— Daj spokój, Kuba, komu ona jest potrzebna? — rzucił Jarek, przyciskając telefon ramieniem do ucha i jednocześnie próbując poluzować zawór przy starej umywalce. — Sama pomyśl. Cały jej dobytek to kolekcja porcelanowych aniołków, stary wełniany szal i przedpotopowy inhalator. Nikt jej nie porwie. Mówię ci, załatwimy jej miejsce w tym ośrodku pod Wejherowem, mają teraz promocję dla seniorów, i w końcu zaczniemy żyć normalnie. Bez tych wiecznych pouczeń, bez zapachu amolu o szóstej rano. Trzy pokoje na Grabówku to nie byle co, Aga będzie miała gdzie postawić łóżeczko dla dziecka, a my odetchniemy.
Jarek odłożył klucz francuski na brzeg wanny, wytarł mokre ręce w dżinsy i już miał dodać coś o nieznosnym charakterze teściowej, która od pół roku mieszkała z nimi w ciasnym mieszkaniu, gdy do drzwi wejściowych ktoś gwałtownie załomotał.
— Stary, później pogadam. Ktoś wali do drzwi, pewnie inkaso znowu — rzucił do słuchawki i rozłączył się.
Człapiąc w rozdeptanych klapkach po trzeszczących panelach, podszedł do drzwi i nie patrząc przez judasza, przekręcił zamek. W progu stał nie inkasent ani nie sąsiad pożyczyć cukier. W słabym świetle klatkowej lampy stał dzielnicowy — postawny mężczyzna w mundurze, z charakterystyczną teczką pod pachą. Krople topniejącego styczniowego śniegu spływały mu po ramionach kurtki.
— Dobry wieczór — powiedział chropawo, wchodząc do środka bez zaproszenia. — Pan Jarosław Nowak?
— No ja — Jarek podświadomie się spiął, czując nieprzyjemny chłód na plecach. W myślach gorączkowo sprawdzał, czy nie przekroczył terminu przeglądu swojego wysłużonego Audi.
— Czy pani Maria Kowalik jest w domu? — dzielnicowy wyciągnął notes z kieszeni.
— Teściowa? A gdzie ma być. W swoim pokoju, serial ogląda. Coś się stało?
— Proszę sprawdzić — odparł krótko funkcjonariusz, nie spuszczając z Jarka ciężkiego spojrzenia.
Jarek, czując się głupio, przeszedł korytarzem i pchnął drzwi do pokoju teściowej. W środku było cicho. Ekran starego telewizora był ciemny, łóżko równo zasłane kapą z frędzlami, a na stoliku przy fotelu leżały porzucone okulary. Marii nie było.
— Nie ma — powiedział zmieszany, wracając do przedpokoju. — Może wyszła do sklepu albo do sąsiadki spod piątki, do pani Kazi. Lubi sobie z nią pogadać.
— Do pani Kazimiery nie poszła — westchnął dzielnicowy. — Właśnie pani Kazimiera do mnie zadzwoniła. Martwiła się, bo pani Maria nie przyszła na ich codzienną popołudniową herbatę. Dodała też, iż wczoraj wieczorem doszło u państwa do wielkiej awantury. I iż pan, cytuję, "obiecał wykończyć starą kobietę".
Jarek poczuł, jak krew napływa mu do twarzy.
— Jaka awantura! Zwykła kłótnia o opłaty! Powiedziałem tylko, iż jeżeli będzie wszędzie zostawiać zapalone światło, to pójdziemy z torbami. Pracuję w stoczni jako monter, żona na kasie w Biedronce, nie zarabiamy kokosów. Nikt jej nie groził!
— Mimo to kobieta zaginęła — dzielnicowy zamknął notes. — Telefonu nie odbiera, sygnał poza zasięgiem. Ostatni raz widziana była koło dziewiątej, jak wychodziła z klatki z dużą torbą materiałową. Zważywszy na wasze napięte stosunki, panie Nowak, muszę zadać panu kilka pytań. Gdzie był pan między dziewiątą rano a czternastą?
— W robocie! W stoczni, na wydziale montażu! Chłopaki ze zmiany potwierdzą, składałem instalację hydrauliczną. Myśli pan, iż wywiozłem teściową do lasu?!
W tym momencie w zamku zgrzytnął klucz. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich Agnieszka — blada, zmęczona, z torbą zakupów. Widząc dzielnicowego, upuściła siatkę. Po podłodze potoczyły się ziemniaki i słoik sałatki warzywnej.
— Co tu się dzieje? — głos Agnieszki drżał. — Jarek? Gdzie mama?
