Króweczka

newskey24.com 3 dni temu

Maleńka

Już przy pierwszym spotkaniu nazwał ją Maleńką, kiedy niemal wpadł obok na czerwony, aksamitny, przetarty fotel, identyczny jak ten, na którym siedziała Iwona.

Przez minutę rozglądał się po sali, po czym spojrzał na swoją sąsiadkę.

Co jest, maleńka, nudzisz się? westchnął, próbując założyć nogę na nogę, ale wąskie przejście między rzędami w auli nie pozwoliło mu na to; jego półbut z wąskim noskiem zatrzymał się na oparciu przedniego krzesła, stopa wygięła się niewygodnie w kostce i Michał skrzywił się lekko.

Iwona udawała, iż go nie zauważa, wpatrzona uporczywie w scenę, choć tam nie działo się nic ciekawego. Złączone w jedną linię stoły, mównica, ludzie biegający z kablami i mikrofonami, przygotowujący sprzęt wszystko jak zwykle na konferencjach. Do tego zaduch.

Zawsze źle się czuła w takich zatłoczonych miejscach, gdy trzeba siedzieć łokieć w łokieć i nie ma dokąd wyjść.

No tak… przeciągnął Michał, drapiąc się po brodzie. Szkoda czasu! Przecież, maleńka, niczego nowego się tu nie dowiemy. Naprawdę! Przeczytałem już wszystkie referaty, taka robota. Nic konkretnego tam nie ma, uwierz mi.

Iwona odwróciła się i spojrzała na siedzącego obok mężczyznę z nutą chłodu.

Był ubrany schludnie, w garnitur, z krawatem, wypastowane buty. Ale przez cały czas jakiś nie swój, jakby włożyli do niego nie tę duszę albo przykleili mu twarz pożyczoną z filmu o łobuzach; zawadiaka, gaduła i żartowniś taki właśnie był. Jego włosy sterczały wszędzie, miał dwa wiry na głowie, gdzie loki zwijały się miękkimi sprężynkami.

Michał zanim Iwona zdążyła się odezwać, wyciągnął do niej wielką dłoń. A co, pójdziesz ze mną na obiad? Taka maleńka, szczupła jesteś, muszę cię nakarmić. Tak, właśnie tak zrobimy. No, chodźmy stąd!

W tej samej chwili przygasły światła, na scenę weszli kierownicy, zastępcy, nagrodzeni, wszyscy zaczęli klaskać, a Michał ciągnął swoją Maleńką przez rząd krzeseł, co chwilę deptając komuś po stopach, przepraszając i wsuwając niesforny krawat z powrotem pod marynarkę. Krawat nie chciał się schować, jakby pokazywał język wszystkim tym poważnym panom i paniom.

Co pan robi?! Puść mnie natychmiast! wyrywała się Iwona, ale nie potrafiła się wyswobodzić, truchtając za Michałem w stronę wyjścia.

Wypadli do foyer, gdy na sali akurat rozległy się brawa i ktoś walił mikrofonem prosząc o ciszę.

Puść mnie! Muszę wrócić, robić notatki, mam zadanie! rzuciła urażona Iwona, przyciskając do piersi notes, zgubiła długopis, po który się schyliła, ale Michał był szybszy.

Olej tę robotę, Maleńka! Prześlę ci wszystkie prezentacje, przeczytasz jak będziesz miała czas. Teraz musisz coś zjeść. Ale najpierw woda. Zbladłaś. Puls przyspieszony. No już! przykładał jej palce do nadgarstka, cmokał z niezadowoleniem. Powietrze, jedzenie, żadnych konferencji!

Rzeczywiście czuła się nie najlepiej, serce biło jak oszalałe, aż czuła pulsowanie w skroniach.

Nigdy wcześniej nikt tak się o nią nie troszczył. To ona zawsze dbała o wszystkich o matkę, męża, córkę. I wydawało się to oczywiste. Było ciężko, czasem chciała się przytulić na kolanka, być lekkoduchem, popijać wino i śmiać się jak aktorki w polskich komediach romantycznych, ale okazji nie było.

A Michał dał jej taką możliwość.

