Rozdział 1 (część 1): Podryw na Toyotę. / MonikaSK

publixo.com 2 godzin temu

Rozdział 1 (część 1)
Jesień 2024. Podryw na Toyotę.



Październikowe popołudnie pachnie deszczem; powietrze jest miękkie, rześkie, otulone miejskim zgiełkiem. W oddali szumią ulice, przejeżdża autobus, ktoś woła dziecko. Na placu zabaw, gdzieś w Richmond, otoczonym niskim, metalowym ogrodzeniem, panuje jednak zaskakujący spokój. Tylko szeleszczące liście i delikatne skrzypienie huśtawek zakłócają ciszę. Ville siedzi na jednej z nich, lekko się bujając. Długie nogi nonszalancko dotykają ziemi, ramiona ma oparte o łańcuchy. Jego spojrzenie nieustannie podąża za małą Amidalą, która właśnie wspina się na kolorową konstrukcję przypominającą zamek. To nagroda za dzielne zniesienie porannej wizyty u stomatologa. Dziewczynka śmieje się, obracając w dłoni niewielką, błyszczącą zabawkę – prawdopodobnie z automatu w poczekalni.
Ami nie bywa często w takich miejscach. W ich prywatnym pałacowym ogrodzie czeka na nią własny park rozrywki: trampoliny, zjeżdżalnie i tor przeszkód. Ale Ville czasem woli zabrać ją gdzieś, gdzie ludzie są zwyczajni. Wśród niań i mam bywa wtedy jedynym ojcem, co często przyciąga spojrzenia. zwykle takie sytuacje kończą się szybciej, niż powinny. Dziś również miał taki zamiar, ale plac świeci pustkami.
Libertyn przeciąga się na huśtawce, zerkając leniwie w bok – i wtedy ją zauważa. Młoda dziewczyna prowadzi za rękę kilkuletniego chłopca. Jej ruchy są spokojne, naturalne. Gdy siada na ławce po drugiej stronie, Ville nie czeka długo i woła Amidalę do siebie, a ta natychmiast zjawia się obok niego.
– Wygląda na to, iż będziesz miała towarzystwo. Spróbuj się zakolegować.
Klepie córkę lekko po plecach. Ami od razu podbiega, radośnie machając rękami z wiatrem szeleszczącym w kurtce. Chłopiec właśnie wspina się na zjeżdżalnię i nim Ville się obejrzy, dzieci już bawią się w najlepsze, śmieją się, rozmawiają, piszczą z radości.
– No dobrze – mruczy do siebie. – Czas na tatusia.
Znowu zatrzymuje wzrok na dziewczynie. Jest po prostu śliczna – ciemne włosy w miękkich falach opadają jej na ramiona, prawie czarne oczy, delikatne rysy, prosty nosek. Wstaje, podchodzi do dziecka i przez dłuższą chwilę coś mu tłumaczy o odpowiednim zachowaniu; gdy spogląda w stronę Villego, lekko się uśmiecha. Libertyn dostrzega, iż jest zgrabna, ale nieprzesadnie chuda, i iż ma świetne nogi. Coś jeszcze przykuwa jego uwagę – sposób, w jaki się porusza, jakby unosiła się nad ziemią. Jego zamyślenie nad urodą dziewczyny zostaje przerwane bieganiną dzieci wokół karuzeli.
Ville podchodzi do Ami, prosząc, żeby była ostrożna. Córka kiwa głową i pędzi dalej, gubiąc po drodze swój ulubiony czerwony berecik.
– Ach, te dzieci… – wzdycha, posyłając dziewczynie uśmiech.
Ona odwzajemnia gest, choć jej twarz pozostaje spokojna, bez szczególnych emocji.
Ville przez chwilę jej się przygląda. Chyba nie jest aż tak sławny, jak mu się wydawało. Najwyraźniej nie jest jedną z milionów fanek śledzących jego social media. Może to i lepiej. Niech tak zostanie.
– Młody to twój syn?
– Nie, Greg jest synem koleżanki. Czasem się nim zajmuję. A to twoja siostra? – pyta, wskazując na Amidalę.
– Ami to moja córka.
Widząc jej zdziwienie, gwałtownie dopowiada:
– Wcześnie zacząłem.
Wyciąga rękę, unosząc lekko brwi, i obdarza dziewczynę nieśmiałym uśmiechem.
– Vivaan.
– Rose – odpowiada miękko, ujmując pewnie jego dłoń. Po krótkiej chwili dodaje, z lekkim przekrzywieniem głowy: – Vivaan… nietypowo.
Chłopak prostuje się odrobinę bardziej, jakby chciał potwierdzić wagę własnych słów, bo akurat imię, które podał, jest jego drugim imieniem.
– Mama ma indyjskie korzenie.
Rose uśmiecha się jedynie i przez chwilę obydwoje stoją w ciszy, obserwując bawiące się dzieci. Ami z zacięciem wspina się na dach drewnianego domku, podciągając się za krawędź.
– Amidala, złaź stamtąd natychmiast! – woła, unosząc rękę w stronę córki.
Dziewczynka zsuwa się prędko na ziemię, otrzepuje spódniczkę i biegnie dalej, w stronę piaskownicy.
– Śliczne imię – mówi Rose, przyglądając się jej z ciepłym uśmiechem. – Idealne dla ślicznej córeczki. Też jesteś fanem Gwiezdnych Wojen?
– Tak. Chciałem nazwać ją Darth Vader, ale moja mama stanowczo zaprotestowała.
Rose wybucha śmiechem, głośno i szczerze. I właśnie wtedy Libertyn decyduje się zaryzykować.
– Jesteś wolna?
Dziewczyna unosi brwi z zaskoczenia. Jest przekonana, iż chłopak jest gejem – delikatna uroda, subtelny makijaż, idealnie uczesane włosy, dłonie ozdobione bransoletkami i pierścionkami. Do tego dopasowane jeansy i świetnie skrojony płaszcz. Nie pozostawia to wielu wątpliwości.
Uznała pytanie za żart, więc odpowiada żartem:
– No wiesz, po mieście jeździmy pięćdziesiątką.
– To było dobre – przyznaje z aprobatą.