Po godzinie obraz sytuacji był jasny, ale bynajmniej nie przyniósł ulgi. Maria naprawdę zaginęła. Dzielnicowy, spisawszy zeznania Jarka i szlochającej Agnieszki, obiecał wszcząć poszukiwania, jeżeli staruszka nie wróci do rana, ale dał do zrozumienia, iż Jarek powinien sam się przejść po okolicy, bo "starsi ludzie często zapominają drogi albo przysiadają gdzieś na ławce, jak im ciśnienie skoczy".
Kiedy za funkcjonariuszem zamknęły się drzwi, w mieszkaniu zapadła ciężka cisza.
— Przecież ty tego chciałeś — powiedziała cicho Agnieszka, zbierając z podłogi ziemniaki. — Wczoraj krzyczałeś, iż zrujnowała ci życie. Że przez nią dusimy się w tych czterech ścianach.
— Aga, ty głupia jesteś? — wybuchnął Jarek, zakładając kurtkę. — Co innego pieklić się w kuchni, a co innego, jak ktoś ginie bez śladu! Nie jestem potworem. Idę szukać. A ty dzwoń po szpitalach.
Ulica przywitała Jarka przenikliwym wiatrem od morza i chlupiącą breją. Stał pod blokiem, nie wiedząc, gdzie iść. Dokąd mogła pójść siedemdziesięciopięcioletnia kobieta z chorymi stawami w szarej gdyńskiej dzielnicy, gdzie prócz ponurych wieżowców, śmietników i pawilonów nie było nic?
Postanowił zacząć od podwórka. Przy kontenerach na odpady zobaczył miejscowego dozorcę, pana Henryka, który z ponurą miną grabił mokre liście.
— Panie Henryku — podszedł Jarek. — Widział pan może moją teściową, panią Marię?
Dozorca oparł się na grabiach i przesunął czapkę na tył głowy.
— Panią Marysię? Dziś nie widziałem. Wczoraj tak. Przyniosła mi syrop na kaszel własnej roboty.
— Jaki syrop? — zdziwił się Jarek.
— No pomagałem jej skrzynkę z piwnicy wnieść w zeszłym tygodniu, kaszlałem strasznie. To mi zrobiła miksturę z miodu i imbiru. Złota kobieta. A z moim wnukiem, co z matmy jedynki przynosi, siada czasem na ławce i tabliczkę mnożenia z nim ćwiczy. Za darmo. Mówi, iż chłopak zdolny, tylko rozproszony. Co, zaginęła?
Jarek kiwnął głową bez przekonania i ruszył dalej, czując ukłucie wstydu. Nie miał pojęcia, iż teściowa pomaga wnukowi dozorcy. W domu zwykle milcząco robiła na drutach przed telewizorem albo irytująco głośno wzdychała.
Ruszył w stronę lokalnego targowiska. Przypomniał sobie, iż teściowa często kupowała tam ser dla swojego psa. Tyle iż psa nie mieli — mieszkanie było za małe. Jarek wszedł między stragany.
— Przepraszam. Szukam pani Marii, takiej niedużej, w takim bordowym berecie z antenką…
Korpulentna sprzedawczyni w fartuchu od serów spojrzała na niego z troską.
— Panią Marię? Pewnie iż znam! Ona co tydzień bierze ode mnie resztki sera dla swoich kundelków.
— Jakich kundelków? My nie mamy psa — zdumiał się Jarek.
— Jak to nie? — sprzedawczyni była szczerze zdziwiona. — Przecież ona dokarmia bezdomne psy na nieużytkach za ciepłownią. Ma tam całe stado. Pani Maria nosi im koce, miski z wodą, a jak który chory, to go do weterynarza ciągnie. A iż dzisiaj nie przyszła, to się martwię, bo ser już jej odłożyłam. Coś się stało?
— Szukamy jej — mruknął Jarek i ruszył w stronę nieużytków.
Za zardzewiałymi rurami ciepłowniczymi znalazł kilka prowizorycznych bud z kartonów, ocieplonych starymi swetrami, i miski. Psy gdzieś poszły, teściowej też nie było.
Wiatr się wzmagał, wciskając się pod kurtkę. Jarek wyjął telefon. Żona wysłała SMS: "Obdzwoniłam szpitale i pogotowie. Nie ma. Nigdzie. Jarek, boję się".
Wybrał jej numer.
— Aga, idę jeszcze na komisariat. Może się przewróciła i nikt jej nie zna. Zostań w domu i czekaj.