Nie wiedziała nawet, jak znalazła się przy stoliku w przytulnej restauracji naprzeciwko, a kelner już stawiał przed nimi szklanki świeżego soku, żółtopomarańczowego, jasnego jakby wciśnięto w nie samo słońce, soczyste, polskie, jabłkowocytrynowe, pełne życia.

No. Pij. I wodę też. Tak… A co zjemy? zamruczał Michał.

Najwyraźniej bardzo mu się podobała. Iwonka była dość ładna szczupła, smukła sylwetka. Mogłaby się cieszyć popularnością wśród facetów, gdyby nie… ta wieczna maska zmęczenia na twarzy, zmęczenia i beznadziei. Druga połowa czterdziestki, rodzina, miłość wygasła, życie nuży z czego więc rozkwitać jak majowa róża?

A Michał lubił ją choćby taką zmęczoną życiem Maleńką.

Nic nie potrzebuję. Odpocznę moment i wrócę na salę. Już mi lepiej wymsknęło się cicho Iwonie.

Jasne! przytaknął Michał. Ale najpierw dorada z warzywami, sałatka i… Maleńka, co będziesz piła?

Oderwał wzrok od menu, taki czysty, świeży, nieco roztrzepany, pachniał papierosami i wodą kolońską, silny i muskularny, spojrzał w oczy Iwonie.

Zarumieniła się, zmarszczyła brwi.

Oszalała! Nieznajomy facet porwał ją do restauracji, karmi, nazywa Maleńką, właśnie poprawił niesforne pasmo włosów na jej czole bezczelny! A ona mięknie, rozpływa się cała…

Tam, gdzie Michał jej dotknął, zakwitła gorąca plama, po plecach przebiegły ciarki.

Pili białe wino, Michał opowiadał o tym, jak za młodu jeździł do pracy na budowie, kiedyś pojechał choćby na Pomorze, kilka lat tułał się po różnych inwestycjach… a potem…

A potem, Maleńka, razem z Igorkiem, moim kumplem, założyliśmy własną firmę. Nic wielkiego, stawialiśmy domki, ekipy ogarnęliśmy, i tak to ruszyło. Każdy chce żyć w cieple, wygodzie, nie biegać do wychodka na mrozie. Myśmy wiedzieli, jak to zrobić. Jedz! co chwilę kiwał w stronę jej talerza. Za ciebie, Maleńka! Jak cię zobaczyłem, od razu pomyślałem: Tę dziewczynkę trzeba nakarmić! Chcesz coś jeszcze?

Pokręciła głową. Dziewczynka odpłynęła od wina, dobrego jedzenia, od tego, iż pierwszy raz od lat, ba, pierwszy raz w ogóle, ktoś chciał ją nakarmić, bo jest dziewczynką, zmęczoną i chudą.

W domu tak nie było. Całe dzieciństwo Iwona spędziła z matką. Matka cały czas pracowała, rano jej nie było, Iwona sama jadła śniadanie, wieczorem mama wracała późno, Iwona czekała, podgrzewała jej kolację, zmywała, gdy matka brała prysznic, a potem razem zasypiały po północy.

Na Nowy Rok matka Mariola przychodziła do domu przed jedenastą. Pracowała w sklepie, ostatnie godziny przed północą dawały dobrą kasę.

Mariola Oskarowna jak ją nazywali wśród sąsiadów wracała zmęczona, blada. Iwona przygotowywała dla niej sukienkę, pomagała zebrać włosy w świąteczny kok, i razem wychodziły do gości.

Goście byli zawsze sąsiedzi, przyjaciółki, jacyś dalecy krewni, nagle pojawiający się, weseli i już trochę podchmieleni. Wszyscy siedzieli przy stole zastawionym daniami, śmiali się, rozmawiali, a Iwona pilnowała, by matka nie zasnęła po pierwszym kieliszku.

Mariola piła wyłącznie wódkę; szampana uważała za fanaberię, natomiast wódeczka, swoja, polska, kochana to co innego!

Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, iż organizm Marioli od razu się wyłączał po pierwszym kieliszku, zaczynała chrapać przy stole. Iwona szturchała ją łokciem, ta otwierała oczy, sekundę myślała, gdzie jest i co się dzieje, po czym domagała się kolejnego kieliszka, wznosiła toast, śmiała się, ale jakoś gorzko. Gdzie tu Iwonie być słabą dziewczynką? Nie było szans.

