Jak teściowa „porwała” mi syna: Odkąd się ożenił, nie odwiedza już rodziców, wszystkie święta i weekendy spędza u żony i jej mamy, ciągle służy im pomocą, a nas odsuwa na dalszy plan – przez to w naszej rodzinie wybuchł poważny konflikt

twojacena.pl 1 dzień temu

Jak teściowa zabrała nam syna dziwny sen.

Zdarzyło się to w Krakowie, choć wydaje mi się, iż miasto wyłaniało się z mgły i zamiast Wawelu był wielki, kolorowy zegar, który wybijał godziny w zupełnie obcych językach. Nasz syn, Michał Kowalczyk, poślubił Iwonę, dziewczynę o oczach jak małe, polne stawy, z których co chwilę wypływały myśli zupełnie nieprzystające do rzeczywistości.

Od ślubu minęły dwa lata czas płynął jak Wisła, raz szybciej, raz wolniej. Mieszkanie dla Michała kupiliśmy za nasze ciężko uzbierane złotówki, gdy tylko rozpoczął studia na UJ. Przez to wszystko Michał zawsze był blisko, przyjeżdżał na rosół w niedzielę. Potem zamieszkał sam, bo jego blok był trzy przystanki tramwajem od biura.

Nigdy nie czułam do Iwony niechęci raczej narastało we mnie wrażenie, iż jest jakąś nierealną postacią z dziecięcych baśni, co zamiast zupa gotuje herbatę z wiatru, a kłótnie zamienia w bajkę o zgubionych skarpetkach. Michał był przy niej jak opiekun duszka. Raz wydawała się trzynastoletnią dziewczynką z kluczami od domu, raz kobietą, która zapomina jak rozmawiać z dorosłymi.

Poznałam jej matkę, Lidię Nowak, na ślubnej kolacji w lokalu pod Sukiennicami. Były dwie panny młode mojej synowej i jej własna matka. Lidia rówieśniczka, choć nosiła się jak osoba wyfrunięta przez okno prosto w dzieciństwo. Miała już za sobą sześć rozwodów, ale mówiła z takim entuzjazmem o swoim życiu, jakby co noc wędrowała po rynku z balonem w ręku. Słów nam brakowało, tematów na rozmowę jeszcze bardziej.

Wszystko zaczęło się rozmydlać jeszcze przed ślubem. Iwona ciągle wołała Michała do swojej mamy: cieknący kran, popsute gniazdko, poluzowana szafka, kocia sierść na kanapie. Nie raz przymykałam powieki, myśląc: w końcu dom bez mężczyzny, to i pomoc czasem się przyda. Z czasem jednak poczułam, jak z mieszkania Lidii wysysane są kolejne dni i święta.

Zorientowałam się, iż każda Wielkanoc, każdy Dzień Matki przemienia się we mgłę pod Warszawą, gdzie Lidia gubi szczoteczkę do zębów i dzwoni po Michała, bo pralka przestała śpiewać. A nasz stół był coraz pustszy tylko ja, mój tata i jeszcze starsza babcia Bronisława.

Próbowałam nie panikować, choć serce drżało za każdym razem, gdy syn, poproszony o pomoc, wracał z nową historią o niedziałającym piecu lub czajniku u teściowej. Gdy zamówiłam nową lodówkę i poprosiłam Michała, żeby pomógł wnosić, na początku obiecał, jednak potem zadzwonił: Nie dam rady, mamo, muszę jechać z Iwoną do jej mamy, bo u niej wylała pralka. Te słowa dźwięczały, jakby rozlana woda płynęła po moich planach.

Gdy mój mąż, Andrzej, obdzwonił Michała licząc na ratunek, słyszał w tle jak Iwona podszeptuje: Może twoi rodzice powinni zamówić ekipę? Michał przyszedł w końcu, ale rzucał spojrzeniami jakby miał w oczach burzę.

Tato, nie mogłeś wezwać fachowca? Przez to wszystko wrócę tam dopiero, jak się ściemni!

Pękłam. Dlaczego teściowa nie zadzwoni po mechanika od pralek? Może mieszka już na tyle daleko od naszego świata, iż i fachowcy nie dojeżdżają? A Michał tłumaczył: Trzeba jej pomóc, bo teraz w Polsce wszędzie oszukują, każą płacić, a potem psują jeszcze bardziej!

Andrzej nie wytrzymał i spojrzał mu prosto w oczy: Może i Lidia nie zna się na pralkach, ale owce prowadzi lepiej niż góralski baca! Bo jedna owca idzie za nią, gdziekolwiek tej się spodoba. A Michał wtedy zgniótł kurtkę, wstał i wyszedł. I ja wtedy nie powiedziałam już ani słowa, bo wiedziałam, iż Andrzej przesadził, ale trochę miał racji. Bo nasz syn dla nowych krewnych jest jak złota rączka, hydraulik, elektryk, chłopiec na posyłki. A dla nas jest coraz bardziej jak sen, którego za dnia odzyskać się nie da.

Od tej awantury Michał z ojcem nie rozmawiają. Minęły dwa tygodnie. Każdy siedzi w swoim kącie jeden w kuchni, drugi po tamtej stronie telefonu. Ja czuję się zepchnięta pod podłogę, wciśnięta między kubki po herbacie a jeszcze ciepły chleb. Może Andrzej miał rację, ale mógł to ubrać w inne słowa. Nie zamierzam stracić syna z powodu takich bzdur.

Mąż milczy, Michał też nie dzwoni. I tylko Lidia, ze swoimi rozlazłymi dniami, wygląda z okna, przyzywa niebo, w którym jak sądzę już naprawiają kolejną pralkę.

Idź do oryginalnego materiału