W głowie Rose pojawia się myśl: Jaki on jest piękny i te przeszywające zielone oczy… Po chwili karci się: Mam chłopaka. To nielojalne wobec Eryka.
– Jesteś samotnym ojcem? – pyta w końcu.
Ville niechętnie zdradza szczegóły tej historii, ale na to pytanie akurat może odpowiedzieć.
– Tak. Ami jest ze mną. Moi rodzice bardzo mi pomogli… i przez cały czas pomagają. Nie mam dziewczyny ani żony.
Przełyka ślinę, próbując zebrać myśli. Gdy widzi, iż dziewczyna lekko unosi brew, dodaje jeszcze:
– Mam chłopaka, ale emocjonalnego. W sensie… ach, to skomplikowane – macha ręką. – Miałem kiedyś narzeczonego, ale nie wyszło…
Po czym urwanym ruchem odwraca wzrok.
– Rozumiem. Przykro mi – mówi cicho lekko zagryzając wargi..
– Mea culpa. Nie byłem zbyt wierny. Adi przyłapał mnie z dziewczy… ną – poprawia się szybko. – To była raczej próba poszukiwania siebie.
Znaczy… z dziewczynami – dodaje już w myślach, a na jego twarzy pojawia się rozmarzony uśmiech.
– No, no – stwierdza z uznaniem. – Prawdziwy z ciebie oryginał.
Nie mówi tego na głos. Wystarczy, iż pomyśli: A nie jak nudziarz Eryk.
– Studiujesz, pracujesz? – pyta Ville próbując zgubić wątek.
– Studiuję informatykę. Dorabiam na zleceniach. A ty?
– Zacząłem matematykę. Na co dzień pracuję w branży rozrywkowej.
– A dokładniej?
– Robię przy koncertach – odpowiada, machając ręką, jakby temat był mniej istotny, niż w rzeczywistości.
Nie rozwija dalej. Nie lubi od razu przyznawać się, iż jest wokalistą Liberty Fade. jeżeli nie musi, nie mówi.
Ale dziewczyna nie daje za wygraną; lustruje go z góry na dół, próbując odgadnąć, o co chodzi.
– Organizujesz je czy nosisz sprzęt za zespołem?
– I to, i to – szczerzy się w uśmiechu, bo właśnie uniknął tematu sławy.
– Nie jesteś przypadkiem fotomodelem?
Pytanie Rose nie jest rzucone od niechcenia. Jego metroseksualny wygląd – gładka cera, starannie dobrane ubrania, teatralne ruchy zdradza zainteresowanie modą. Wzrost raczej wyklucza karierę modela wybiegowego, ale fotomodeling? To już brzmi prawdopodobnie.
– Nie. To mnie nie interesuje – rzuca luźno Ville. – Teraz moja kolej: trenujesz balet albo gimnastykę?
Dziewczyna jest zaskoczona pytaniem. On od razu to zauważa. Trafił.
– Taniec towarzyski od lat. Skąd wiedziałeś? Też tańczysz?
– Domyśliłem się po tym, jak się poruszasz. Pracuję w rozrywce, więc mam oko. A jeżeli chodzi o taniec… jestem wirtuozem parkietu. Może kiedyś pójdziemy na jakąś imprezę?
– Czemu nie? – śmieje się Rose, a w głowie ma jedno: Gej czy nie – ten chłopak mnie fascynuje.
Dziewczyna postanawia to wykorzystać; obraca się dookoła, analizując otoczenie.
– Czasem fotografuję i obrabiam zdjęcia na zlecenie. Mogę ci zrobić parę fotek?
– jeżeli przysięgniesz, iż nie wrzucisz ich do sieci i mi je wyślesz.
Rose kiwa głową, podnosząc głos, żeby przebić się przez śmiechy dzieciaków biegających dookoła.
– Oczywiście. Nie mam aparatu, ale telefonem też dam radę. Światło jest dobre.
Libertyn rozgląda się wokół siebie. Złota godzina. Blask słońca rozlewa się na trawie i drabinkach.
– Mów, co mam robić.
Rose wskazuje gestem dłoni na ławkę naprzeciwko i wyciąga telefon.
– Usiądź tam i bądź sobą.
Zajmuje miejsce. Ona ustawia kadr, pochylając się lekko, robi kilka ujęć. Libertyn patrzy na nią z uznaniem. Rose wie, co robi, choćby telefonem. Widać to po sposobie, w jaki kadruje i ustawia światło. Brał udział w dziesiątkach profesjonalnych sesji z zespołem, zna się na tym.
– Zobacz – oznajmia, pokazując ekran.
– Wyglądam super. Wyślij mi je, proszę – stwierdza i podaje jej kontakt do prywatnego profilu: V. V. WOW.
– Ale dziwny nick. Choć… pasujący – stwierdza z uśmiechem, ale jej spojrzenie nagle ucieka w bok.
Odwraca się gwałtownie, prostując ramiona. Coś przyciągnęło jej uwagę przy furtce.
– Poczekaj chwilę. Przyjechała mama młodego – dodaje gwałtownie i już rusza w stronę chłopca, machając ręką, żeby podążył za nią.
Bierze Grega za rękę i prowadzi do niebieskiego kombi, zamienia kilka słów z kierowcą i wraca do Villego, który już na kolanach trzyma Amidalę i przegląda zdjęcia na ekranie.
– Dzięki, są naprawdę ładne.
– Nie ma sprawy. Ale muszę już iść. Mam dużo pracy.
– Może cię podrzucić? – proponuje, poprawiając kaptur córce.
Chce przewieźć dziewczynę Ferrari – to zawsze działa, przynajmniej w jego przypadku.
– Nie trzeba, jestem mobilna.
Libertyn nie ukrywa ciekawości; spogląda na nią uważnie, próbując przypasować do niej odpowiednią markę samochodu.
– Czym jeździsz?
Dziewczyna wskazuje na czarnego Chevroleta Camaro z V8 i z zarysowanym błotnikiem.
– Biedny samochód – krzywi się. – Przez tę rysę wygląda na smutny. Twój czy tatusia?
– Mój… od tatusia. Kocha amerykańską motoryzację.
Chłopak traci pewność siebie, a w głowie pojawia się myśl: Oj, nie będzie łatwo.