Iwona wyszła za mąż wcześnie. Andrzej był od niej starszy o prawie dziesięć lat, rozsądny, wykształcony, ale oschły, małomówny; włączył Iwonę w swój system jak pasujące kółko, dobrą gospodynię bez fajerwerków.

Ale Iwonie to chyba nie przeszkadzało. Romantyzm, namiętność, jakieś uniesienia to było na początku, bo ciało swoje wie, ale gwałtownie zgasło. Najważniejsze, iż miała rodzinę, swój dom, a nie wiecznie zmęczoną matkę i widok na śmietnik z okna. Teraz była własna raczej Andrzejowa kuchnia, przestronna łazienka, balkon, dwie sypialnie, duża biblioteka i mąż. I wszyscy jej zazdrościli! Mało kto tak dobrze wyszedł, do tego na swoim, daleko od teściowej raj!

Wszyscy, od dziecka aż do spotkania z Michałem, wołali na nią Iwona, czasem Iwonka, oficjalnie wręcz Iwona Wojciechowska.

Andrzej, matka, koleżanki wszędzie po imieniu.

A tu Maleńka. I wino, przekąski… Kogoś w ogóle obchodzi, o czym myśli Maleńka, czego chce?

Andrzeja to nigdy nie obchodziło. Oczywiście obowiązki domowe, zakupy, kwestie urlopu omawiał z żoną, ale zwykle po prostu oznajmiał decyzję, a jej sprzeciwy nikły w szumie wiecznie uchylonego okna. Andrzej kochał świeże powietrze, okien zamykać nie pozwalał, nieważne, czy komuś zimno, czy nie.

Za to Michał gdy tylko dotarli do restauracji natychmiast poprosił o miejsce bez przeciągu.

Opiekuńczy

O coś pytał, Iwona z zażenowaniem odpowiadała. Tak, ma męża. Tak, córkę też. Jak się nazywa? Tamara. Tamarka studiuje w Instytucie Języków Obcych, Iwona znalazła jej świetną korepetytorkę, teraz daughter wyjeżdża na praktyki za granicę.

Tamary nikt u nich nie planował, nie modlili się o nią, jak to się często mówi. Oni ją zrobili. Czas matka Andrzeja nalegała, by został ojcem. Iwona była młoda, miało się udać szybko. Ale się nie udawało. I pracowali nad ciążą.

W końcu wyszło Iwona była w ciąży. Andrzej przez całą ciążę trzymał się na dystans, nie dotykał brzucha jak w filmach, nie rozmawiał z dzieckiem w brzuchu. Uważał to za dziwaczne.

Jak urodzisz, to zacznę wychowywać ucinał. Powiedz tylko, kiedy masz lekarza, mogę cię podwieźć!

I podwoził, i odbierał ze szpitala, jak się należy, z balonami i słowami: Dzięki za córkę. Pilnował przybierania na wadze, ilości mleka, kupował dobrą żywność, wstawał w nocy do Tamarki, nosił do szczepień. Gdy pierwszy raz przyszła położna, sam sprawdzał, czy dobrze umyła ręce, krytycznie mierzył fartuch i ogrzewał stetoskop, żeby nie był zimny przy dotyku dziecka.

Zmęczona jesteś? pytała z troską koleżanka Grażynka. Wiesz, dziecko to nie kwiatek, to harówka! Andrzej pomaga?

I Iwona wzruszała ramionami. Chyba tak. Ale to zawsze mało…

Bycie taką ofiarą choćby było przyjemne. Zawsze zmęczona, zabiegana, Iwona wiedziała, iż inni ją żałują, męża czasem skrytykują, iż nie dba o swoją Iwonkę.

A Michał ją żałował, karmił przysmakami, a ona znowu się wstydziła.

No odpuść sobie, maleńka! marszczył brwi Michał. Jedz natychmiast! Nie wypuszczę cię głodnej!

Iwona przygryzała wargę, patrzyła na swojego wybawcę smutnym wzrokiem i jadła.

