Kolacja, która doprowadziła do rozwodu

polregion.pl 3 godzin temu

Kolację rozbiło rozwodem
– Oszalałeś kompletnie? – Martyna cisnęła serwetą, aż kieliszek zachwiał się niebezpiecznie. – Wpuścić ją tu, do naszego domu!

– Martu, uspokój się – Krzysztof nerwowo poprawił krawat. – Nic się nie stało. Zwykłe zebranie służbowe.

– Zebranie służbowe? – Głos Martyny sięgnął nieznanych rejestrów. – O dziesiątej wieczorem? Z szampanem i świecami?

– Omawialiśmy nowy projekt…
– Jaki projekt, Krzyś? Jaki projekt z tą… z tą Kingą?
Krzysztof spuścił wzrok. Na stole wapiały jeszcze talerze – tak starannie przyrządzał pierogi z mięsem, chciał żonie sprawić przyjemność. A teraz wszystko wzięło w łeb przez jeden nierozważny telefon.

Martyna wstała i zaczęła miotać się po kuchni. Czterdzieści cztery lata, a wyglądała młodziej. Smukła, zadbana, zawsze o siebie dbała. Krzysztof mawiał kumplom, iż z żoną mu się poszczęściło.

– Słuchaj mnie dobrze – stanęła naprzeciw męża, ręce wpierając w biodra. – Choć mnie za taką masz, nie jestem idiotką. Ta dziewczyna dzwoni codziennie, spóźniasz się z roboty, wracasz przesiąknięty jej perfumami.
– Mar, przesadzasz…
– Przesadzam? – sięgnęła po komórkę. – A to co? Piętnaście jej spalonego dziś!

Krzysztof zbladł. Zapomniał, iż Martyna widzi wszystko przez wspólne konto w PZU Mobile.
– Dzwoniła w sprawie pracy…
– Pracy! – Gorzki śmiech Martyny zadrżał w powietrzu. – W sobotę, w niedzielę, o północy! Co za nagląca robota?
Krzysztof milczał, przekręcając w dłoni widelec. Dwadzieścia trzy lata małżeństwa, a nigdy żony w takim stanie nie widział. choćby gdy brakowało grosza, gdy chorowała jej matka, Martyna trzymała się z godnością. Teraz wisiała na włosku.

– Krzyś – jej głos stał się cichszy, ale przepojony bólem – widzę przecież. Zakochałeś się.
– Nie – zaprzeczył, ale choćby dla siebie brzmiało to krucho.
– Nie łżyj! Tobie nie łżyj! Znam cię dwadzieścia trzy lata, myślisz, iż nie widzę? Świecisz się gdy dzwoni. Gdy wybierasz się do biura oczy ci płoną. A gdy wracasz…

Martyna nie dokończyła, ale Krzysztof pojął. W domu stawał się ponury, markotny. Mieszkanie wydawało mu się nudnym lamusem przy biurze, gdzie pracowała Kinga.
– Martu, pogadajmy spokojnie – poprosił.
– O czym? – osunęła się na krzeszło naprzeciw. – O twojej przemianie? O tym, iż przestałeś mnie widzieć? O tym, iż od miesiąca wcale nie rozmawiamy?
Krzysztof spojrzał uważniej. Rzeczywiście, kiedy pytał o jej dzień? Wszystkie myśli zajmowała Kinga.
– Młoda? – cicho spytała Martyna.
– Co to zmienia?
– Ile ma lat, Krzyś?
– Dwadzieścia dziewięć.
Martyna skinęła, jakby potwierdziły się najgorsze przeczucia.
– Rozumiem. A ja mam czterdzieści cztery. Stara się dla ciebie zrobiłam.
– Mówisz głupoty.
– Głupoty? – podeszła do lustra w przedpokoju. – Spójrz na mnie, Krzyś. Te zmarszczki w kącikach, ta siwizna, co miesiąc ją tuszuję. A ona młoda, urodziwa, bez dzieci, bez kłopotów.
– My dzieci nie mamy – przypomniał Krzysztof.
– Nie – przyznała Martyna. – I to moja wina. Nie mogłam ci ich dać.
– Mar, nie rób tego…
– Muszę! Muszę wreszcie powiedzieć! Już piętnaście lat czuję się winna. Gdy widzę dzieci, myślę: może Krzyś mnie za to wini? Może chce odejść do kobiety, co mu urodzi?
Krzysztof chciał objąć żonę, ale ta się cofnęła.
– Nie dotykaj. Mów prawdę: kochasz ją?
Zapanowała cisza. Krzysztof wpatrywał się w podłogę, Martyna czekała. Na kuchennej ścianie tykał stary zegar, kupiony w trzecim roku wspólnego życia.
– Nie wiem – wyznał w końcu.
– Nie wiesz, czy boisz się przyznać?
– Mar, to skomplikowane…
– Dla mnie nie – złożyła ręce na stole. – Albo mnie kochasz, albo ją. Po środku drogi nie ma.
Krzysztof osunął się na krzesło obok. W głowie miał zamęt. Z jednej strony żona, z którą przeżył najlepsze lata. Która wspierała go zawsze, wierzyła, gdy zakładał firmę. Z drugiej Kinga, która pół roku temu wdarła się w jego życie i poprzewracała wszystko do góry nogami.
– Co cz
Kolacja miała skończyć się rozwodem.
„Ty oszalałeś?” – Zofia cisnęła serwetą o stół, aż kieliszek z winem zachwiał się niebezpiecznie. – „Zaprosić ją tutaj, do naszego domu!”

„Zosia, uspokój się” – Jan poprawił nerwowo krawat. – „Nic się nie stało. Zwykłe spotkanie służbowe.”