– A mój tata jeździ Ferrari! – wtrąca wesoło dziewczynka, podskakując do przodu.
Ville przytula córkę mocno do nogi, wyciąga wafelek i podaje jej pospiesznie.
– Na co dzień użytkuję nudnego czerwonego SUV-a Toyoty. Żartujemy, iż to Ferrari – mówi, dziwiąc się samemu sobie, iż powiedział to na głos. – W piątek wieczorem spotykamy się w Virginia Water w Surrey. Jeździmy na deskach, będzie dużo śmiechu. Może dołączysz?
– Nie mam jak dojechać – odpowiada patrząc w telefon na mapę. – Oddaję samochód do lakiernika. Poza tym nie jeżdżę na deskorolce.
– Większość ludzi, którzy tam przychodzą, tego nie potrafi. To bardziej spotkanie przyjaciół. Chętnie po ciebie przyjadę. Dziewiętnasta?
– Dobrze, dzięki za zaproszenie. Może zrobię wam kilka fotek?
– Byłoby świetnie.
– Ale teraz naprawdę muszę iść – informuje Rose kucając przed Ami. – Dzięki za wspólną zabawę. Greg rzadko chce biegać z dziewczynami. Piątka?
– Piątka! – potwierdza dziewczynka.
– Do zobaczenia – żegna się, podchodząc do Villego, a on całuje ją w policzek.
Dziewczyna zastyga na chwilę. W brzuchu pojawiają się motyle. Piękny. I jeszcze tak pachnie. Gdy wsiada i zamyka drzwi swojego auta, odruchowo dotyka miejsca pocałunku i stwierdza, iż choćby jeżeli chłopak jest gejem, to warto go mieć w swoim życiu.
Ville i Amidala zostają jeszcze chwilę. Patrzą w milczeniu, jak czarny Camaro znika za zakrętem. Silnik warczy nisko, głęboko, zostawiając za sobą ślad spalin i czegoś trudnego do uchwycenia – może zapachu perfum Rose, może napięcia chwili.
– Bardzo ładna i miła – oznajmia Ami, biorąc ostatniego gryza batonika.
– Tak, zgadzam się – odpowiada i zerka na zegarek. – Czas wracać. Nasze autko czeka przy klinice.
W drodze do Surrey Ami zasypia. Ville jedzie powoli przez obrzeża miasta, kontrolując ruch uliczny oraz własne myśli. Z radia cicho sączy się delikatny house. Chłopak lekko uchyla szyberdach. Jesienne powietrze pachnie mokrym asfaltem, zmieszanym z resztkami spalin i dymu z kominków. Rose zrobiła na nim ogromne wrażenie. Nie chodzi tylko o urodę. Widział tysiące ładnych twarzy, dotykał setek ciał. Ale tutaj… coś było inaczej. Coś w sposobie, w jaki patrzyła. W braku reakcji. W tym, iż była obecna – prawdziwa. Nie szukała w nim sławy. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Kiedy zwalnia na zakręcie, zaczyna rozważać, czy nie zaproponować dziewczynie pracy. Rose zna się na komputerach, kocha fotografię, a jego program Liberty Fade Life cierpi na brak kadry.
Następnie uśmiecha się bezczelnie, poprawia lusterko i dodaje bezgłośnie: A wtedy, prędzej czy później ja i piękna i tak wylądujemy w łóżku. Choć pewnie prędzej.
W międzyczasie Rose wraca do swojego mieszkania, niewielkiego, ale przytulnego. Lokum kupione przez ojca, z dobrym dojazdem na uczelnię. Kładzie torbę na fotelu, zdejmuje buty, poprawia włosy i siada przy komputerze. Próbuje zabrać się za projekt. Ale co chwilę zerka na telefon. Na ekranie wciąż wyświetla się nowy kontakt – profil Vivaana. Nie może się oprzeć. Włącza galerię i przegląda zdjęcia. Na jednym jej nowy znajomy w promieniach słońca: przymrużone oczy, lekki uśmiech, jakby się zamyślił.
Dziewczyna siedzi bez ruchu i w końcu nie wytrzymuje, drukuje jedno z ujęć, przypina je pinezką nad biurkiem i patrzy. Po chwili wzdycha ciężko: jest w związku, a przynajmniej próbuje układać sobie prywatne życie. Z chłopakiem mało co ją łączy, chciała choćby niedawno z nim zerwać, ale Eryk ma „gadane” i jakoś przekonał ją, by tego nie robiła.
Tymczasem Libertyn wrócił już do domu. Teraz siada z laptopem w salonie kominkowym, ale nie otwiera żadnego z arkuszy, które czekają na uzupełnienie. Wzrok błądzi, myśli krążą: Cholera, jaka ona jest… inna. Sięga po telefon i pisze, choć nie do końca wie, co chce napisać.
V: Jak tam projekt?
R: Idzie ciężko, jeszcze mi zejdzie.
V: Pewnie dlatego, iż o mnie myślisz.
Przez chwilę nic się nie dzieje. Rose dostrzega wiadomość i zamiera na moment.
– Skąd on wie?! – mówi do siebie.
Gwałtownie odkłada telefon, wstaje, chodzi po pokoju. Przeczesuje włosy palcami, ale wreszcie odpisuje.
R: Myślę, ale o projekcie. Wybacz, muszę kończyć. Mam mnóstwo pracy. Dobranoc.
V: Dobranoc, Rose.
Ville ciężko opiera głowę o oparcie sofy i patrzy w sufit.
– Jak to o mnie nie myśli? – rzuca do siebie, tak jakby odpowiedź dziewczyny była przynajmniej nie na miejscu. Po czym krzywi się nieco.
– Co ja jej naopowiadałem? Teraz laska uważa, iż noszę gitary, jeżdżę Toyotą i iż jestem gejem.
Przymyka oczy, uśmiecha się lekko i w końcu kwituje:
– Oj, niedobrze.
W tym samym momencie, gdy Libertyn rozmyśla o Rose, ona znowu spogląda na jego zdjęcie. Ostrożnie zdejmuje je ze ściany, przez chwilę trzyma w dłoni, chcąc zapamiętać każdy szczegół, a potem chowa do szuflady. Siada do projektu, włącza cichą kubańską muzykę i próbuje się skupić. Pracuje do późna, kończy dopiero po pierwszej w nocy. Zmęczona, ale zadowolona, chowa notatki i szkice.