Odwiózł ją wtedy pod metro, dalej nie chciała towarzystwa, wymówiła się zadaniami.

Wieczorem przysłał na maila streszczenie wszystkich wystąpień.

Dla Maleńkiej od Michała! brzmiała adnotacja.

Iwona natychmiast zamknęła laptopa, ale Tamara chyba zdążyła przeczytać, parsknęła.

Głupie przezwiska wymyślają! Oficjalne dokumenty, a takie bzdury! oburzyła się Iwona.

Chyba Tamara już jej nie słyszała odwróciła się, włożyła słuchawki i puściła muzykę…

Iwonka, Tamara, jestem! Kolacja gotowa! dobiegło z przedpokoju.

Andrzej, zmęczony po dusznym metrze i zapchanym autobusie, zdejmował koszulę w biegu, został w spodniach, potem je też ściągnął i założył krótkie spodenki z zielonymi palmami, otworzył balkon, zaczerpnął powietrza.

Pachniało nim kwaśno, trochę potem, jeszcze wczorajszym.

Iwona, nie będę się codziennie kąpał! Daj spokój! Po tym twoim prysznicu wszystko mnie swędzi jakbym był chory. Jutro się umyję odganiał jej ciche prośby. Koniec! Jem, bo padam z głodu.

Jedli w milczeniu, każde o czymś innym myślało. Iwona o Michale, jego świeżości, czystości, szarmanckim zachowaniu…

Od razu następnego dnia zadzwonił do niej w pracy.

Cześć, Maleńka! Jak się masz? Tęskniłem. Jadłaś coś? usłyszała jego głos w telefonie i zmieszała się, rozejrzała, czy ktoś nie słyszy. Zdawało jej się, iż głośnik wrzeszczy na cały pokój.

Nie Jeszcze nie, mam dużo roboty wydukała. Maleńka. Ona jest Maleńką, słabą, delikatną Przeszły ją dreszcze.

Zostaw to, zejdź na dół. Jestem w waszej kawiarence, miejsce słabe, ale zjeść trzeba. No, czekam!

Bełkotała coś bez sensu, wymówiła się, weszła do windy, sekunda namysłu na który guzik nacisnąć. Policzki paliły ją strasznie. Pewnie wszyscy już wiedzą, iż Iwona Wojciechowska idzie na randkę z kochankiem.

Tak sama siebie tak nazwała: kochankiem. To było odważne i ekscytujące.

Tego dnia Michał miał na sobie tshirt i dżinsy, znów lekko potargany, świeży.

Pili kawę, Iwona opowiadała coś z dzieciństwa, Michał słuchał.

Maleńka, jesteś piękna, wiesz? nagle przerwał. Chodź, kupimy ci coś! Sukienkę. Tak, mam znajomych w tych butikach, dobiorą ci coś! Chcę zobaczyć cię w sukience.

I zobaczył. Nie od razu. Wieczorem, kiedy zabrał ją do Pasażu i usiadł na pufie, podczas gdy dziewczyny krzątały się wokół oszołomionej Maleńkiej.

Boże, jak on na nią patrzył! Pożądliwym, głodnym wzrokiem! Andrzej choćby nie umiałby.

Czegoś takiego nigdy nie widziałam! szeptała potem do ucha Grażynie, swojej najlepszej przyjaciółce. Tylko jak w filmie. Nie myślałam, iż na mnie można tak patrzeć. Poczułam się kobietą. To straszne, ale spodobało mi się.

A Andrzej? rzeczowo zapytała po chwili Grażyna.

Nic nie wie. I nie powinien się dowiedzieć. Sama nie wiem, co się dzieje! Nie wygadaj się, słyszysz? Sukienkę u siebie trzymaj, w tej torbie. Bo jak to wytłumaczę? Jest droga jak cholera! Co teraz?!..

Grażyna wzruszyła ramionami. Co ma być, to będzie.

Nie wiem, Iwonka Dziwnie postępujesz. Andrzej może prostak ale przypomnij sobie, jak w środku zimy jeździł po mleko do tego Babaryka, żeby ci dobre przywieźć. Pracuje, stara się. Inny by leżał z piwem na kanapie, twój to szanowany człowiek, wiedział, kiedy kupić auto, remont zrobić, na wakacje was zabiera co roku. Przejrzysty, zrozumiały. A Michał? Skąd kasa?