W drodze na posterunek minął osiedlową bibliotekę. Była już zamknięta, ale z okna na zapleczu sączyło się światło. Zastukał w szybę. Młoda bibliotekarka, którą kojarzył z widzenia, uchyliła drzwi.
— Bardzo przepraszam, szukam teściowej, pani Marii Kowalik…
— Pani Maria! — twarz dziewczyny rozjaśniła się, po czym momentalnie spochmurniała. — Dziś jej nie było. A miała przyjść. Coś się stało?
— Zaginęła — powiedział Jarek. — A dlaczego miała przyjść?
— Bo ona nas uczy haftu kaszubskiego! W każdy wtorek po południu prowadzi dla nas i dla dzieci z sąsiedztwa darmowe warsztaty. Mówi, iż tradycja nie może zginąć. Przecież pan jest jej zięciem, jak pan może nie wiedzieć?!
Jarek poczuł się tak, jakby dostał obuchem w głowę. W jego świecie Maria była po prostu staruszką, zawadą na drodze do wygodnego życia. Kobietą, która zajmowała pokój, mamrotała pod nosem, słuchała Radia Maryja i pachniała maścią końską. Uważał ją za bezużyteczną.
A tu nagle okazywało się, iż jego teściowa prowadzi drugie, tajne życie. Życie, w którym jest mentorką dla dzieci, opiekunką zwierząt, nauczycielką dla bibliotekarek i szanowaną postacią w całej dzielnicy Gdańska.
"Kto by się przejmował starą kobietą!" — echo jego własnych słów wypowiedzianych zaledwie kilka godzin temu zadźwięczało mu w głowie.
Zrobiło mu się fizycznie niedobrze.
Ściemniło się. Zapaliły się sodowe latarnie. Jarek obszedł park, zajrzał do całodobowej apteki przy stacji benzynowej, doszedł do przychodni. Nigdzie jej nie było. Usiadł na przemarzniętej ławce przy placu zabaw i ukrył twarz w dłoniach.
A jeżeli naprawdę coś jej się stało? jeżeli poślizgnęła się i uderzyła w głowę, i leży gdzieś w rowie przy obwodnicy? Jak spojrzy żonie w oczy? Jak będzie żył ze świadomością, iż ostatnie słowa, jakie od niego usłyszała, były wrzaskiem o tym, jak bardzo ma jej dosyć?
W kieszeni zawibrował telefon. Nieznany numer.
— Słucham? — głos Jarka był zduszony.
— Pan Jarosław Nowak? — rozległ się służbowy męski ton. — Z tej strony dyżurny komisariatu we Wrzeszczu, sierżant Adamski.
Serce Jarka spadło gdzieś w przepaść.
— Znaleźliście ją?! Żyje?!
— Żyje, żyje — w głosie sierżanta usłyszał rozbawienie. — Niech pan przyjeżdża i odbiera swoją bohaterkę. Proszę mieć przy sobie dowód osobisty.
Jarek zerwał się i popędził na przystanek, jak nie biegał od czasów szkoły średniej. Komisariat był kilka przecznic dalej. Wpadł do środka zdyszany, z mokrą od potu i mgły czapką w ręku.
Za szybą dyżurki siedział zmęczony funkcjonariusz. A na krześle pod ścianą, wyprostowana jak na apelu, siedziała Maria. W swoim nieodłącznym bordowym berecie z antenką i z tą wielką torbą, której kurczowo się trzymała.
Wyglądała na zmęczoną, ale absolutnie nie na przestraszoną.
— Mama! — wyrwało się Jarkowi. Tak jak nigdy wcześniej do niej nie mówił.
Maria drgnęła i podniosła na niego wzrok. W oczach mignęło jej zaskoczenie.
— Jarek? A ty co tu robisz? Myślałam, iż Aga przyjedzie. Ty jesteś po robocie zmęczony.
Jarek podbiegł do niej, lustrując ją od stóp do głów.
— Gdzie pani była?! Myśmy oszaleli! Dzielnicowy był, sąsiedzi się martwią, Aga całe miasto na nogi postawiła!
— Proszę panią, a ci panowie, co to niby takie mocne, płaczą jak małe dzieci i mówią, iż już nigdy kraść nie będą — podsumował sierżant od okienka, podając Jarkowi formularz. — Pani Maria dzisiaj rozpracowała szajkę.
— Co?! — Jarek zamrugał.
Teściowa poprawiła beret i westchnęła ciężko, jakby to wszystko było jedną wielką niedogodnością.
