Sama myślałam, iż ten dzień będzie bez skazy.
Słońce sączyło się delikatnie przez liście, złocąc przygotowane krzesła i kwiatowe altanki. Sylwia poprawiała welon po raz któryś, ręce jej drżały – nie ze strachu przed poślubieniem Jakuba, ale z powodu bólu, który zagościł w jej piersi odkąd rodzina narzeczonego zaczęła dyktować warunki ślubu.
Żadnych dzieci w orszaku. Żadnych niespodzianek. Żadnych „komplikacji”. Zwłaszcza ze strony Leny.
Lena była córką Jakuba z poprzedniego związku. Miała dziesięć lat, była cicha i przejmująco dojrzała jak na swój wiek. Sylwia pokochała ją od pierwszej chwili – nie z obowiązku, ale szczerą, gorącą miłością kobiety, która zna gorycz porzucenia. Matka Leny odeszła, gdy dziewczynka miała zaledwie cztery lata. Jakub wychował ją sam, pomagając sobie w tym matką, Haliną.
Gdy on i Sylwia zaręczyli się, spodziewali się, iż połączenie domów przyjdzie łatwo. Myli się.
Rodzina Jakuba ubóstwiała go. Jako cenionego prawnika, złotego syna dumnego, konserwatywnego rodu, oczekiwano, iż poślubi kobietę wpasowującą się w ich ideał. Sylwia, nauczycielka z rodziny robotniczej, nigdy w niego nie wpisywała się całkowicie. Mimo to próbowała. Gdy mówili „zachowajmy formalny ton”, powściągała żarty. Gdy narzekali na długą listę gości, skreślała przyjaciół. A gdy oświadczyli, iż „Lenny nie powinno być w orszaku” – Sylwia uśmiechała się i przytakiwała, gdy jej serce pękało coraz bardziej.
Nie spodziewała się jednak, iż Leni to nie umknie.
W sam poranek ślubu, w wirze przygotowań, dziewczynka zjawiła się w drzwiach garderoby panny młodej. Miała prostą granatową sukienkę, uczesane włosy, a w dłoni coś trzymała.
„Ciociu Sylwio” – szepnęła, przekraczając próg.
Sylwia odwróciła się, z niedokończonym makijażem, czując, iż lada moment obleją ją łzy. „Lenko! Wyglądasz cudownie!”
Dziewczynka podeszła i wyciągnęła złożoną kartkę. „Coś napisałam” – wyznała. „Na ceremonię.”
Sylwia uklękła, biorąc listek. „Skarbie, ciebie nie ma w programie. Ja… Bardzo mi przykro, ale nie sądzę, żeby…”
„Wiem” – przytaknęła Lena. „Ale mogę to przeczytać? Tak… tylko dla ciebie?”
W gardle Sylwii stanął głos. „Dobrze. Oczywiście.”
Lena wyprostowała się i zaczęła czytać cichym głosem.
„Droga Ciociu Sylwio,
Nie musiałaś mnie kochać. Nie jestem twoją córką i nikt cię do tego nie zmuszał. Ale pokochałaś mimo wszystko. Uczyłaś mnie pleść warkocze, pomagałaś w zadaniach z matematyki, kładłaś mnie do łóżka, gdy Tato musiał pracować. Opowiadałaś mi bajki choćby gdy byłaś śmiertelnie zmęczona, i zawsze zostawiałaś mi ostatnie ciasteczko. Chciałam tylko podziękować. Wiem, iż dziś jest twój wielki dzień z Tatą, ale chcę, żebyś wiedziała, iż ty też jesteś moją rodziną. Kocham cię.
Twoja, Lena.”
Łzy napłynęły do oczu Sylwii. Przyciągnęła dziewczynkę w mocny uścisk.
Wtedy wszystko się zmieniło.
Gdy ceremonia się rozpoczęła, Sylwia szła w stronę ołtarza z bukietem, walcząc z drżeniem ust. Serce wypełniała jednocześnie miłość i smutek. Jakub wyglądał olśniewająco – spięty, dumny, nadzwyczaj przystojny. Ksiądz zaczął mówić.
A potem stało się coś nieoczekiwanego.
Halina, matka Jakuba, powoli wstała z pierwszego rzędu.
„Proszę o chwilę” – powiedziała.
Zapadła cisza.
Wszyscy spojrzeli. Sylwia skamieniała, bukiet nagle stał się ciężki. Halina podeszła do przodu dumnie i pewnie, trzymając za rękę niezwykle zdecydowaną Lenę.
„Wiem, iż to nie było w planach” – zaczęła Halina, jej głos był czysty, choć pełen emocji. „Ale chyba popełniliśmy błąd.”
Serce Sylwii waliło jak młot.
„Lena ma coś do powiedzenia” – kontynuowała Halina. „I szczerze? Wszyscy powinniśmy tego wysłuchać.”
Lena wystąpiła naprzód, z mikrofonem w dłoni, karteczka w którejś drżała. Jakub wyglądał na zbitego z tropu. Sylwia chwyciła jego dłoń i mocno ścisnęła.
Lena wzięła głęboki oddech i zaczęła czytać.
To było to samo pudełko słów co wcześniej – ale tym razem wypowiadała je z mocą, która wszystkich poruszyła. Jej cichy głos był pewny
, a wszystko wokół stało się tak wyraźne i jasne jak łamiące się lody Wisły w pierwszych dniach wiosny.