień niedokrwistości oraz zakażenie dróg oddechowych. W materiałach sprawy pojawiały się również informacje, iż chłopiec był apatyczny, blady, miał torsje, brak apetytu, liczne zasinienia, otarcia naskórka, skarżył się na bóle różnych części ciała, a jego stan wymagał reakcji dorosłych. Matka nie zapewniła mu jednak pomocy, która mogła przerwać ten proces wcześniej. To właśnie dlatego sprawa Angeliki L. nie dotyczyła tylko biernego tła przy czynie partnera, ale realnej odpowiedzialności za dziecko, które było skrajnie zaniedbane i chore.
13 listopada 2017 roku doszło do ostatniego aktu tej tragedii. Według ustaleń prokuratury Radosław M. uderzył Tomusia w głowę z taką siłą, iż spowodował u niego krwawienie śródczaszkowe podtwardówkowe. Następstwem był masywny obrzęk mózgu. Wezwano pogotowie, ale wersja przekazana ratownikom od początku budziła poważne wątpliwości. Radosław M. miał twierdzić, iż chłopiec wypadł mu z rąk podczas zmiany pieluszki. Ratownicy i lekarze zobaczyli jednak dziecko w stanie, którego nie dało się przekonująco wytłumaczyć takim zdarzeniem. Biegli później wykluczyli, aby obrażenia mogły powstać w wyniku zwykłej zabawy, upadku z łóżka czy podobnego przypadkowego urazu.
Tomuś trafił do szpitala w stanie krytycznym
Lekarze gwałtownie powiadomili policję, bo mieli poważne podejrzenia, iż chłopiec był bity. Dziecko było nieprzytomne i wymagało natychmiastowej pomocy. Przez kilka dni walczono o jego życie, ale uszkodzenia były zbyt rozległe. 16 listopada 2017 roku Tomuś zmarł w grudziądzkim szpitalu. Miał trzy i pół roku. Po jego śmierci sześcioro rodzeństwa trafiło do ośrodka opiekuńczego, a sprawa natychmiast poruszyła Grudziądz. W mieście odbył się protest przeciwko przemocy wobec dzieci. Ludzie szli pod dom chłopca i pod więzienie, bo ta śmierć była czymś więcej niż kolejną informacją z kroniki kryminalnej. To była historia dziecka, które żyło wśród dorosłych, a mimo to nie zostało ochronione.
Po śmierci Tomusia zatrzymano Radosława M. i Angelikę L. Początkowo mężczyzna usłyszał zarzut znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad dzieckiem i spowodowania ciężkich obrażeń ciała, które doprowadziły do śmierci chłopca. Później kwalifikację prawną zmieniono i rozszerzono zakres zarzutów. Radosław M. został oskarżony o zabójstwo z zamiarem ewentualnym. Oznaczało to, iż według prokuratury, uderzając dziecko z określoną siłą, godził się z tym, iż może doprowadzić do jego śmierci. Zarzucono mu również znęcanie się nad pozostałymi dziećmi Angeliki L. oraz przemoc wobec psa należącego do rodziny. Matka chłopca została oskarżona o narażenie syna na ciężki uszczerbek na zdrowiu poprzez zaniechania i brak adekwatnej opieki.
Oboje nie przyznawali się do winy. Radosław M. przedstawiał własną wersję zdarzeń, która według prokuratury stała w sprzeczności z materiałem dowodowym, relacjami pokrzywdzonych, zeznaniami świadków i opinią sądowo-lekarską biegłego z zakresu medycyny sądowej. Angelika L. również twierdziła, iż nie zrobiła nic złego i iż nie widziała krzywdy dzieci. Z ustaleń śledczych wynikało jednak, iż stan Tomusia był widoczny i wymagał reakcji. To nie było dziecko, którego cierpienie można było przegapić przez przypadek. Był niedożywiony, chory, osłabiony i nosił ślady przemocy.
Proces toczył się przed Sądem Okręgowym w Toruniu za zamkniętymi drzwiami. Jawność wyłączono ze względu na dobro małoletnich pokrzywdzonych i charakter materiału dowodowego. Na sali sądowej wracały ustalenia dotyczące przemocy wobec Tomusia, krzywdy jego rodzeństwa, stanu zdrowia chłopca, roli matki oraz tego, jak długo trwał dramat w domu. Z opinii biegłych i materiału dowodowego wynikało, iż sprawa nie dotyczyła jednej chwili, ale wielu zachowań rozciągniętych w czasie. To było szczególnie ważne, bo pozwalało pokazać, iż śmierć chłopca nie była oderwanym od wszystkiego finałem, ale skutkiem narastającej przemocy i zaniedbania.
W maju 2021 roku zapadł pierwszy wyrok. Sąd Okręgowy w Toruniu skazał Radosława M. na karę 25 lat pozbawienia wolności. Mężczyzna został uznany za winnego zabójstwa chłopca ze szczególnym okrucieństwem oraz znęcania się fizycznego i psychicznego nad pozostałym rodzeństwem Tomusia. Angelika L. została skazana na 5 lat więzienia wykonywanej w systemie terapeutycznym. Sąd orzekł również wobec Radosława M. zakaz kontaktowania się z małoletnimi pokrzywdzonymi oraz zbliżania się do nich na odległość mniejszą niż 50 metrów przez 10 lat. W pierwszej instancji kara dla sprawcy była więc surowa, choć nie była dożywociem.