„Służbowe?” – głos Zofii się załamał. – „O dziesiątej wieczór? Z butelką szampana i świecami?”

„Omawialiśmy nowy projekt…”

„Jaki projekt, Janku? Jaki projekt z tą… z tą Katarzyną?”

Jan spuścił wzrok. Na stole wciąż stały talerze – tak starannie przyrządził bigos, chciał jej sprawić przyjemność. A teraz wszystko legło w gruzach przez jeden nierozważny telefon.

Zofia wstała i zaczęła nerwowo krążyć po kuchni. Czterdzieści trzy lata, ale wyglądała młodziej. Zadbanej, zawsze o siebie dbającej. Jan mawiał znajomym, iż z żoną mu się poszczęściło.

„Słuchaj uważnie” – stanęła przed nim, ręce wsparte na biodrach. – „Nie jestem idiotką, choć mnie tak traktujesz. Ta dziewczyna dzwoni codziennie, spóźniasz się w pracy, wracasz pachnąc jej perfumami.”

„Zosiu, przesadzasz…”

„Przesadzam?” – wyciągnęła telefon. – „A to co? Piętnaście nieodebranych połączeń od niej tylko dziś!”

Jan zbladł. Zapomniał, iż Zofia widzi powiadomienia przez rodzinne konto.

„Dzwoniła w sprawie pracy…”

„Pracy!” – zaśmiała się gorzko. – „W sobotę? W niedzielę? O północy? Co za pilna robota?”

Jan milczał, kręcąc w palcach widelec. Dwadzieścia dwa lata małżeństwa i nigdy nie widział jej w takim stanie. choćby gdy brakowało pieniędzy, gdy chorowała jej matka, Zofia trzymała się z godnością. Teraz była na krawędzi.

„Janku” – jej głos zcichł, ale czuć w nim było ból – „wiem, co się dzieje. Zakochałeś się.”

w niej.»

„Nie” – zaprzeczył, ale brzmiało to nieprzekonująco choćby dla niego.

„Nie kłam! Nie okłamuj siebie! Znam cię dwadzieścia lat, myślisz, nie widzę? Promieniejesz, gdy dzwoni. Oczy ci płoną, gdy wychodzisz do pracy. A gdy wracasz do domu…”

Nie dokończyła, ale Jan wiedział. W domu stawał się ponury, rozdrażniony. Dom wydawał mu się nudny w porównaniu z biurem, gdzie pracowała Katarzyna.

„Zosiu, porozmawiajmy spokojnie” – poprosił.

„O czym? Jak się zmieniłeś? Jak przestałeś mnie widzieć? Że od miesiąca w ogóle nie rozmawiamy?”

Jan spojrzał na żonę uważnie. Kiedy ostatnio pytał o jej dzień? Myśli zajmowała mu Katarzyna.

„Jest młoda?” – cicho zapytała Zofia.

„Co to ma…”

„Ile ma lat?”

„Dwadzieścia osiem.”

Zofia skinęła głową, jakby potwierdziły się jej najgorsze obawy.

„Rozumiem. A ja mam czterdzieści trzy. Stałam się dla ciebie stara.”

„Mówisz głupstwa.”

„Głupstwa?” – podeszła do lustra w przedpokoju. – „Spójrz na mnie, Janku. Te zmarszczki koło oczu, te siwe włosy, które miesiąc w miesiąc farbuję. A ona młoda, ładna, bez dzieci, bez kłopotów.”

„My też nie mamy dzieci” – przypomniał.

„Nie” – zgodziła się. – „I to moja wina. Nie dałam ci potomstwa.”

„Zosiu, przestań…”

„Muszę! Muszę to wreszcie powiedzieć! Czuję się winna od piętnastu lat. Gdy widzę dzieci, myślę: może Jan mnie za to obwinia? Może chce odejść do kobiety, która mu urodzi?”

Jan chciał ją objąć, ale odsunęła się.

„Nie dotykaj mnie. Mów prawdę: kochasz ją?”

Zapadła cisza. Jan patrzył w podłogę. Na kuchennej ścianie tykały stare zegary, kupione w trzecim roku małżeństwa.

„Nie wiem” – wyznał w końcu.

„Nie wiesz, czy boisz się przyznać?”

„Zosiu, to skomplikowane…”

„Dla mnie nie” – usiadła, składając ręce. – „Albo kochasz mnie, albo ją. Nie ma trzeciej drogi.”

Jan opadł na krzesło. W głowie miał zamęt. Z jednej strony żona, z którą przeżył najlepsze lata. Wspierała go, wierzyła, gdy zakładał firmę. Z drugiej – Katarzyna, która pół roku temu wkroczyła w jego życie i wywróciła wszystko do góry nogami.

„A co czujesz, gdy jest przy tobie?” – ciągnęła Zofia. – „Co się z tobą dzieje?”

„Czuję się… młody” – przyznał. – „Jakbym znów miał dwadzieścia pięć.”

„A ze mną?”

„Z tobą czuję się mężem.”

„I to niedobrze?”

„Nie, ale… nudno.”

Zofia skinęła, jakby uzyskała odpowiedź na najważniejsze pytanie.

„Więc stałam się ciężarem.”

„Nie ciężarem. Jesteś dobrą żoną, Zosiu. Najlepszą.”

„Ale nie ukochaną.”

Jan milczał. Co mógł powiedzieć? Że kocha żonę, ale inaczej? Że ją szanuje, ceni, ale serce bije mocniej, gdy dzwoni Katarzyna
Kiedy Halina po raz ostatni zamknęła drzwi ich warszawskiego mieszkania, w pustej kuchni przejęzyczała się mysz, szukając okruchów niedojedzonego placka po zbigniewie.

Idź do oryginalnego materiału