Wtedy jej wzrok zatrzymuje się na uchylonej szufladzie i na fotografii Villego.
– Może jest jakimś początkującym muzykiem? Albo aktorem? – szepcze, lekko unosząc brwi. – Tak zdawkowo opowiadał o pracy… jakby coś ukrywał. Szkoda, iż nie podał nazwiska.
Po chwili zastanowienia marszczy czoło i sięga po laptopa.
– Ale przecież mam jego zdjęcia – przypomina sobie.
Wrzuca fotografię do wyszukiwarki obrazów. Mija sekunda, potem druga, aż na ekranie pojawia się rząd wyników. Setki zdjęć, okładki albumów, nagłówki artykułów.
„Ville Vivaan Rathore Rian – symbol seksu, idol nastolatek” – czyta na głos, przecierając oczy ze zdumienia.
Drży lekko, przewijając kolejne strony, aż trafia na oficjalny kanał Liberty Fade. Kliknięcie w link otwiera świat świateł, koncertów, życia prywatnego członków zespołu i lajków od milionów fanów. I wtedy Rose uświadamia sobie jedną rzecz – tej nocy na pewno nie pójdzie spać.
Ville zatrzymuje czerwone Ferrari przy jednej ze spokojnych uliczek Richmond, parkuje tuż pod blokiem Rose, między rzędami innych aut. Zbliża się dziewiętnasta, a on, zgodnie z planem przyjechał, by zabrać dziewczynę na imprezę do pałacu w Surrey. Sięga po telefon, odblokowuje ekran, gwałtownie wystukuje wiadomość:
V: Czekam…
Powiadomienie z odpowiedzią przychodzi niemal natychmiast:
R: Dobrze, za trzy minuty jestem.
Chłopak teatralnie wzrusza ramionami i sprawdza godzinę. W oddali pulsują światła: samochody mijają go wolno, ktoś trąbi zniecierpliwiony, przetacza się autobus, a z któregoś okna dobiega cicha muzyka. Ville wysiada i opiera się o drzwi auta, czeka spokojnie. Ruch na ulicy nie ustaje – przechodnie, rowerzysta z plecakiem, śmieciarka skręcająca w boczną ulicę z cichym jękiem hydrauliki.
Gdy Rose pojawia się w zasięgu wzroku, Libertyn spogląda na zegarek, kiwając głową z aprobatą.
– Faktycznie trzy minuty – mruczy i uśmiecha się do siebie. – Śliczna, zgrabna, bystra, do tego komputerowiec, fotograf, a teraz jeszcze punktualna… robi się coraz ciekawiej.
Patrzy na nią uważnie. Jej płaszcz łagodnie faluje przy każdym ruchu, a stukot obcasów odbija się od chodnika. Mijają ją dwie kobiety z torbami zakupów; w tle ktoś podnosi głos, kłócąc się przez telefon.
Dziewczyna podchodzi do niego, wesoło poprawiając szalik. Gdy jest już blisko, rzuca zadziornie:
– Faktycznie jeździsz czerwonym SUV-em. Ale czy naprawdę musi być taki nudny?
Ville tylko lekko się uśmiecha. Przez ułamek sekundy rozważa odpowiedź, ale milczy. Otwiera jej drzwi; jego ruchy są spokojne, kontrolowane. Rose siada w środku i już od pierwszych chwil czuje luksus: ciepłe, skórzane fotele, przytłumione światło konsoli, delikatny zapach jego perfum – znajomy, ten sam co wczoraj, gdy pocałował ją na pożegnanie. W tle sączy się cicha, nastrojowa muzyka. Libertyn siada za kierownicą, odpala silnik i płynnie ruszają. Jadą przez chwilę w milczeniu; za oknami migają kolejne witryny, mijają skrzyżowania i przystanki. W środku panuje miękka cisza, przerwana dopiero przez Rose:
– Silnik ładnie mruczy. A jak gra sprzęt audio?
Ville zerka na nią kątem oka i czuje lekki niepokój. Czy ona go rozgryzła? Może wiedziała od początku? A może to tylko intuicja? Odpowiada więc ostrożnie, spokojnym tonem:
– System gra bardzo dobrze. Czego lubisz słuchać?
Rose przesuwa palcami po boczku tapicerki, powoli, jakby badała fakturę materiału.
– Lubię rytmy latino. Ogólnie rzadko słucham muzyki. – Zagryza dolną wargę, a po chwili dodaje: – Ale nie przepadam za… – zawiesza głos i spogląda na jego profil. – Za rockiem.
Ville czuje, iż robi mu się gorąco. Ona wie. Albo i nie wie. Do tego wygląda szalenie seksownie. Spogląda na jej uda – czarna, koronkowa sukienka odsłania je częściowo przy skrzyżowanych nogach, co nie przechodzi przez niego niezauważone. Stwierdza, iż Rose ma klasę. Liczy w myślach do trzech; przecież żadna dziewczyna nie będzie z nim grać w kotka i myszkę. Musi wiedzieć. Gdy zatrzymują się na czerwonym świetle, odwraca głowę i patrzy jej w oczy z wyraźną intencją.
– Podobasz mi się. Nie mam zamiaru tego ukrywać. Chcę się z tobą przespać, jeżeli się zgodzisz. A tam, dokąd jedziemy, będzie taka… możliwość.
Rose oburza się nie na żarty. Bogaty, sławny dupek. Nie jest przecież jakąś przypadkową laską. A Libertyn – w tej granatowej marynarce wygląda zbyt dobrze. Szczypie się w dłoń sprawdzając, czy to w ogóle dzieje się naprawdę.
– Wiesz co? Szkoda twojego czasu. Mam chłopaka od lat, nie interesują mnie przelotne romanse. Zatrzymaj się, proszę. Wysiądę tutaj.
Ville zaciska lekko dłonie na kierownicy, ale nie zjeżdża na bok. Przez chwilę patrzy przed siebie, po czym mówi spokojnie, głosem nieco niższym:
– Dobrze. Ale powiem ci coś. Masz chłopaka i wsiadasz z obcym facetem do jego samochodu? Trochę to dziwne, nie sądzisz?
