Jej z tej roboty tylko nogami do przodu

newsempire24.com 2 dni temu

Do gabinetu weszłam ostatnia. Nie dlatego, iż nie słyszałam wezwania — słyszałam doskonale. Po prostu w lustrze w korytarzu zobaczyłam plamę od kawy na kołnierzyku i przez dobrą minutę próbowałam ją zetrzeć wilgotną chusteczką. Plama została, a ja i tak poszłam. Niech widzą, iż przyszłam jak zawsze — w białej bluzce i z nieśmiertelną teczką, w której noszę rozliczenia od czasów Gierka.

W gabinecie siedziało ich troje: dyrektorka Nowacka, kierownik działu kadr i dziewczyna. Dziewczyna miała trampki za kostkę i patrzyła w okno tak, jakby za szybą działo się coś ważniejszego od jej własnego zatrudnienia.

— Pani Krystyno, to jest Dominika — powiedziała Nowacka głosem, którym mówi się do osób po osiemdziesiątce, choćby jeżeli mają siedemdziesiąt dwa lata i lepszą pamięć do cyfr niż połowa księgowości. — Nasza nowa praktykantka. Proszę ją wdrożyć we wszystkie procesy.

Wszystkie procesy. Pięćdziesiąt jeden lat rachunkowości w Łódzkich Zakładach Dziewiarskich „Finezja”. Pięćdziesiąt jeden sezonów sprawozdań, audytów, bilansów rocznych i kontroli skarbowych. System księgowy znam od strony maszyny do pisania, przez pierwsze komputery z kartami perforowanymi, aż po dzisiejsze ERP — i teraz ja, która pamiętam jeszcze zapach kalki technicznej, mam nauczyć dziecko, które nie odróżnia kosztu od przychodu.

— Rozumiem — powiedziałam, bo czegóż innego można się spodziewać.

Dominika odwróciła głowę od okna i uśmiechnęła się. Nie był to zły uśmiech. Był niepewny, taki, jaki miewają ludzie, którzy naprawdę nie wiedzą, gdzie trafili.

— Dzień dobry — pisnęła.

— Dzień dobry — odpowiedziałam i wyszłam pierwsza.

Na korytarzu czuć było tym charakterystycznym zapachem przędzy i smaru do maszyn, który pamiętam jeszcze z czasów, gdy hala produkcyjna pracowała na trzy zmiany, a z komina fabrycznego dymiło od rana do nocy. Teraz z dawnej potęgi została jedna nitka produkcyjna i dział księgowości, który i tak mógłby spokojnie pomieścić się w dwóch pokojach. Ale trzymają nas w czterech — niby na wszelki wypadek.

Biurko Dominiki ustawili dokładnie naprzeciwko mojego.

Stało na nim puste biurko — zero długopisów, zero notatek. Tylko monitor, klawiatura i kubek z logo jakiegoś festiwalu filmowego. Mój kubek stoi tu od dziewięciu lat: biały, z odpryśniętym uchem i napisem „Najlepsza Księgowa”. Prezent od działu kadr na dwudziestopięciolecie pracy. Prawie ćwierć wieku temu.

— Proszę pani — zaczęła Dominika w południe, kiedy sprawdzałam właśnie trzeci kwartał rozliczeń VAT — a jak się liczy narzut, kiedy cena netto jest podana w euro?

Podniosłam wzrok znad wydruku.

— A po co ci narzut w euro? Rozliczasz się w złotówkach, faktury masz w złotówkach.

— No tak, ale to jest towar importowany i na fakturze od dostawcy jest kwota w euro…

— To bierzesz kurs NBP z dnia poprzedzającego i przeliczasz. Tabela kursowa wisi na stronie.

Zrobiła minę, jakbym kazała jej rozwiązać równanie różniczkowe. Podeszłam do jej biurka. Na monitorze — otwartych piętnaście zakładek, w tym Instagram i jakieś wróżby online. Kalendarz w telefonie ustawiony na tiktokowe przypomnienia. Obok klawiatury — pusta saszetka po kociej karmie. Nakarmiła bezdomnego kota przed pracą i zapomniała wyrzucić śmieć.

— Zamknij to — wskazałam na zakładki. — I otwórz Excela. Pokażę ci formułę przeliczeniową.

Przez następne trzy godziny próbowałam jej wytłumaczyć podstawy. Nie znała różnicy między metodą memoriałową a kasową. Nie wiedziała, iż przychód ze sprzedaży ewidencjonuje się na koncie 4, a nie tam, gdzie jej się wydaje. Po dwóch godzinach zapytała, czy może wyjść wcześniej, bo autobus do Zgierza odjeżdża za piętnaście minut.

Puściłam ją. Sama zostałam do siódmej.

