Magda nigdy nie miała 39 lat. Właśnie skończyła 38 i dzisiaj był jej pierwszy dzień po powrocie z dwutygodniowego zwolnienia lekarskiego. Zerwała sobie na siłowni coś w kręgosłupie i przez cały ten czas leżała na kanapie w kawalerce na Nadodrzu, oglądając powtórki „M jak miłość” i zagryzając chipsami. Po raz pierwszy od lat zobaczyła swoje odbicie w lustrze bez pozy. Bez wciągniętego brzucha i bez tej całej trenerskiej maski. I wcale nie wyglądała na 38. Wyglądała na 42, może 44.

newsempire24.com 1 dzień temu

Klub „Energy Fit” przy ulicy Legnickiej pachniał chlorem i tanim odświeżaczem o zapachu wiśni. Magda odłożyła torbę, przebrała się w czarny top i siatkowe legginsy, zacisnęła rzep na nadgarstku i weszła na salę. Grupa była już ustawiona. Kątem oka zauważyła, iż w trzecim rzędzie stoi ten nowy chłopak – ten, który kupił karnet miesiąc temu i od tamtej pory nie opuścił żadnego jej zajęcia. Paweł. Ktoś jej mówił, iż ma 28 lat i pracuje w IT przy którejś z tych korporacji na Starym Mieście.

Lekcja ruszyła. Przysiady, wykroki, pot na skroniach. W rytm muzyki przeszła na przód sali i zobaczyła, jak Paweł opuszcza hantle i zastyga w pół ruchu, kiedy ona akurat podnosiła ręce do góry. Nie lustrował jej – on po prostu nie był w stanie oderwać od niej tych swoich zielonych oczu. Magda pomyślała wtedy tylko jedno: *on jest od ciebie jedenaście lat młodszy, dziewczyno, ogarnij się*. Po treningu jak zwykle podeszło kilka osób z pytaniami o dietę. Paweł czekał na samym końcu, oparty o drzwi do szatni. W ręku trzymał dwa bilety.

– Na koncert. Ktoś mi oddał, a nie mam z kim iść. – powiedział takim tonem, jakby naprawdę sądził, iż ona w to uwierzy. – W sobotę, Stary Klasztor, zespół Organek. Pani Magdo, to nie jest podryw, po prostu nie lubię chodzić sam.

Pani Magdo. Nigdy wcześniej nikt do niej tak nie powiedział. Była „Magdą”, dla klientów „trenerką”, a dla byłego męża przez dziesięć lat „Magdusią”, dopóki nie przestał jej w ogóle nazywać. Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozległ się dźwięk z jej własnego telefonu – dzwonił Rafał. Ten sam Rafał, który trzy lata temu spakował swoje rzeczy i wyprowadził się do 25-letniej instruktorki z klubu „Pure Gym” na Krzykach.

– Oddzwonię później – rzuciła do Pawła i wyszła na korytarz.

Rafał dzwonił, żeby jej powiedzieć, iż zabiera ze strychu wspólne narty. Że jemu i Oli będą potrzebne, bo jadą do Szklarskiej Poręby. Że ona, Magda, i tak od dawna nie jeździ, więc niech nie robi problemów.

– Jasne, Rafał. Weź sobie – odpowiedziała i rozłączyła się.

W sobotę po raz drugi od rozwodu włożyła sukienkę. Nie sportową koszulkę, nie legginsy – sukienkę, tę w ciemnozielone kwiaty, którą kupiła sześć lat temu na wesele przyjaciółki i od tamtej pory schowała w foliowym worku na dnie szafy. Kiedy zapukał do drzwi, była pewna, iż zaraz się zorientuje, iż to wszystko bzdura, iż stroi się jak nastolatka.

A on stał w progu z torbą termiczną i dwoma kubkami kawy.

– Z mlekiem owsianym. – Podał jej kubek. – Nie wiedziałem, czy pani pije krowie, czy nie.

W Starym Klasztorze było tłoczno. Po koncercie poszli na most Piaskowy, a potem na Ostrów Tumski. Mówił o tym, iż kiedyś chciał być pilotem, ale skończył na pisaniu kodu, i iż jego mama hoduje storczyki na parapecie, a ojciec od piętnastu lat remontuje łazienkę, która wciąż jest w stanie surowym. Magda słuchała i po raz pierwszy od dawna nie myślała o tym, co będzie jutro.

Tydzień później matka Magdy, pani Halina, sprzedawała tulipany w budce na placu Bema. Magda wpadła pożyczyć pieniądze na nowy zestaw mat do klubu.

– Słyszałam, iż się z kimś widujesz. – matka ułożyła żółtego tulipana z resztą, nie patrząc na córkę. – Mówiła mi Grażyna z warzywniaka, iż widziała cię na Moście Tumskim z jakimś chłopakiem. Wyglądał jak student.

– Ma 28 lat, mamo. I nie jest studentem, tylko informatykiem.

Pani Halina odłożyła nożyczki.

– Magdalena, masz prawie czterdzieści lat. On choćby trzydziestki nie skończył. Ludzie będą się z ciebie śmiać. Ja się nie wtrącam, ale zastanów się, czy warto. Rafał był w twoim wieku i jak się skończyło.

Magda nie odpowiedziała. Wzięła z lady jednego tulipana, położyła trzy złote i poszła.

Dwa tygodnie później w klubie rozegrała się scena, której miała nie zapomnieć. Prowadziła zajęcia rozciągające, spokojna muzyka, półmrok, wszyscy na matach. W przerwie, kiedy szła po wodę do dystrybutora, usłyszała za sobą znajomy głos.