Zmienność świateł maluje jej twarz w czerwieni i zieleni, gdy przejeżdżają przez kolejne skrzyżowanie.
– Uważam, iż jesteś znudzoną, grzeczną studentką informatyki, która szuka rozrywki. Albo po prostu nie jesteś szczęśliwa z tym swoim chłopakiem. Obie wersje sugerują, iż chcesz przygody. A ja mogę nią być.
Silnik pomrukuje głębiej, auto przyspiesza. Rose zamyka oczy, potem patrzy prosto przed siebie, udając obojętność. Skąd on to wszystko wie?
– To nie chodzi o przygodę. A może właśnie chodzi… sama już nie wiem. Włącz coś. Przecież znasz się na muzyce.
Ville sięga do konsoli i włącza klasyczny rockowy kawałek. Gitarowy riff wypełnia wnętrze auta. Napięcie unosi się w powietrzu jak dym.
W głowie Libertyna pojawiają się pytania: Wiedziała. Nie wysiadła. Nie przestraszyła się. Ale też nie chce się przespać. Czego ona adekwatnie chce?
– Od kiedy wiesz, Rose? – pyta w końcu.
Jej odpowiedź przychodzi z ulgą. Zmiana tematu jest niczym powiew chłodniejszego powietrza.
– Od początku wydałeś mi się inny. Intrygujący. Nie mogłam spać, więc sprawdziłam cię w sieci, obejrzałam fragmenty programu. Wybacz, nie słucham takiej muzyki, nie znałam twojego kanału.
Ville zerka bezwstydnie na jej szyję i dekolt, częściowo ukryty pod cienkim płaszczem.
– To nic. Nie każdy musi mnie znać. Widziałaś odcinek z piątkowych spotkań w Surrey?
– Tak. interesująca impreza. Libertyn przychodzi, próbuje zrobić triki na desce, kończy się upadkami, dziewczyny się litują i zabierają go do „jaskini rozpusty i wszelkiego zła”.
– Jedno mnie zastanawia. Oburzyłaś się na moją propozycję, choć wiedziałaś, dokąd jedziemy. Skoro oglądałaś program, powinnaś się domyślić, że… no, nie jestem grzecznym chłopcem. Więc o co chodzi?
Rose opiera głowę o okno. Szyba jest chłodna i twarda, jak zderzenie z rzeczywistością.
– Tam, na placu zabaw, wydawałeś się fajnym facetem. Czułym ojcem. Trochę szalonym, ale sympatycznym.
Zatrzymuje się na moment, ważąc każde słowo, żeby nie zabrzmieć jak desperatka. Przełyka ślinę.
– Jestem w Londynie od prawie czterech lat. Mam tu kilku znajomych, ale i tak czuję się sama. Mój chłopak, Eryk, mieszka w Bristolu. Rzadko się widujemy. Ucieszyłam się, iż mnie zaprosiłeś. Chciałam kogoś poznać. Poza tym… uznałam cię za geja. Po tym, jak dowiedziałam się, kim jesteś, powinnam odpuścić, ale… – zawiesza głos i odwraca się w jego stronę.
Na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu, z nutą zdziwienia.
– Chciałam się przejechać Ferrari. Niby SUV, ale znaczek ma – rzuca z ironią, zerkając na logo na kierownicy.
Ville unosi brew i lekko klepie ją po dłoni. To ciepły gest, bez presji, jakby mówił: w porządku, nie oceniam.
– Nie, nie prześpię się z tobą. Odwieź mnie do domu.
Chłopak milczy przez chwilę i kręci głową, dostrzegając kątem oka jej ledwie zauważalny uśmiech.
– Jedziemy do Surrey. Obiecałaś zrobić nam zdjęcia. Nie martw się – jeżeli zechcesz, nasz szofer, cię odwiezie. Albo ja. Albo zostaniesz do jutra. Ty decydujesz.
Zjeżdżają z głównej ulicy. Mija ich czarne Volvo, potem białe Audi. Światła miasta powoli rzedną, ustępując miejsca zacienionym willom i szerokim podjazdom.
Rose wpatruje się przed siebie, zamyślona. W końcu zadaje pytanie, nad którym zastanawia się od jakiegoś czasu:
– Dlaczego przedstawiłeś się jako Vivaan?
– Lubię to imię. Oznacza „pełen życia”. Oddaje mnie całkiem trafnie. Ale na co dzień go nie używam… A ty? Masz drugie imię?
– Milagros.
Ville unosi brew. Jego dłoń, oparta swobodnie na podłokietniku, powoli osuwa się w dół, a spojrzenie zatrzymuje się na jej talii. Potem unosi wzrok i wbija go w jej oczy zapominając o całym świecie wokół.
– Milagros… czyli cuda – powtarza półgłosem, smakując każde słowo.
– Znasz hiszpański?
– Nie. Moja siostra była kiedyś fanką jakiejś telenoweli. Milagros była tam główną bohaterką… – drapie się lekko po skroni – czy coś takiego. Ale tytułu nie pamiętam.
Dziewczyna śmieje się cicho, z nutą niedowierzania, ale nie drąży tematu.
– Mama tak sobie wymyśliła. Jest Hiszpanką. Ojciec – Anglikiem.
– Opowiedz coś jeszcze o sobie. Bo o mnie chyba już sporo wiesz.
Rose przyjmuje tę prośbę spokojnie, odchrząkuje, zakłada nogę na nogę i zaczyna opowiadać.
– No dobrze. Pochodzę z Bristolu, jestem jedynaczką… – zatrzymuje się na chwilę, jakby chciała się upewnić, czy to, co mówi, nie jest zbyt osobiste.
Libertyn słucha uważnie. Nie przerywa. Droga mija szybko. niedługo dojeżdżają pod wysoką, imponującą bramę posiadłości Rathorehouse. Ville zwalnia, przegląda telefon i wysyła wiadomość.
– Właśnie dostałaś kod QR. To twoja wejściówka. Pokaż go ochroniarzowi, sprawdzi tylko, czy nie masz w torebce siekiery albo AK-47.
