Mój syn przez długie lata błądził po ciemnych ulicach Łodzi jakby szukał tego, czego sam nie potrafił nazwać. W jego oczach odbijały się latarnie i odbicia kobiet, żadna jednak nie zostawała na tyle długo, by zniknęła z niej mgła. Nie pytałam o nic, bo pytania topiłyby się jak cukierki na języku; pozwalałam mu śnić swoje sny. Gdy kończył trzydziesty rok, rzeczywistość pomieszała mu się z obrazem dziewczyny o imieniu Bronisława. To było imię starodawne i szeleszczące, aż dziwnie dźwięczało w słoneczny dzień. Bronisława czuł, iż tylko ona potrafi przeprowadzić go na drugi brzeg.
Opowiadał o niej jakby była syreną z Wisły. Każdego ranka i wieczora szeptał mi jej przymioty, a one dojrzewały w moich uszach niczym jagody na dzikim krzaku. Ja też poczułam do niej sympatię, choć nie wiedziałam, czy istnieje naprawdę, czy tylko w tej powtarzającej się baśni syna. Z przyjaciółmi dzielił się opowieściami o Bronisławie, jakby był dzieckiem z wielkim dzbanem malin każdy miał spróbować, każdy miał uwierzyć. Kiedy się zdecydował, ślub był szybki jak czerwcowy deszcz, przynosząc ulgę i drżenie.
Organizowanie wesela przypominało układanie piernika w grudniową noc lepienie, skrapianie miodem, szczyptę goździków i cynamonu. Moi przyjaciele pomagali jak święci patroni, a rodzice Bronisławy byli serdeczni niczym sąsiedzi znad wspólnego płotu. Początek tej historii był miękki, lukrowany i świetlisty. Ale potem światło zaczęło gasnąć. Rozmaite nieporozumienia i cienie zaczęły się wślizgiwać pod drzwi ich mieszkania jak łagodne, chłodne mgły. Tłumaczyłam sobie przez sen, iż pierwszy rok musi smakować burzą, ale troska gnieździła się w mojej piersi niczym wróbel pod dachem.
Tej nocy marzenie pękło nagle: syn pojawił się w moich drzwiach z torbą pełną rzeczy i smutku, pachnącym deszczem. Lamentował, iż Bronisława wygnała go z mieszkania. Spał na starym tapczanie, a ja gotowałam mu rosół, choć nigdy nie jadł do końca. Bronisława nie pojawiła się ani razu, choćby jako cień na schodach. Wszystko powtarzało się w kółko kołowrotek wydarzeń, skutych kluczami do tych samych drzwi.
Kiedy Bronisława oznajmiła, iż nosi pod sercem życie, śniłam rozmowę o przyszłości, w której rozdawałam im rady jak kartki na Boże Narodzenie. Liczyłam, iż czary pomogą im zrozumieć siebie, a zamiast tego rozmnażały się tylko nieporozumienia. Mój syn coraz częściej uciekał z powrotem do mojego snu, przesiąknięty rozczarowaniem. Jego oczy przypominały zgaszone światła na rynku.
Nie mogłam już patrzeć, jak błąka się w labiryncie tego małżeństwa. Zasugerowałam mu, żeby zadał sobie to jedno pytanie, czy warto błądzić dłużej. Mówiłam, iż może być dobrym ojcem choćby zza oddzielnych murów. Niedługo po tej rozmowie widziałam we śnie, jak zanosi papiery do sądu jedno za drugim, cienkie jak opłatki, złożone w okienku, a urzędniczka przewracała je palcem jak runo karty do gry. W sądzie szeleszczące złotówki mieszały się z cichymi łzami.
Bronisława przyszła do mnie z oczami dużymi jak okna w starym domu, prosząc, bym przywróciła syna do rodziny żeby odwołać, co już spisane na papierze. Wymawiała swoje błagania wśród codziennego brzęczenia czajnika i wiatru na podwórzu. Próbowałam ją przekonać, by dbała bardziej, jakby rodzina była ogrodem z malinami, którym trzeba troski.
Teraz sama nie wiem, czy słuszne były moje porady sen rozsypywał się jak suchy chleb. Syn się ode mnie oddala, Bronisława patrzy zza firanki, a ja błądzę po tych wydarzeniach, pytając, czy miłość pozostało możliwa. Czasem mam wrażenie, iż ich historia powtarza się w każdą noc, kiedy wiatr śpiewa cicho pod oknem i wszystko jest tak samo dalekie jak złotówki w portfelu sennych snów. Mieszkanie osobno jest trudne, mieszkanie razem jeszcze dziwniejsze w tym śnie nie ma mądrych końców.






