1 grudnia 2023
Dziś znów wracam myślami do przeszłości, której echa wciąż we mnie rezonują. Dwadzieścia lat Tyle czasu minęło, a ja, patrząc dzisiaj na tego chłopca adekwatnie już dorosłego mężczyznę widzę w nim własne młode odbicie. Niezwykłe, jak czas potrafi nas postawić twarzą w twarz z tym, co kiedyś wybraliśmy.
Pamiętam dokładnie tamten dzień, na dzień przed moim ślubem z Martą. Serce biło jak oszalałe, ale nie z euforii ze zwątpienia. Podejrzewałem Martę o zdradę, wszystko mi mówiło, by jej nie ufać, choć z całych sił przekonywała, iż to, co łączy nas, jest jedynie nasze i prawdziwe. Ale ja nie chciałem słuchać. Mieszkała ze mną wielka miłość, o której czyta się w powieściach namiętna, szczera, szalona. Ludzie zazdrościli nam tego, wielu próbowało namieszać między nami. My powoli szykowaliśmy się do ślubu, a jednak nigdy nie mieliśmy stanąć razem na ślubnym kobiercu.
Na dzień przed uroczystością Marta wyznała mi, iż spodziewa się dziecka. Myślałem, iż poczuję wtedy szczęście, tymczasem zalewała mnie fala złości i niezrozumienia. To niemożliwe, to nie moje! powtarzałem, choć przecież ona przysięgała miłość i wierność. Jednak ja, uparty jak typowy Polak, patrzyłem jej prosto w oczy i mówiłem, iż nie wierzę. Odeszła, rodząc nasze dziecko sama.
Starzy przyjaciele wyzywali mnie od durniów. Każdy widział, jak bardzo Marta mnie kochała, jak bardzo się starała. Ale ja byłem nieugięty, zadufany w sobie. Związek rozpadł się z hukiem, ślub odwołaliśmy. choćby próbowałem jej wmówić, żeby usunęła ciążę, ale ona powiedziała stanowcze nie. Czekała na jeden telefon z moimi przeprosinami, na jedno słowo a ja nigdy nie zadzwoniłem.
To był koniec. Nie planowała się do mnie odzywać, ja byłem przekonany, iż żyję w prawdzie. Każde z nas poszło swoją drogą. Marta musiała uporać się sama z konsekwencjami, sama podnosić się po opuszczeniu. Zdarzało się, iż mijaliśmy się gdzieś na ulicy udawałem, iż jej nie znam, choćby gdy widziałem ją później z małym chłopcem w parku, świadomie odwracałem wzrok, jakbym mógł wymazać przeszłość.
Życie jej nie oszczędzało. Była samotną mamą, ale robiła wszystko, co mogła, by syn był szczęśliwy. Zamiast własnych planów i marzeń, całe serce oddała małemu Krzysiowi. Pracowała na kilku stanowiskach w sklepie, w szkole, choćby sprzątała u sąsiadów, by tylko zapewnić chłopcu dobry start. Krzyś wyróżniał się wśród rówieśników: dziękował mamie za wszystko, wspierał ją, był jej największą pociechą.
Wyrósł na mądrego chłopca, potem powołano go do wojska, a dalej zdobył wyższe wykształcenie i dobrą pracę. Z wiekiem przestał pytać o swojego ojca. Kiedyś, w dzieciństwie, opowiadała mu różne bajki na temat ojca, ale chyba i on w końcu poczuł, iż to tylko bajki.
Im Krzyś był starszy, tym bardziej przypominał mnie swoje młode odbicie. Marta mówiła, iż ma w sobie coś takiego, czym kiedyś urzekł ją Artur. I los w końcu splecionymi ścieżkami połączył nas wszystkich: spotkaliśmy się przypadkiem ja, Marta i nasz syn Krzyś. Nie dało się nie dostrzec podobieństwa Długo się przyglądałem tej scenie, nie potrafiłem jednak wydusić z siebie słowa.
Dopiero trzy dni później odważyłem się zapukać do drzwi Marty. Drżącym głosem zapytałem:
Czy mogłabyś mi wybaczyć?
Odpowiedziała cicho:
Już dawno temu, Arturze
Moje dorosłe sumienie dało wtedy o sobie znać po raz pierwszy spojrzałem naprawdę na własnego syna. Tak zaczęła się nasza wspólna historia, którą jeszcze wciąż uczymy się pisać.






