Lekarz dał jej dwa lata życia. Postanowiła nie czekać bezczynnie na śmierć

kobietaxl.pl 1 miesiąc temu

Nie pasowała do miejsca, w którym żyła

Mesannie Wilkins, znana też jako Annie Wilkins albo "Jackass Annie", urodziła się 13 grudnia 1891 roku w Minot w stanie Maine. Dorastała na rodzinnej farmie w Woodman Hill, w świecie ciężkiej pracy, surowych zim i prostych zasad. Jej rodzina należała do starych osadników tej okolicy, a gospodarstwo było miejscem, które miało dawać utrzymanie kolejnym pokoleniom. Annie gwałtownie zrozumiała jednak, iż życie na farmie nie zostawia wiele miejsca na słabość. Przerwała naukę po szóstej klasie, żeby pomagać w domu i przy pracy, która nigdy się nie kończyła.

Od młodości różniła się od kobiet, jakie chcieli widzieć wokół siebie miejscowi. Lubiła nosić spodnie, mówiła bez owijania, nie udawała delikatnej damy i nie przepraszała za to, iż ma własne zdanie. W konserwatywnej społeczności nie każdemu się to podobało. Dziennikarka Lindsay Tice z "Lewiston Sun Journal" pisała później, iż kobieta, która nosiła spodnie i mówiła, co myśli, nie cieszyła się wówczas dobrą opinią wśród miejscowych. Niektórzy mieli wręcz odetchnąć z ulgą, gdy wyjechała.

Przydomek "Jackass Annie" wziął się z jej codzienności. Kiedy farma nie była w stanie utrzymać rodziny, Annie i jej matka pracowały w sklepie obuwniczym w Lewiston. Annie miała dojeżdżać tam na ośle. Dla jednych było to dziwactwo, dla innych dowód uporu. Dla niej - po prostu sposób, żeby dotrzeć do pracy.

Została sama

We wrześniu 1954 roku Annie straciła ostatnią osobę, którą uważała za bliską rodzinę - Waldo. W źródłach pojawiają się różnice, czy był jej wujem, czy związanym z rodziną pracownikiem gospodarstwa, ale w relacjach o Annie najczęściej występuje jako ostatni żyjący członek jej rodziny. Jego śmierć zamknęła istotny rozdział. Kobieta została praktycznie sama, bez pieniędzy, bez rodziny i bez bezpiecznej przyszłości.

W tym samym czasie zaczęły się jej własne problemy zdrowotne. Przeszła zapalenie płuc, a lekarze wykryli zmianę na płucu. W różnych opisach pojawia się podejrzenie raka albo gruźlicy. Pewne jest jedno: rokowania były złe. Lekarz miał powiedzieć Annie, iż jeżeli będzie odpoczywać i oszczędzać siły, może przeżyje jeszcze dwa lata. Zaproponował miejsce w przytułku. Annie miała wówczas 63 lata.

Annie usłyszała nie tylko diagnozę, ale i propozycję dalszego życia: państwowy dom opieki dla ubogich. Miała pogodzić się z tym, iż jej czas się kończy, przestać walczyć, oddać decyzje innym i spokojnie czekać. Dla kobiety, która całe życie pracowała fizycznie i nigdy nie żyła według cudzych oczekiwań, była to adekwatnie druga diagnoza - nie choroby, ale końca wolności.

Dom już nie był domem

Rodzinna farma przestała być miejscem, które dawało oparcie. Dom zbudowany przez dziadka spłonął wcześniej, a Annie mieszkała w starym budynku gospodarczym wykorzystywanym kiedyś jako magazyn. Nie było to wygodne ani bezpieczne miejsce na starość. Wiatr wchodził przez szczeliny, ogrzewanie dawał mały piec, wodę trzeba było pompować ze studni. Do tego doszły długi, rachunki medyczne i widmo utraty ziemi.