– Magdusia! Nie widziałaś Oli? Miała dzisiaj u ciebie ćwiczyć.

Odwróciła się. Rafał stał w przejściu z rękami w kieszeniach, a obok niego Paweł właśnie wycierał ręcznikiem sztangę.

– A ty kim jesteś? – Rafał zmierzył Pawła wzrokiem. – Nowy trener?

– Nowy chłopak – odpowiedziała Magda, nie do końca rozumiejąc, dlaczego to powiedziała.

Rafał parsknął śmiechem. Głośnym, takim, który odbijał się od ścian sali i sprawiał, iż kilka osób obejrzało się przez ramię.

– Serio? Ile on ma lat? Dwadzieścia? Magda, znalazłaś sobie synka? Ola mówiła, iż się z kimś spotykasz, ale myślałem, iż to żart. – Rafał podszedł bliżej. – Po co ci to? Zbierasz na wnuka?

Paweł postawił sztangę na stojaku. Nie podniósł przy tym głosu, choćby nie zrobił kroku w stronę Rafała. Po prostu otarł ręce w ręcznik i powiedział:

– To ja. Mam 28 lat i jestem zakochany w Magdzie. A panu – tu wskazał na logo klubu na koszulce – radziłbym wyjść, bo przeszkadza pan w zajęciach. Ola ma trening dopiero o siódmej.

Na sali zrobiła się cisza, taka przez którą słychać było jak z dystrybutora kapie woda. Magda stała z kubkiem w dłoni i czuła, iż drży jej podbródek. Ale nie ze wstydu. Tylko dlatego, iż nikt, naprawdę nikt nigdy przy niej tak po prostu nie stanął.

Rafał wymamrotał coś pod nosem i wyszedł, trzaskając drzwiami. Po treningu Paweł odprowadził ją do domu. Na schodach przed wejściem do kamienicy zatrzymał się i podniósł coś z wycieraczki. Był to mały, pęknięty storczyk w folii.

– To na pewno od mamy – uśmiechnął się. – Ma ich całe mieszkanie i rozdaje wszystkim. Chyba chciała dać znać, iż zaprasza na obiad.

Obiad u państwa Kowalskich odbył się w następną niedzielę w domu jednorodzinnym na Krzykach. Stół był zastawiony: rosół z makaronem i kaczką z jabłkami. Matka Pawła, Edyta, miała na sobie bordową apaszkę i taką samą burzę ciemnych loków jak syn. Kiedy Magda zobaczyła ją w drzwiach, pomyślała tylko: *ona wygląda, jakby była moją siostrą, nie matką jego*. Rzeczywiście, Edyta miała 45 lat. Sześć więcej niż Magda.

Przy stole przez pierwszą godzinę panowała ta szczególna polska atmosfera, kiedy wszyscy są uprzejmi, ale nikt nie wierzy w ani jedno słowo. Edyta podawała półmiski, a ojciec Pawła, pan Zbyszek, przyglądał się Magdzie tak, jak ogląda się samochód przed kupnem. W końcu Edyta odłożyła widelec.

– Wiesz, Magdo, jak Paweł powiedział, iż spotyka się z trenerką, pomyślałam, iż to jakaś 22-latka. – Urwała, po czym dodała łagodniej. – I wiesz co? Cieszę się, iż nie. Ja w twoim wieku byłam już pięć lat po rozwodzie, z Pawłem na głowie i kredytem na 30 lat. I wtedy poznałam Zbyszka. On miał wtedy 28 lat, tak samo jak Paweł teraz. – Złapała męża za rękę. – Moi znajomi też mówili, iż jestem za stara, iż on jest za młody, iż to nie ma przyszłości. A my siedzimy tutaj razem już szesnaście lat. Więc nie słuchaj nikogo. Wiek to tylko liczba, która w dowodzie osobistym figuryje.

Pan Zbyszek wtrącił z pełnymi ustami:

– I dobrze ci tak, Edytka, bo jednak starzejesz się szybciej.

Edyta rzuciła w niego serwetką, a cały stół wybuchnął śmiechem. Magda poczuła, iż może oddychać.

Dwa miesiące później, w chłodny listopadowy poranek, Magda stała przed drzwiami mieszkania Pawła na Gajowickiej z kluczem, który dał jej tydzień wcześniej. W jednej ręce trzymała reklamówkę z biedronki z zakupami, w drugiej – doniczkę ze storczykiem, którego dostała od Edyty po niedzielnym obiedzie. Włożyła klucz do zamka i usłyszała z wnętrza dźwięk puszczonej głośno płyty – Organek, „Głupi ja”. Za oknem tramwaj linii 17 wezwał przystanku przy placu Powstańców Śląskich.

Paweł stał przy kuchence, próbując smażyć naleśniki. Kalafonia z patelni przywarła do sufitu, a on, z mąką we włosach, odwrócił się do niej i powiedział tylko:

– Wiem, iż nie umiem gotować. Ale nauczyłem się jednego. – Wziął od niej doniczkę ze storczykiem i postawił na parapecie, obok innego, w identycznej folii. – Moja mama mówi, iż te kwiatki nie potrzebują dużo wody. Tylko trzeba im dawać spokój i czasem patrzeć, czy coś z nich wyrasta.

Magda odstawiła siatkę, zdjęła buty i podeszła do okna. Na parapecie stały już cztery storczyki, wszystkie od Edyty, przywiezione w różnych odstępach czasu. Wyglądały jak zapis czegoś, co dopiero zaczynało rosnąć.

Idź do oryginalnego materiału