Rose unosi brwi, przez chwilę się waha, prosi, aby Ville jeszcze raz powtórzył. Gdy chłopak robi to z uśmiechem, ona już nie protestuje, uświadomiwszy sobie, iż to nie jest zwykły dom. Bez słowa więcej wychodzi i wykonuje polecenie. Po chwili wraca, zapięta pod szyję.
– Okej… to było dziwne.
Brama powoli się otwiera, a Ville rusza naprzód.
– Wybacz. Taka procedura. Przynajmniej przy pierwszej wizycie. Gdybyś przyjechała własnym autem, sprawdziliby ci zawieszenie pod kątem ładunków wybuchowych.
Wjeżdżają głębiej w teren. Jest już zupełnie ciemno. Wiatr szarpie nagimi gałęziami drzew, a suche liście wirują pod kołami. Pałac lśni światłami, duże okna błyszczą jak ekrany, rzucając refleksy na ścieżkę. Z każdym metrem Rose coraz wyraźniej czuje skalę luksusu. Pokaźny dom jej rodziców w angielskim stylu, choć elegancki, mógłby tu co najwyżej służyć za kwaterę dla służby. Ville skręca w prawo i podjeżdża pod spory budynek z jasną elewacją – dawną stajnię, dziś przerobioną na garaż.
– Koniec wycieczki. Idziemy – mówi gasząc silnik.
Rose wysiada i rozgląda się. Zna już ten widok z odcinka, w którym rodzeństwo Rian i mała Ami oprowadzali widzów po pałacu. Jednak na żywo wszystko robi znacznie lepsze wrażenie. Ville chwyta ją za rękę i prowadzi podziemnym przejściem do oranżerii, która pełni teraz funkcję domowego skateparku. Wnętrze pachnie metalem, lakierem i czymś lekko słodkim, a przy wielkim telewizorze stoi reszta zespołu, dywagując o czymś zawzięcie. Libertyn puszcza jej dłoń i staje swobodnie obok.
– Poznajcie Rose Mayer – przedstawia nową znajomą.
Dziewczyna unosi rękę w lekkim geście powitania. Przez moment czuje się jak w programie telewizyjnym – tylko iż kamery są niewidzialne. Ville wskazuje kolejno:
– Emma Rian, moja siostra i gitarzystka – zaczyna spokojnie, gestem podbródka wskazując w stronę Emmy, która unosi brew i uśmiecha się pod nosem. – Thomas Kleinert – DJ i wokal wspierający.
Ville rzuca koledze znaczące spojrzenie. – Thomas to mój chłopak.
DJ posyła mu teatralnego całusa, jakby to było coś zupełnie oczywistego.
– Robert Walker – perkusista i podobno chłopak dziewczyny z gitarą, oraz Paul Lewin – basista.
Zatrzymuje się, budując napięcie, po czym z emfazą rozkłada ramiona:
– I ja – Ville Rian, cud nad cudami, obdarzony pięknym głosem.
Rose uśmiecha się, a Emma odwzajemnia spojrzenie z błyskiem sympatii. Dziewczyna wygląda tak samo, a może choćby lepiej niż na zdjęciach czy w programie. Na pewno nie przypomina żadnej korporacyjnej nudziary. Ekstrawagancka fryzura, cekinowa, jaskrawoczerwona marynarka, czarny koronkowy top odsłaniający brzuch. Artystka pełną gębą.
– Może się czegoś napijesz? – pyta podchodząc do Rose.
– Dziękuję, nie teraz.
Emma wskazuje w bok brodą na barek. Są tam napoje, przekąski i coś mocniejszego.
– Częstuj się, póki spragniona hołota jeszcze nie dotarła i nie dobrała się do trunków.
Po chwili dodaje już zupełnie poważnie:
– Libertyn mówił, iż zrobisz nam kilka fotek. Potrzebujemy czegoś świeżego na social media.
– Jasne – odpowiada niepewnie. – Nie ma problemu. Choć jestem amatorką. I trochę się denerwuję.
Paul odzywa się z kanapy z uśmiechem:
– Nasz zespół nie znosi sesji. Całe to: „stań tak, uśmiechnij się, nie ruszaj się”… jeżeli dasz nam luz, będzie super. I nie stresuj się.
Ville w tym czasie podchodzi do lustra w rogu oranżerii, poprawia makijaż, sięga po błyszczyk. Z teatralną pewnością siebie obraca się na pięcie i ogłasza:
– Ja jestem gotowy. Zaczynamy.
Podchodzi do Rose z powagą, lekko marszcząc brwi:
– To co mamy robić?
Reszta wybucha śmiechem. Dziewczyna automatycznie naciska spust migawki. Pierwsze zdjęcie – naturalne, w ruchu. Idealne. Obchodzi ich z aparatem, przygląda się uważnie. Ville – o porcelanowej cerze, dopracowany w każdym calu. Emma – kolorowa, z energią, która aż iskrzy. Paul – niebrzydki blondyn w kraciastej flaneli, z wyczuwalnym luzem. Robert – przystojny, włoski amant, lekki zarost, rockowy styl. Thomas – po prostu ładny chłopak, skater w obszernej bluzie, z czapką zsuniętą na oczy. Tak różni. I to ma być spójny zespół?
– Stańcie na rampie – rzuca. – Można też usiąść. Ma być wygodnie.
Słuchają. Wchodzą na rampę, jakby robili to setki razy. Paul przeciąga się, Thomas poprawia bluzę. Rose czeka cierpliwie i pyta:
– Ktoś zna jakiś fajny kawał?
Zapada cisza i lekka konsternacja. Zespół patrzy po sobie, a dziewczyna zaczyna robić zdjęcia – i o to właśnie chodzi.
– Mam jeden, ale nie wiem, czy wypada… bo jest z podtekstem – odpowiada Robert podnosząc rękę.
Mówi go i kończy z pokerową miną. Wszyscy wybuchają śmiechem. Rose wykorzystuje moment – migawka pracuje w szybkim rytmie.
– Ville, podobno lubisz się przytulać z DJ-em Thomasem. Dawajcie.
Thomas patrzy groźnie, teatralnie mruży oczy. Libertyn nie czeka ani sekundy i rzuca się do przytulenia z nadmiarem entuzjazmu. DJ próbuje się wyrwać, ale gwałtownie się poddaje. Dziewczyna wykorzystuje chwilę i chwyta kolejne ujęcie.
