Między „na zawsze” a „na razie”

businesswomanlife.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: Między „na zawsze” a „na razie”


Anna Błażejewska-Woźniak – psycholog i autorka książki ,,Tam, gdzie milkną słowa. Pisze o relacjach i emocjach bez lukru. Na Instagramie dociera do tysięcy odbiorców, budując silną , zaangażowaną społeczność.

Są takie momenty w życiu, kiedy stoisz przed szafą, patrzysz na rząd ubrań i dochodzisz do wniosku, iż masz w czym wyjść… ale nie masz dokąd. I choć brzmi to jak problem garderoby, podejrzewam, iż w rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego. Ostatnio zaczęłam zauważać, iż relacje przypominają modę. Są sezony na wielkie uczucia, które pojawiają się nagle, zachwycają intensywnością, a potem znikają, zostawiając po sobie tylko zdjęcia i pytanie, jak to możliwe, iż coś, co wydawało się tak trwałe, okazało się tylko trendem. Dorastaliśmy, wierząc w „na zawsze”. W historie, które zaczynają się od przypadkowego spotkania, a kończą wspólną starością na werandzie. Nikt jednak nie przygotował nas na epokę „na razie”. Relacje, które nie mają wyraźnego początku ani końca. Wiadomości wysyłane o dziwnych porach. Spotkania, które wyglądają jak randki, ale nikt nie używa słowa „związek”, jakby było zbyt ciężkie, zbyt zobowiązujące… albo po prostu zbyt szczere. Zauważyłam, iż zarówno kobiety, jak i mężczyźni nauczyli się mistrzowsko funkcjonować w półcieniach. Potrafimy mówić o uczuciach tak, żeby niczego nie powiedzieć. Potrafimy być blisko, zostawiając sobie jednocześnie szeroko otwarte drzwi ewakuacyjne. Być może to dlatego współczesne randkowanie coraz częściej przypomina czytanie instrukcji napisanej drobnym drukiem. Niby wszystko jest jasne, ale dopiero po czasie odkrywamy, gdzie kryły się najważniejsze warunki. Zawsze fascynowało mnie, jak bardzo potrafimy zakochać się w czyjejś uwadze. W tych krótkich momentach, kiedy ktoś odkłada telefon tylko po to, żeby spojrzeć nam w oczy. W wiadomościach, które pojawiają się wtedy, kiedy się ich nie spodziewamy. W drobnych gestach, które urastają do rangi dowodu, iż może tym razem będzie inaczej. Problem polega na tym, iż uwaga bywa myląca. Można ją ofiarować spontanicznie, lekko, bez większych konsekwencji. Obecność natomiast wymaga decyzji. A decyzje, jak wiadomo, przestały być modne. Z wiekiem zaczynam podejrzewać, iż miłość nie rozpada się przez wielkie dramaty. Częściej rozmywa się w codziennym „zobaczymy”, „może kiedyś”, „teraz mam dużo na głowie”. I zanim zdążymy zapytać, dokąd to wszystko zmierza, orientujemy się, iż stoimy w miejscu, próbując zbudować przyszłość z czyjejś niepewności. Co ciekawe, niezależnie od płci, wszyscy mamy podobne lęki. Boimy się, iż wybierzemy źle. Że damy z siebie za dużo. Że jeżeli przestaniemy być ostrożni, ktoś zobaczy nasze niedoskonałości i uzna je za powód do odejścia. Paradoks polega na tym, iż im bardziej staramy się chronić, tym częściej budujemy relacje, które od początku mają datę ważności. A przecież miłość, ta prawdziwa, rzadko przypomina fajerwerki. Bardziej przypomina światło, które ktoś zostawia zapalone, kiedy wracasz późno do domu. Nie krzyczy, nie oślepia, ale sprawia, iż czujesz się bezpiecznie.

Zaczęłam się zastanawiać, czy w świecie, który oferuje nieskończone możliwości wyboru, największym luksusem nie staje się ktoś, kto świadomie z tych możliwości rezygnuje… właśnie dla nas. Bo może dorosłość w relacjach nie polega na tym, iż spotykamy ludzi bez wad. Może polega na tym, iż spotykamy kogoś, przy kim przestajemy traktować uczucia jak negocjacje. I wtedy przyszła mi do głowy myśl…Czy problem współczesnej miłości polega na tym, iż boimy się zobowiązań…czy raczej na tym, iż coraz rzadziej spotykamy ludzi, dla których chcielibyśmy je podjąć?

Idź do oryginalnego materiału