Nie wiem! I co za różnica? Grażyna, Andrzej to koszmar, nie wytrzymam z nim już długo, rozumiesz? Ty mi zazdrościsz!

Znów wzruszyła ramionami. Może Iwonie zazdrości. Ale raczej męża

Iwona zaczęła wracać później, gotowała coś na szybko, sama prawie nie jadła, siedziała zamyślona, dłubiąc w zimnej herbacie niewidzialny cukier.

Mamo, co z tobą? Piąty raz proszę o chleb! narzekała Tamara, wstawała i sama grzebała w chlebowniku. Skończył się! z irytacją stwierdzała.

Iwona kiwała głową, marszczyła brwi, szła do pokoju. Marzyć.

Andrzej i Tamara patrzyli na nią jak na zjawisko.

Marzyć mogła godzinami, czuła jak dłonie jej się pocą z emocji.

Michał był czuły, umiał się całować, śmiał się z nieporadności Iwony, troszczył się, karmił, dawał prezenty (które musiała przechowywać u Grażyny), czasem przelewał jej pieniądze na kartę, raz czy drugi przesadzał i słał w środku nocy wiadomości. Iwona wylatywała ze sypialni, zamykała się w łazience, czytała, kasowała, czekała, czytała znów. Potem wyłączyła telefon, umyła się chłodną wodą i poszła do łóżka.

Andrzej obracał się na drugi bok, obejmował ją ciężką ręką, czkał, coś mamrotał. Iwona tylko przytakiwała i leżała nieruchomo. Tak Szkoda, iż w jej życiu jest Andrzej Szkoda tych lat, kiedy nie wiedziała, jak to być Maleńką, śliczną, namiętną, szczęśliwą. Lata zmarnowane

Ale teraz był Michał, był Jej szczęściem.

Spotykali się u Michała duże, jasne mieszkanie, okna do podłogi, bez firanek, z widokiem na śródmieście Warszawy zalane światłami. Głowa kręciła się od szampana i perfum Michała. Pościel gładka, świeża, prawdziwy jedwab

Świat rozpadał się na iskry, szalał jak fajerwerki, rozpryskiwał się na tych prześcieradłach brylantami. Magicznie

W domu było coraz mniej przytulnie. Iwonie się wydawało, iż wszyscy wiedzą o niej i Michale, Tamara spogląda podejrzliwie, Andrzej surowo.

I kamerowała powody, by wrócić późno, by domownicy już spali. Wtedy można było długo siedzieć w kuchni, sączyć gorzką, rozpuszczalną kawę i marzyć…

Iwonka! Gdzie jesteś? Kupiłem kapustę, trzeba pokroić. Miałaś zrobić! usłyszała Iwona głos męża przez telefon, przestraszona spojrzała na Michała pływającego brzegiem basenu. Zimno ją przeszyło basen był odkryty, cud polskiej inżynierii.

Na Chomiczówce Iwona jeszcze nie pływała, a dziś Michał ją tam zabrał, kazał się przebrać, pływali obserwując parę unoszącą się nad wodą. Ludzi było mało, bajka. Z wieży można było zobaczyć światełka na pobliskim lodowisku, ale Iwona patrzyła tylko na swojego kawalera. W końcu znalazła miłość. Boże…

Kapusta? odbąknęła, owinęła się ręcznikiem. Zostaw. Dziś wrócę późno. My… z Grażynką na basen. Lekarka mówiła, iż na kręgosłup mi dobrze zrobi. Wzięłyśmy karnet. Kapustę jutro. Przepraszam, woła Grażyna. Pa!

Szybko rozłączyła się, przełknęła ślinę. Trzeba ostrzec Grażynę, bo może Andrzej do niej zadzwoni!

Poczekała aż koleżanka odbierze i zaczęła szeptać nerwowo o basenie, po czym zaniemówiła.