– Ile chcecie zdjęć?
– Kilka – odpowiada Emma. – Tak, żeby wrzucić coś fajnego.
Rose zerka na ekran aparatu, po czym podchodzi do konsoli pod dużym ekranem gdzie lecą najnowsze teledyski. Podłącza sprzęt i już po kilku sekundach zdjęcia pojawiają się na ekranie, jedno po drugim.
Emma, stojąc przy Robercie, obejmuje go w pasie i mruży oczy, studiując fotografię.
– Hmm… interesujące. O, to – wskazuje na jedno ze zdjęć – jest najlepsze. Na poprzednim wyglądam fatalnie.
– Bardzo fajne – dorzuca Thomas. – Jesteśmy tacy…
– Naturalni – kończy Ville, teatralnie rozkładając ręce.
Robert kiwa głową, zsuwając dłoń na pośladek Emmy.
– I to jest to. Zawsze chcemy pokazać luz i przyjaźń. Rzadko komu udaje się to uchwycić.
Paul wzdycha z ulgą:
– Najszybsza sesja w historii. Takie lubię.
Emma od razu wrzuca kilka zdjęć na media społecznościowe. Lajki i komentarze zaczynają spływać niemal natychmiast.
Tymczasem pod pałac podjeżdżają sportowe samochody. Silniki warczą, światła odbijają się w mokrych płytach podjazdu. Z oranżerii dobiega już głośna muzyka, a otwarte drzwi migają kolorami reflektorów. Wysiada z nich nienagannie wyglądające towarzystwo – jakby wycięci z teledysku albo przeniesieni prosto z luksusowego eventu. Przystojniaki z idealnymi fryzurami i dziewczyny w szpilkach, mini spódniczkach, lateksie i cekinach. Śmieją się, robią selfie, poprawiają włosy w odbiciu szyb. Wchodzą z impetem.
Thomas zapuszcza nowe elektroniczne hity, bas pulsuje w podłodze, stroboskopy tną przestrzeń. Kto potrafi, wskakuje na deskorolkę i pokazuje triki. Kto nie potrafi to udaje, iż potrafi, ku uciesze reszty. W tle słychać śmiech, pisk obcasów, trzask otwieranych puszek i szum rozmów w różnych językach.
Impreza rozkręca się, a Rose – ku własnemu zaskoczeniu czuje się tu dobrze. Atmosfera jest koleżeńska, ciepła, odrobinę szalona, ale pozbawiona presji. Rozmawia z Emmą i Wendy, dziewczyną Paula. Powoli się rozluźnia, śmieje. Ma wrażenie, iż nie musi tu nikogo udawać. Na stole ktoś ustawia piramidę z kieliszków, gdzieś z boku ktoś ćwiczy salto w powietrzu.
Zbliża się dwudziesta druga. Ville chwyta deskorolkę, robi dwa kroki rozbiegu i spektakularnie wywraca się już przy pierwszym triku. Ląduje na tyłku i teatralnie jęczy, jakby właśnie zakończył bolesny dramat sceniczny. Dwie blondynki rzucają mu współczujące spojrzenia. Trudno ocenić, czy patrzą na jego uraz, czy na wyrzeźbione mięśnie odsłonięte przez podwiniętą koszulkę. On jednak ich nie zauważa. Patrzy tylko na Rose, która zdążyła uchwycić moment upadku i teraz robi mu zdjęcie, nie kryjąc rozbawienia.
– Ja tu cierpię, a ty się bawisz aparatem. Może chociaż pomożesz mi wstać?
Dziewczyna podchodzi i podaje mu rękę. Ville chwyta ją za dłoń, wstaje z przesadzonym jękiem i nachyla się, szepcząc jej do ucha:
– Mam wygodne łóżko. Może chcesz się przekonać, zanim zbałamucę dwie blondynki?
– Na szczęście nie przyjechałam tu na casting do haremu, monsieur Rian.
Ville unosi brew, otrzepuje spodnie z udawaną godnością.
– Oj, piękna… ty chyba nie wiesz, ile dziewczyn naprawdę przyjeżdża tu właśnie na casting.
Patrzy na nią spod długich rzęs, przez chwilę nie mruga.
– Ale spokojnie. Ty już jesteś moją ulubienicą.
Potem dodaje po francusku:
J’aimerais te goûter. (Chciałbym sprawdzić, jak smakujesz.)
Rose zapiera dech. Libertyn szepczący jej do ucha po francusku? Nie musi znać języka, żeby zrozumieć sens. choćby gdyby mówił „kaczka zapiekana w cieście”, efekt byłby ten sam. Jego francuski działa jak afrodyzjak. Komentarze fanek spod paryskiej rolki dźwięczą jej w głowie.
– Masz dwie opcje – mówi nagle poważnie. – Mogę poprosić szofera, żeby cię odwiózł do domu. Albo… możesz wykorzystać fakt, iż jesteś moją faworytką i zostać na noc. Pokój gościnny jest gotowy.
Wyciąga klucz. Na wisiorku wygrawerowano napis: Pokój Bacha.
Rose chce odmówić. Już otwiera usta, ale w ostatniej chwili przypomina sobie odcinek z pierwszej serii Liberty Fade Life, w którym pokazano właśnie tę sypialnię – gościnną, elegancką, według Emmy najładniejszą. Prostuje się, jakby coś w niej pękło.
– To miłe, ale… nie mam ubrań na zmianę.
– Tam znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz. A jeżeli się pospieszysz, pokojówka zdąży jeszcze przeprać twoje rzeczy. Wybór należy do ciebie.
Pochyla się lekko, a jego głos staje się niższy, niemal konspiracyjny.
– A ja… cóż, muszę zająć się blondynkami.
Odchodzi, nonszalancko kładąc dłonie na pośladkach obu dziewczyn.
Emma przez chwilę obserwuje, jak Ville znika z dwiema blondynkami, po czym odwraca się do Roberta z rozbawieniem w oczach.
– Interesujące. Libertyn przyprowadza do pałacu śliczną dziewczynę i… nie idzie z nią do łóżka. Myślisz, iż jest lesbijką?
– A może po prostu jest porządna? – odpowiada Robert, unosząc brwi.