Tego wieczoru wracałam tramwajem numer 8 przez całą Piotrkowską i patrzyłam na odbicie starszej kobiety w szybie. Biała bluzka, szary płaszcz, teczka na kolanach. Kiedyś w tym odbiciu widziałam energiczną trzydziestolatkę z perfumami „Być może”. Teraz widzę panią, która pachnie papierem i atramentem do pieczątek. Z tyłu głowy odezwał się głos mojej córki z ostatniej niedzieli: „Mamo, w twoim wieku ludzie jeżdżą na działkę, a nie do biura. Odpocznij wreszcie. Zajmij się wnukami”.

Wnuki. Bartek ma własne mieszkanie i kota, którego nie umie nazwać. Zosia właśnie zdała maturę i wyjeżdża do Gdańska na studia. Ile razy w tygodniu mam im gotować obiady? Raz? Dwa? A co będę robić przez resztę czasu? Dziergać swetry i słuchać Jedynki?

Tramwaj szarpnął na skrzyżowaniu i teczka zsunęła mi się z kolan. Przytrzymałam ją odruchowo. W środku — bilans za lipiec, niesprawdzony jeszcze. Nikt oprócz mnie nie potrafi go porządnie przeanalizować. Nikt.

Następnego ranka Dominika przyszła z kubkiem kawy. Kawy, nie herbaty. I postawiła go przy moim monitorze.

— To dla pani. Z mlekiem i cukrem? Nie wiem, jak pani pije.

— Bez cukru. Ale dziękuję.

Kawa była za słaba i za chłodna, ale wypiłam. Może z wdzięczności, a może dlatego, iż to pierwszy raz od dawna ktoś tu zrobił coś bezinteresownie.

Godzinę później z hali produkcyjnej zadzwonił brygadzista. Awaria starej zgrzeblarki. Trzeba pilnie zamówić części u dostawcy z Turcji, bo polski serwis nie ma ich na stanie. Faktura pro forma przyszła mailem — w lirach tureckich. Kwota: równowartość dwunastu tysięcy złotych.

— Pani Krystyno — Nowacka stanęła w drzwiach — załatwi to pani w trybie natychmiastowym? Produkcja stoi.

Kiwnęłam głową i otworzyłam system bankowy. Waluty egzotyczne wymagają potwierdzenia dwoma podpisami elektronicznymi. Mój podpis — i podpis zatwierdzającego. Nowacka ma dostęp, ale nigdy tego nie robiła. Zawsze ja to za nią klikałam.

Tym razem powiedziała: — Niech Dominika spróbuje. Pani jej pokaże, a ja podpiszę.

Dominika przysunęła krzesło do mojego biurka. Pachniała jakimś cukierkowym żelem pod prysznic i głośno oddychała przez usta. Prowadziłam jej dłoń przez kolejne okna systemu.

— Tu wybierasz rodzaj przelewu. Zagraniczny. Waluta: TRY. Kod SWIFT banku pośredniczącego. Numer rachunku z tej faktury, widzisz? I dopiero teraz kwota.

— Czemu tu jest przecinek zamiast kropki? — zapytała, wskazując na sumę.

— Bo Turcy używają przecinka jako separatora dziesiętnego, a u nas kropka. System się sam przekonwertuje, ale musisz sprawdzić, czy dobrze.

— To po co w ogóle manualnie to robić? Komputer nie może?

— Może. Ale jak komputer się pomyli, to odpowiedzialność ponosisz ty, nie on.

Wypełniła. Podała mi kartę z podpisem elektronicznym. Sprawdziłam każdą cyfrę dwa razy. Zatwierdziłam. Nowacka podpisała bez patrzenia i poszła do siebie.

Dominika została przy moim biurku.

— Pani Krystyno — powiedziała nagle — pani się nie boi, iż ja panią zastąpię?

Pytanie padło tak bezpośrednio, iż przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Za oknem tramwaj numer 8 wezwał zwrotnicy, a w kaloryferze zagulgotała woda. Mój ulubiony dźwięk. Fabryka oddycha.

— Boję się — powiedziałam w końcu. — Ale nie ciebie. Boję się, iż bez tej pracy przestanę być sobą.

Nie odpowiedziała. Podniosła tylko saszetkę po karmie i wyrzuciła do kosza.

Koniec miesiąca. Czas na zamknięcie bilansu miesięcznego. Zawsze robiłam to sama, od pół wieku. Tym razem też usiadłam po godzinach. Ale o siódmej wieczorem do pokoju weszła Dominika. Bez trampek — w butach na płaskim obcasie, jak do biura.

— Mogę zostać? — zapytała.

— Po co?

— Żeby się nauczyć. Naprawdę się nauczyć, a nie tylko patrzeć, jak pani klika.

Pracowałyśmy do wpół do dziesiątej. Nauczyłam ją, jak uzgadniać obroty z wyciągami bankowymi. Jak weryfikować salda magazynowe z raportami z produkcji. Jak rozpoznawać błędy księgowe nie po systemie, tylko po zapachu — bo uwierzcie mi, pomyłka pachnie inaczej niż prawidłowy zapis.