Iwonka, przyniosłam wam kminek. Robicie kapustę z kminkiem, prawda? Byłam na bazarku, kupiłam, wstąpiłam. Andrzej już wodę na herbatę stawia spokojnie odpowiedziała Grażyna. Przyniosłam wam kminek… powtórzyła jak do upośledzonych.

Iwona przygryzła wargę, odwróciła się, szukając wzrokiem Michała. A on, prężąc mięśnie, już stał na wieży i szykował się do skoku. Na dole piszczały i śmiały się jakieś młode dziewczyny.

No to, maleńkie! Raz, dwa, trzy! zabrzmiało nad wodą, Michał pięknie wskoczył, wypłynął, pomachał Iwonie. Iwona, chodź do nas! Wieczór się dopiero zaczyna!

Dziewczyny oglądały się za Iwką. I ona nagle znów poczuła się nieatrakcyjna, zwyczajna, z lekko wystającym brzuchem i wiotkimi udami. Pływała topornie, jak żaba. Na twarzy pojawił się wyraz cierpienia.

Nowe maleńkie Michała już zaczęły grać w wodną piłkę, zaczepnie podpływały, próbowały dotknąć Michała.

On się śmiał, nie za bardzo przejął się, iż Iwony nagle brakło. Wszystko rozumiał sprawy, rodzina, kapusta… Niech idzie!

… W korytarzu było ciemno, w pokoju także. Tylko w kuchni paliło się światło.

Andrzej postawił przed żoną patelnię z jajecznicą.

Głodna pewnie po basenie? Jedz. Dać ci kiełbasy? nalał duży kubek herbaty.

Iwona pokręciła głową. Bała się spojrzeć mu w oczy, gwałtownie wzięła widelec, dłubała w jajecznicy.

Wie czy nie? Co teraz? Dlaczego taki spokojny?

Iwa… powiedział po dłuższej ciszy Andrzej. Grażyna jakieś rzeczy przyniosła. Chciała się do kuchni wtrącać, ale ją wyrzuciłem. Po co się wtrąca? Twoja kuchnia, a ona swoje. Powiedziała, iż to twoje. Ale jakie twoje? Pomyliła się chyba?

Iwona powoli podniosła rąbek obrusu, spojrzała na reklamówki, wzruszyła ramionami.

No właśnie, mówiłem, głupota! jakby się ucieszył Andrzej. Nalej mi też herbaty. Wyschło mi. A nie, lepiej przynieś koniak. Mam ochotę.

Iwona zerwała się, podeszła do kredensu i nagle znieruchomiała.

Maleńka… usłyszała głos męża, odwróciła się gwałtownie, spojrzała mu w oczy. Mówię, okruchy na stole, wytrzyj. Tamara zawsze nakruszy chleba. Trzeba ścierką przelecieć, spokojnie dokończył i spojrzał na Iwonę spod brwi, odwrócił się…

Wypili koniak razem. W milczeniu, unikając spojrzeń.

Wstał i wyszedł.

Grażyna, rozumiesz, on naprawdę wyszedł! Ubrał się, zostawił klucze na szafce. Grażyna! Iwona szlochała do słuchawki, patrzyła w lustro, twarz się wykrzywiła, nie była już taką ładną Maleńką, jak trzy godziny wcześniej w basenie z Michałem. Pachniała chlorem, bolały plecy. Graża! Jak on mógł?! To nie mężczyzna! Zostawił mnie i Tamerę, po prostu odszedł!

Nagle się wściekła, uderzyła pięścią w stół.

Właśnie jak mężczyzna, Iwo. Inny by cię pobił, nie oszczędził. A Andrzej po prostu wyszedł. I to z własnego mieszkania. A ty jeszcze śmiesz narzekać? Grażyna parsknęła śmiechem. Wiesz, długo nie rozumiałam, czemu wam się nie układa. Przecież kasy wam nie brakuje, Tamara mądra, Andrzej nie pijak, zaradny. Małomówny, ale lepszy taki, niż pijak i awanturnik. Ale ty chciałaś pięknego życia, żeby się z tobą cackali, co? Sama mu nigdy nie powiesz miłego słowa, nie pochwałisz. A faceci są jak dzieci pochwal, a zrobi sto razy więcej! Nie, Iwa, tu ci nie pomogę. Dobranoc.