– Porządne dziewczyny nie przychodzą z moim bratem do pałacu. Rose musi woleć płeć piękną. Chcesz się przekonać?
Zanim zdąży odpowiedzieć, całuje go lekko w policzek. Odstawia kieliszek i rusza w stronę Rose.
– Patrz, jak to się robi – rzuca chłodno przez ramię.
Staje przed dziewczyną pewnie, z ręką na biodrze.
– Hej. Co powiesz na miłe spotkanie ze mną i Robem w naszej sypialni? A jeżeli będziesz miała ochotę, możemy się go pozbyć. W sumie nie będzie nam potrzebny.
Rose otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. W głowie słyszy tylko wrzask: Emma Rian, siostra Libertyna, próbuje się ze mną przespać. Co tu się, do cholery, dzieje? Po chwili przypomina sobie nocny maraton z ich programem. Widzowie wiedzą, jak intensywne życie prowadzą członkowie Liberty Fade. To nie kreacja. To styl.
– Nie, wybacz – mówi w końcu spokojnie, ale stanowczo. – Nie interesują mnie takie przygody. Przyjechałam tylko porobić wam zdjęcia. Zaraz się zbieram.
– Dobrze. Trochę szkoda. Braciszek dał ci klucz do pokoju gościnnego, więc mam nadzieję, iż jednak zostaniesz. Chętnie pokażę ci drogę.
Milczy przez chwilę, rozglądając się po sali z typową dla siebie pewnością. Jej wzrok zatrzymuje się na zgrabnej brunetce w bordowej sukience. Muska policzek Rose koniuszkami palców.
– Poczekaj chwilkę. Zawołam Roba i weźmiemy sobie jakąś przytulankę – mówi półgłosem, jakby proponowała herbatę.
Rose robi się gorąco. To uczucie uderza nagle, znajome aż do bólu – dokładnie jak wtedy, gdy Ville pocałował ją na placu zabaw. Ten sam puls przy skroniach, to samo ciepło pod skórą.
Emma wraca do Roberta, który już trzyma nową towarzyszkę za rękę.
– Faktycznie jest porządna – szepcze mu do ucha.
– Nie mów, iż staniesz w szranki ze swoim bratem – mruczy Robert.
– Czas start – odpowiada, splatjąc palce z brunetką i rusza w stronę schodów, jakby to był ich własny wybieg.
Cała czwórka wchodzi do pałacu. Przechodzą przez drzwi i stają w głównym holu. Marmurowe schody rozchodzą się łukiem w górę, balustrady lśnią niczym biżuteria, a nad nimi wznosi się wysoka kopuła z freskami. Rose zatrzymuje się odruchowo. Ten widok zna z programu, ale na żywo wygląda niemal nierealnie. Luksus nie jest tu tylko tłem – pulsuje w powietrzu, odbija się echem od kamienia, pachnie świeżością kwiatów i pasty do marmuru.
Emma rzuca jej spojrzenie przez ramię, zauważając zachwyt.
– jeżeli będziesz głodna, na końcu korytarza po prawej jest kuchnia. Kucharka dawno ma wolne, ale lodówka dla gości zawsze jest otwarta. Bierz, co chcesz.
Wskazuje główne schody.
– Tędy najłatwiej dojdziesz do Pokoju Bacha. Są jeszcze dwie boczne klatki, ale tu jest najprościej.
Wchodzą po stopniach. Robert obejmuje brunetkę i całuje ją w półmroku; Emma nie zwraca na to najmniejszej uwagi.
– My idziemy tędy – mówi już swobodniej, wskazując korytarz. – To część rodzinna. Ty skręć w prawo, tam są pokoje gościnne.
W tej samej chwili zza rogu wyłania się pokojówka. Emma mówi do niej kilka cichych słów, po czym macha Rose na odchodne. Kieruje się na lewo razem z chłopakiem i brunetką. Rose zostaje sama na schodach z sercem bijącym odrobinę szybciej i przestrzenią, która mimo całego splendoru nagle cichnie. Jakby pałac wstrzymał oddech, czekając na jej decyzję.
Idzie powoli. Pokojówka kroczy za nią niemal bezszelestnie. Korytarz chłonie noc. Drzwi otwierają się bez najmniejszego skrzypnięcia. To Pokój Bacha – dokładnie taki jak w programie: elegancki, pachnący lawendą, ze świeżo pościelonym łóżkiem i wielkimi oknami wychodzącymi na ogród. Rose zatrzymuje się w progu, niepewna.
Pokojówka mówi łagodnie:
– Panienko, w szafie są ręczniki, szlafrok i akcesoria kąpielowe. jeżeli będzie taka potrzeba, mogę odświeżyć ubrania. Rano będą gotowe.
Rose dziękuje skinieniem głowy. W łazience przebiera się w miękki szlafrok i z wahaniem podaje sukienkę, rajstopy i bieliznę. Kobieta uśmiecha się dyskretnie i wychodzi bez słowa. Zostaje sama – naga, symbolicznie rozbrojona, w pałacowej łazience.
Bierze gorący prysznic. Woda nie pomaga. Ville, Emma, zespół. Te zdjęcia. Ten wieczór. Wszystko przypomina narkotyczny sen – taki, z którego nie wiadomo, czy chce się obudzić. A przecież Rose zna luksus. Dorastała w pięknym domu, bywała w muzeach, spała w butikowych hotelach. Nie jest dziewczynką z zapałkami. A jednak… coś w niej drży.
Otulona białym szlafrokiem kładzie się do łóżka. Zatrzymuje się na moment, wzdycha ciężko. Wie, iż nie powinna o nich myśleć. Ani o Libertynie, ani o jego siostrze. A jednak żałuje. Nie tego, iż odmówiła. Żałuje, iż teraz ich przy niej nie ma.
– Czy jeżeli powiedziałam nie, to jestem już skreślona? – pyta samą siebie.
Nie wie, co przeraża ją bardziej: iż rano wyjdzie stąd, jakby nic się nie wydarzyło, czy iż została i jutro znów spotka Villego i Emmę. Jeszcze chwilę patrzy w sufit. Potem decyduje – nie będzie tego teraz analizować. jeżeli to ma być koniec, niech przynajmniej będzie królewski.

Idź do oryginalnego materiału