Była apelacja
Sprawa nie zakończyła się jednak w 2021 roku. Od wyroku wniesiono apelacje. Postępowanie przed Sądem Apelacyjnym w Gdańsku trwało długo. Już po mowach końcowych sąd zdecydował jesienią 2022 roku o wznowieniu przewodu sądowego, ponieważ konieczne było przesłuchanie biegłych lekarzy z zakresu medycyny sądowej, którzy wydawali opinie w sprawie. To właśnie medycyna sądowa miała ogromne znaczenie dla oceny obrażeń Tomusia, przyczyn jego śmierci, stanu zdrowia przed ostatnim urazem oraz odpowiedzialności obojga oskarżonych.
19 października 2023 roku Sąd Apelacyjny w Gdańsku wydał prawomocny wyrok, który wywołał oburzenie. Kara Radosława M. została zmniejszona z 25 do 15 lat więzienia. Kara Angeliki L. została obniżona z 5 do 4 lat. Sąd zastrzegł, iż Radosław M. będzie mógł ubiegać się o warunkowe przedterminowe zwolnienie dopiero po odbyciu 13 lat kary. Uzasadnienie rozstrzygnięcia nie zostało publicznie ujawnione, bo proces był niejawny. Dla wielu osób sam wymiar kary był jednak szokujący: 3,5 dziecko przez miesiące miało doświadczać przemocy i zaniedbań, a człowiek skazany za doprowadzenie do jego śmierci miał ostatecznie spędzić w więzieniu 15 lat, nie 25.
Po wyroku apelacyjnym sprawą zajęła się Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak. Po analizie akt uznała, iż istnieją podstawy do wniesienia kasacji do Sądu Najwyższego. Wskazywała, iż zmiana wyroku była obarczona poważnymi wadami. Bardzo mocno podkreślała skalę cierpienia Tomusia. W jej stanowisku pojawiło się określenie "śmierć z bólu", odnoszone do szoku neurogennego i szczególnego udręczenia dziecka. Rzeczniczka wskazywała, iż oskarżony nie okazywał litości trzyletniemu chłopcu, a przez dłuższy czas znęcał się także nad pozostałymi dziećmi. Jej kasację poparła prokuratura, a Prokurator Generalny również domagał się surowszego rozliczenia, zarzucając wyrokowi rażącą niewspółmierność kary.
7 listopada 2024 roku Sąd Najwyższy oddalił kasację. Uznał, iż sąd drugiej instancji przeprowadził postępowanie rzetelnie, uzupełnił materiał dowodowy i miał podstawy do zmiany wyroku. Ostatecznie utrzymano więc karę 15 lat więzienia dla Radosława M. oraz 4 lata więzienia dla Angeliki L. Publicznie znany status sprawy w 2026 roku jest taki: wyrok jest ostateczny. Radosław M. nie odbywa kary 25 lat zasądzonej w pierwszej instancji. Ostatecznie ma odbyć 15 lat więzienia, z możliwością ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie po 13 latach. Matka Tomusia została prawomocnie skazana na 4 lata pozbawienia wolności.
Najbardziej wstrząsające w tej sprawie jest to, iż Tomuś nie umarł nagle i bez wcześniejszych sygnałów. Jego ciało, stan zdrowia i ustalenia śledczych pokazywały historię dziecka krzywdzonego przez dłuższy czas. Był bity, zastraszany, zamykany, zaniedbywany i wyniszczany. Chorował, słabł, tracił siły, a dorośli, którzy mieli obowiązek go chronić, nie zatrzymali tego na czas. Kiedy chłopiec trafił do szpitala, lekarze zobaczyli już finał procesu, który trwał znacznie dłużej niż jeden dzień.
Tomuś miał trzy i pół roku. Był w wieku, w którym dziecko powinno być prowadzone za rękę, karmione, przytulane, leczone i chronione przed każdym dorosłym, który robi mu krzywdę. Nie mógł napisać skargi. Nie mógł sam zgłosić, iż ktoś zamyka go w szafie albo piwnicy. Nie mógł opowiedzieć biegłym, co działo się w domu, zanim trafił do szpitala. Jego sprawa zostaje jednym z najbardziej bolesnych przykładów tego, iż przemoc wobec dziecka rzadko zaczyna się w dniu śmierci. Zwykle narasta wcześniej: w strachu, siniakach, chorobie, głodzie, milczeniu i braku reakcji dorosłych. Tomuś nie miał żadnej możliwości, by sam zatrzymać to, co działo się w domu. Dorośli mieli tę możliwość. Nie zatrzymali piekła na czas.
Kinga Gieraga
Źródła:
https://bydgoszcz.tvp.pl/53656814/wyrok-w-sprawie-zabojstwa-35-letniego-chlopca-w-grudziadzu
https://www.se.pl/bydgoszcz/zabil-malego-tomusia-sad-zlagodzil-mu-wyrok-o-10-lat-jestesmy-absolutnie-zbulwersowani-aa-xjsK-Mofh-XSeX.html
https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/trojmiasto/grudziadz-prokuratura-chce-kasacji-wyroku-dla-ojczyma-zabojcy-tomusia/l3h0jpx
https://grudziadz.naszemiasto.pl/maly-tomus-z-grudziadza-zostal-skatowany-na-smierc-zapadl/ar/c1-9493319
https://wiadomosci.onet.pl/kujawsko-pomorskie/smierc-tomka-z-grudziadza-akt-oskarzenia/et5q6ky