W takiej sytuacji wielu ludzi wybrałoby to, co radził lekarz. Annie zrobiła coś odwrotnego. Nie chciała umierać w miejscu, które przestało być domem, ani czekać na koniec w zakładzie opieki. Jej matka przez lata marzyła, żeby zobaczyć Kalifornię i Ocean Spokojny. Annie postanowiła pojechać tam za nią - i za siebie.

Nie miała planu, który wyglądałby rozsądnie. Miała kilka ponad trzydzieści dolarów, zdobyte między innymi ze sprzedaży domowych pikli, oraz pieniądze z zastawienia resztek majątku. Za to kupiła zapasy i konia. Przed wyruszeniem miała rzucić monetą i potraktować wynik jak odpowiedź od Boga. Kiedy kilka razy wypadł orzeł, uznała, iż jedzie.

Wyruszyła z Maine w listopadzie

8 listopada 1954 roku 63-letnia Annie Wilkins opuściła Minot w stanie Maine. Jechała konno w stronę Kalifornii. Towarzyszył jej Tarzan - starszy, emerytowany koń ze szkółki jeździeckiej, drugi koń Rex, który niósł część dobytku, oraz mały pies Depeche Toi, nazywany też Toby. Jego imię po francusku oznaczało "Spiesz się".

Annie nie miała nowoczesnego sprzętu, zaplecza ani pieniędzy. Według późniejszych opisów nie miała choćby porządnej mapy. Liczyła na własny upór i na to, iż po drodze znajdą się ludzie, którzy pozwolą jej i zwierzętom przespać się w stodole, dadzą jedzenie albo wskażą drogę. To nie była romantyczna wyprawa turystyczna. To była decyzja kobiety, która uznała, iż skoro i tak ma umrzeć, woli robić to w drodze.

Wyjechała w listopadzie, wierząc, iż im dalej na południe, tym cieplej będzie się robiło. Rzeczywistość gwałtownie to zweryfikowała. Nowa Anglia i kolejne stany przez wiele tygodni przez cały czas dawały jej zimę, śnieg, mróz, błoto i wiatr. Annie musiała troszczyć się nie tylko o siebie, ale też o konie i psa. To oznaczało codzienne szukanie wody, paszy, miejsca na noc, bezpiecznej drogi i ludzi, którzy nie przepędzą jej z gospodarstwa.

Ameryka zaczęła ją przyjmować

Wyprawa Annie gwałtownie zaczęła budzić zainteresowanie. Starsza kobieta jadąca przez kraj na koniu, z psem i drugim koniem objuczonym dobytkiem, była widokiem nie z tej epoki. W latach 50. Ameryka coraz szybciej przesiadała się do samochodów, budowała nowe drogi, przyzwyczajała się do telewizji i nowoczesności. A ona wyglądała jak ktoś, kto wyjechał z poprzedniego stulecia i uparł się, iż dojedzie dalej niż niejeden kierowca.
W małych miejscowościach ludzie zaczęli jej pomagać. Karmili ją, dawali miejsce do spania, przyjmowali konie do stodół. Zdarzało się, iż spała w lokalnych aresztach, nie jako zatrzymana, ale dla bezpieczeństwa i z braku lepszego noclegu. Hotele oferowały jej pokoje, restauracje posiłki, mieszkańcy pieniądze, a rolnicy paszę. W pewnym momencie drukarz przygotował dla niej pocztówki i portrety, które mogła sprzedawać po drodze, żeby zdobywać środki na dalszą jazdę.

Na jednej z przypisywanych jej kartek widniała myśl: "Nie oglądaj się za siebie: nie tam zmierzasz". Brzmiała jak hasło kogoś, kto naprawdę spalił za sobą mosty. Annie nie miała do czego wracać. Jej celem był zachód.