Wyszłyśmy razem. Na przystanku spytała, czy może kiedyś przyniesie ciasto. Powiedziałam, iż wolę suchą wędlinę.

Gdzieś w okolicach sierpnia dotarło do mnie, iż dziewczyna nie jest zielona — ona jest po prostu niewyszkolona. Zielona była trzydzieści lat temu ja, kiedy pierwszy raz zobaczyłam faks. Ale miałam wtedy obok starszą panią Janinę, która nie machnęła na mnie ręką, tylko siadała godzinami i tłumaczyła, dlaczego podatek dochodowy to nie jest czarna magia.

Może dlatego teraz ja zostałam po godzinach z Dominiką.

We wrześniu przyszły wyniki kontroli skarbowej. Wykryto błąd za maj — dwukrotnie zaksięgowano tę samą fakturę. Kwota nieduża, ale procedura wymaga wyjaśnienia. Nowacka wezwała mnie i Dominikę do gabinetu.

— Pani Krystyno, to pani podpis widnieje na obu zapisach.

Wzięłam dokument do ręki. Faktycznie, mój podpis. Ale data księgowania — sobota. W maju. W soboty nigdy nie pracuję. Sobota to mój dzień na targ przy Gdańskiej i obiad u córki.

— To nie jest mój zapis — powiedziałam.

— Ale podpis pani.

Dominika wstała. Pierwszy raz zobaczyłam ją bladą.

— To ja — powiedziała. — Zaksięgowałam drugi raz, żeby zbilansować konto. Myślałam, iż tak trzeba. A potem podpisałam za panią.

— Podrobiłaś podpis? — Nowacka prawie krzyknęła.

— Nie chciałam, żeby pani miała niezbilansowane. To był piątek, pani już wyszła, a ja zostałam i szukałam błędu. I zamiast anulować, zaksięgowałam ponownie. Głupia jestem.

Zapadła cisza, w której słychać było tylko tykanie kolejowego zegara na ścianie. Ten zegar wisi tu od czterdziestu lat. Nowacka patrzyła na Dominikę, potem na mnie. Ja patrzyłam na dziewczynę, która stała z opuszczonymi ramionami i wyglądała jak mały wróbel na mrozie.

— Ja ją tego nie nauczyłam — odezwałam się. — To mój nadzór. Moja odpowiedzialność.

Nowacka otworzyła usta, ale ja mówiłam dalej:

— Błąd jest do skorygowania. Korekta deklaracji, pismo do urzędu, odsetki od zaległości — policzę dziś do wieczora. A Dominika od jutra nie dotyka klawiatury bez mojego nadzoru. Koniec z samodzielną pracą.

Nowacka milczała chwilę. Potem zamknęła teczkę z protokołem.

— Korektę na moim biurku do jutra do dziewiątej.

Wróciłyśmy do naszego pokoju. Dominika usiadła przy biurku i rozryczała się na całego. Nie podeszłam do niej od razu. Zaparzyłam herbatę w swoim kubku z odbitym uchem i postawiłam przed nią.

— Nie płacz. W księgowości płacz psuje atrament.

Zaśmiała się przez łzy. Saszetka po karmie wylądowała w koszu.

Pracowałyśmy nad korektą do ósmej wieczorem. Potem poszłam na przystanek. Dominika też. Tramwaj numer 8 przyjechał punktualnie. Siadłyśmy obok siebie. Za oknem Łódź przypominała stare kino — pomarańczowe latarnie, puste witryny, gołębie na dachu kamienicy przy Piotrkowskiej.

— Pani Krystyno — powiedziała Dominika, kiedy tramwaj skręcał w aleję Kościuszki — ja pani nie zastąpię. Nigdy. Bo pani to nie jest stanowisko. Pani to jest pamięć tego miejsca.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na nasze odbicie w szybie: stara księgowa i młoda praktykantka, obie z tym samym nachyleniem ramion w stronę biurka, które gdzieś tam na nas czeka.

Na następny dzień przyszłam do biura pierwsza. Na moim biurku leżała koperta. W środku — oficjalne pismo z kadr: przedłużenie umowy na kolejny rok, ze specjalną adnotacją „stanowisko głównego specjalisty ds. księgowości i mentorstwa”. Obok koperty stał mój kubek, ale z nowym uchem. Doklejonym krzywo, na klej na gorąco.

Wzięłam go do ręki. Napis „Najlepsza Księgowa” był lekko zamazany od pary.

Za oknem fabryczny komin „Finezji” wypuścił pierwszą dzisiaj smugę dymu. I pomyślałam, iż czasem drugie ucho przykleja się dokładnie wtedy, kiedy człowiek przestaje bać się, iż stłucze wszystko do końca.

Idź do oryginalnego materiału