— Poszłam rano na cmentarz, na grób dziadka Feliksa. Wracam, patrzę, a tu dwóch młodych w kapturach kręci się po naszym parkingu. I idą prosto do twojego garażu blaszanego, tego przy śmietniku. A w torbie miałam termos z barszczem i młotek do podbijania kwiatków na grobie. No to podeszłam cicho i jak jeden zaczął majstrować przy kłódce, to drugiego młotkiem w plecy, a pierwszemu chlusnęłam barszczem w oczy. Potem zaczęłam krzyczeć: "Złodzieje, policja!". Wystraszyli się, zaczęli uciekać, ale jeden się poślizgnął na zmarzniętej kałuży i wyrżnął głową w kontener.
Jarek słuchał z otwartymi ustami. Spojrzał na torbę tleniową, z której wystawała rączka młotka.
— Pani… pani ich przegoniła? Sama?! Dwóch?!
— A co to, ja ze szkła jestem? — oburzyła się Maria. — Za młodu w PGR-ie pracowałam, takich łobuzów widziałam na pęczki. No więc zadzwoniłam z budki na policję. Przyjechali, ich zgarnęli sprzed klatki, a mnie wzięli na świadka. Mój telefon został w domu, na ładowarce. Nie było jak zadzwonić do ciebie ani do Agi. To tyle.
Jarek stał jak słup soli.
Spojrzał na tę drobną, pomarszczoną kobietę, która poszła sama bronić jego rudery za trzy tysiące złotych przed dwoma wyrostkami z łomem. Bronić własności zięcia, który jeszcze wczoraj darł się na cały blok, iż odda ją do domu starców.
— Mamo… — wykrztusił Jarek i nagle, ku własnemu zdumieniu, wybuchnął szlochem, obejmując ją i wtulając nos w pachnący wilgocią i starą wełną płaszcz. — Przepraszam. Bardzo przepraszam. Jestem skończonym idiotą.
Teściowa niezgrabnie poklepała go po plecach spracowaną, suchą dłonią.
— No już dobrze, Jaruś. Ciasno w domu, nerwy, pieniędzy brak. Ja to wszystko rozumiem. Chodźmy już do domu, bo Aga tam pewnie odchodzi od zmysłów.
Szli przez ciemne ulice Gdyni, a mżawka mieszała się z drobnym śniegiem. Jarek niósł jej torbę, w której pobrzękiwały resztki termosu. Maria opierała się na jego ramieniu.
— A ser dla piesków został w domu — powiedziała nagle ze smutkiem.
— Jutro sam pojadę i kupię — odparł spokojnie Jarek. — Najlepszy. I dla dzieciaków na warsztaty też coś kupimy. I do biblioteki zaniesiemy nowe igły do haftu.
Maria przystanęła i spojrzała na niego badawczo.
— Jarek, ty się dobrze czujesz? W głowę się nie uderzyłeś?
— Nie, mamo. Po prostu… dużo dziś zrozumiałem.
Gdy otworzyli drzwi mieszkania, rzuciła się na nich zapłakana Agnieszka. Były łzy, uściski, pytania, chaos. Wieczór minął gorączkowo, ale po raz pierwszy od wielu miesięcy w ich domu unosiła się jakaś dziwna, ciepła atmosfera.
Później, kiedy Maria poszła do siebie i włączyła cicho telewizor, Jarek stał w przedpokoju i patrzył na smugę światła pod jej drzwiami. Jego telefon znów zadzwonił. Na ekranie wyświetliło się: "Kuba".
— No i co, stary? — rozległ się entuzjastyczny głos przyjaciela. — Zniknąłeś. Rozmawiałem z tym domem opieki, miejsce mają, możemy załatwiać formalności w przyszłym tygodniu! Będziecie mieli wreszcie święty spokój.
Jarek spojrzał na zniszczony płaszcz teściowej wiszący na wieszaku, na jej beret suszący się na kaloryferze, i na wystającą z szafki puszkę karmy dla psów, którą dopiero zauważył.
— Wiesz co, Kuba — powiedział spokojnie. — Odwołujemy wszystko. Nigdzie nie jedzie.
— Chłopie, co ty gadasz? — zdziwił się Kuba. — Sam przecież mówiłeś: "komu potrzebna jest taka staruszka"!
Jarek uśmiechnął się do swojego odbicia w ciemnej szybie.
— Okazuje się, stary, iż jest potrzebna wszystkim. A najbardziej nam. Na razie.
Rozłączył się. Z kuchni dochodził cichy gwizd czajnika, a z pokoju teściowej odgłos przesuwanych krzesła — pewnie układała sobie poduszkę pod plecy, żeby jutro znowu wstać o świcie i zrobić coś dobrego dla świata, który prawie przestał ją zauważać.
Prawie.