Gazety zrobiły z niej bohaterkę

Im dalej jechała, tym bardziej rosło zainteresowanie mediów. Lokalne gazety pisały o kobiecie z Maine, która mimo wieku, choroby i biedy jedzie konno do Kalifornii. Dziennikarze zapraszali ją na rozmowy, opisywali trasę, fotografowali ją z Tarzanem i psem. W kolejnych miastach ludzie już czekali na jej przyjazd. Dostawała eskorty policyjne, zaproszenia na posiłki i noclegi, a dzieci w szkołach słuchały opowieści o jej drodze.

Ta sława była osobliwa. Annie nie była aktorką, milionerką ani polityczką. Była ubogą rolniczką w męskich spodniach, która wyglądała jak przeciwieństwo ówczesnego ideału starszej kobiety. Właśnie dlatego tak mocno działała na wyobraźnię. Nie prosiła o litość. Nie opowiadała o sobie jak o ofierze. Po prostu jechała dalej.

Podczas podróży spotykała ludzi, o których później pisano jak o epizodach z filmu. W Pensylwanii, w Chadds Ford, miała zwrócić uwagę na mężczyznę szkicującego jej konia. Dopiero po latach miała zrozumieć, iż był to Andrew Wyeth, jeden z najważniejszych amerykańskich malarzy XX wieku. Wystąpiła też w programie Arta Linklettera, a później pojawiła się u Groucho Marxa w "You Bet Your Life". Kobieta, którą w rodzinnych stronach wielu uważało za ekscentryczkę, stała się postacią ogólnokrajowej ciekawości.

Droga nie była bajką

Za prasowymi anegdotami kryła się jednak ciężka codzienność. Annie jechała przez śnieżyce, deszcze, błoto, upały i pustynne odcinki. Musiała prowadzić konie przez ruchliwe drogi, które coraz bardziej należały już do samochodów i ciężarówek. Dla Tarzana i Rexa pędzące auta były czymś obcym i niebezpiecznym. Każdy dzień wymagał uwagi, cierpliwości i fizycznej siły, której według lekarza miało jej już brakować.

Podróż była długa i w źródłach opisywana różnie. Jedne podają ponad 5000 mil, czyli ponad 8000 kilometrów. Inne - zwłaszcza związane z jej własną książką i lokalną pamięcią - mówią o 7000 milach, czyli około 11 200 kilometrach. The Long Riders Guild opisuje tę wyprawę jako trasę przez 17 stanów, pełną śnieżyc, pustynnego upału i przeszkód, które dla zdrowego człowieka byłyby trudne, a dla 63-letniej, chorej kobiety wydawały się niemal niemożliwe.

Nie wszystko po drodze było łaskawe. Annie miała uniknąć ukąszenia węża, powodzi, stratowania przez bydło i wielu sytuacji, w których jedno potknięcie mogło zakończyć wyprawę. Dostała też propozycję małżeństwa od farmera albo pasterza - źródła różnią się co do miejsca i okoliczności - ale odmówiła. Nie po to ruszyła przez kraj, żeby zatrzymać się przed celem.

Rex nie dojechał do końca

Największym ciosem pod koniec wyprawy była strata Rexa, konia jucznego, który od początku niósł część jej skromnego dobytku. Rex zmarł na tężec niedaleko celu, według części źródeł około 180 mil, czyli około 290 kilometrów przed końcem podróży. Annie musiała zastąpić go innym koniem, Kingiem.

To pokazuje, iż jej wyprawa nie była tylko historią o dzielnej kobiecie i amerykańskiej gościnności. Była też historią zmęczenia, strat i ceny, jaką płacili jej zwierzęcy towarzysze. Tarzan, Rex i Depeche Toi nie byli dodatkiem do anegdoty. Bez nich Annie nie miałaby szans pokonać tej drogi. Zwłaszcza Tarzan stał się później symbolem jej podróży niemal tak samo jak ona sama.