Iwona odłożyła słuchawkę, zgarbiła się przy stole i zaczęła płakać…

Tamara zdała sesję, wyjechała do znajomych na działkę. Z matką nie rozmawiała, zostawiła liścik, żeby dać jej spokój.

Michał pojawił się po tygodniu, czekał na Iwonę pod blokiem, wyskoczył z cienia.

Cześć, maleńka! szepnął, chowając czerwone z mrozu policzki w kołnierz skórzanej kurtki. Tęskniłaś?

Iwona kilka razy do niego dzwoniła, chciała się wypłakać, ale nie odbierał. A teraz przyszedł sam…

Michał… powiedziała bez życia. Po co tu jesteś?

Wyglądała za jego samochodem.

Przyszedł czas na rewanż, maleńka! objął ją ramieniem.

Jaki rewanż? O co ci chodzi?

Zlękła się, próbowała się wyswobodzić, ale mocno ścisnął jej łokieć.

Karmiłem cię? Karmiłem. Dogadzałem? Owszem! syknął jej do ucha. Teraz ja mam problem. Daj mi pieniądze, kotko! U ciebie po matce jest mieszkanie, z pięć milionów pójdzie. Sprzedamy. Tę, w której mieszkasz, też. No, prowadź na górę, omówimy wszystko!

Iwona krzyknęła przerażona, szamotała się, ale nie mogła się wyrwać, poszła drżąca do klatki, modląc się, by ktoś się pojawił. Nikogo nie było.

Otwieraj, Maleńka, zmarzłem! popchnął ją Michał do drzwi.

Iwona zaczęła płakać, opadać na śnieg, aż Michał nagle puścił jej rękę, zatoczył się, padł na bok.

Nad nim stał Andrzej, bez czapki, rozczochrany, wściekły. Stał i trząsł pięściami.

Wynoś się! Słyszysz?! Bo nie poznasz własnych kości! ryknął, szarpnął leżącego, ale Iwona złapała męża za rękę, próbując go powstrzymać.

Michał, domyślając się, z kim ma do czynienia, zadrwił, pokazał rogi, ale gwałtownie zamilkł, gdy dostał w szczękę.

Znikaj! Żeby cię przy Iwce nigdy nie widział! zagrzmiał Andrzej, podniósł z chodnika zgubioną czapkę, wytarł nos i zwrócił się do żony. Chodź do domu. Zimno!

O czym oni rozmawiali całą noc, o czym cierpieli wiedziała tylko patrząca w okno księżycowa tarcza i wiatr wpadający przez uchylone okno. Na stole stały dwie nietknięte herbaty, tykał stary zegar. Potem świat pogrążył się w mroku, w którym byli tylko oni mąż i żona, którzy chyba postanowili jakoś żyć dalej…

Już nikt nigdy nie nazwał Iwony Maleńką. A gdyby choćby ktoś nazwał tylko by drgnęła i odwróciła głowę.

Michał nigdy więcej nie pojawił się w jej życiu. Z jej mężem nie wygrał, za uparty był ten facet.

Gdy któregoś dnia usłyszał rozmowę Iwony w autobusie, o mieszkaniu po matce, o samotności i zmęczeniu doszedł do wniosku, iż mógłby pomóc rozwiązać jej problem z mieszkaniem i z samotnością. Gdyby tylko wykombinował to ostrożniej, pewnie jeszcze by zyskał, Iwona była bliska oddania mu wszystkiego, bo ją przyzwyczaił, dokarmił i ogrzał. Ale pośpieszył się. Okoliczności się posypały, Igor kazał oddać dług, aż żebra paliły go ogniem… Musiał iść na całość, zażądać od Iwony działań. Nie wyszło. Trudno! W Polsce jest mnóstwo maleńkich niedopieszczonych, smutnych, zamyślonych. Michał je znajdzie i uszczęśliwi. A potem upomni się o armię.

Tymczasem musiał opuścić mieszkanie z prawdziwym jedwabiem i widokiem na centrum. Trudno. Swoje jeszcze zdobędzie, nie przepadnie! Chyba iż Igor zdecyduje inaczej…

Idź do oryginalnego materiału