Według Minot Maine Historical Society, Annie dotarła bezpiecznie do Redding w Kalifornii w grudniu 1955 roku. Inne źródła inaczej liczą dokładny finał trasy i podają, iż cała wyprawa trwała dłużej, choćby około 17 miesięcy, a sama Annie w rozmowie z Groucho Marxem mówiła, iż jechała "prawie dwa lata". Ta rozbieżność wynika z tego, czy liczy się dotarcie do Kalifornii, dalszą drogę do wybrzeża, czy cały czas spędzony w podróży.

Najważniejsze było jednak to, iż zrobiła to, co obiecała sobie i matce. Dotarła do Oceanu Spokojnego. Weszła z Tarzanem w fale i odmówiła modlitwę za matkę, która nigdy nie zobaczyła Kalifornii. W tym geście było wszystko: żałoba, upór, spełniona obietnica i cichy triumf kobiety, której kazano odpoczywać i czekać na śmierć.

Nie umarła po dwóch latach

Po dotarciu na zachód Annie nie wróciła od razu do Maine. Spędziła w Kalifornii około dwóch lat. Kiedy w 1957 roku wróciła do rodzinnego stanu, nie zrobiła tego już konno, ale pociągiem. Tarzan przeszedł na zasłużoną emeryturę w Kalifornii.
Powrót do Minot nie oznaczał jednak powrotu do dawnego życia. Farma została utracona przez zaległe podatki, a miejsce, z którego wyruszyła, nie czekało już na nią jak dom. Ostatecznie Annie zamieszkała u swojej przyjaciółki Miny Titus Sawyer w Whitefield w stanie Maine. To tam spędziła ostatnie lata życia - przeżyła więc znacznie więcej czasu niż dawał jej lekarz.

Dopiero po latach zdecydowała się spisać swoją historię. W 1967 roku ukazała się jej książka "The Last of the Saddle Tramps", oparta na dziennikach i zdjęciach z podróży. Mina Titus Sawyer pomagała przy jej opracowaniu, a przedmowę napisał Art Linkletter. Tytuł przylgnął do Annie na zawsze. "Ostatnia z włóczęgów w siodle" brzmiało jak określenie kogoś, kto należał do świata odchodzącego na zawsze.

Została legendą

Annie Wilkins zmarła 19 lutego 1980 roku. Miała 88 lat. Została pochowana w rodzinnym grobie na cmentarzu Maple Grove w Minot. Na jej nagrobku zapisano to, czym stała się dla ludzi: "Last of the Saddle Tramps" - ostatnia z wędrowców w siodle.

Jej historia nie zniknęła po śmierci. W 2021 roku Elizabeth Letts wydała książkę "The Ride of Her Life", która przywróciła Annie szerszej publiczności. Opisała ją nie tylko jako kobietę jadącą przez Amerykę, ale jako postać zderzoną z krajem w chwili zmiany. W latach 50. Ameryka przyspieszała, samochody wypierały konie, telewizja zaczynała wchodzić do domów, a ludzie coraz częściej zamykali drzwi na klucz. Annie jechała przez ten świat powoli, ufając obcym.

Pamięć o niej wróciła także lokalnie. W 2011 roku Sea G. Rhydr, zainspirowana podróżą Annie, ruszyła konno z Kalifornii do Maine, pokonując trasę w odwrotnym kierunku. Zakończyła ją w Minot, w miejscu, gdzie stał kiedyś dom Annie, przy drodze nazwanej Jackass Annie Road. Ponad stu mieszkańców zebrało się, żeby oddać hołd kobiecie, której za życia nie zawsze potrafiono okazać szacunek.

Kinga Gieraga

Źródła:

https://minotmainehistoricalsociety.wordpress.com/minot-history/mesannie-wilkins/

https://www.thelongridersguild.com/wilkins.htm

https://medium.com/history-of-women/the-dying-woman-who-ran-away-from-home-and-saved-her-own-life-c7bf8ad788ae

https://pl.findagrave.com/memorial/99506358/mesannie_l-wilkins

https://en.wikipedia.org/wiki/Mesannie_Wilkins

Idź do oryginalnego materiału