Myślałam, iż moje małżeństwo to sielanka, dopóki przyjaciółka nie rzuciła mi tego pytania jak grom z jasnego nieba.
Wyszłam za mąż młodo, owładnięta gorącym uczuciem. Przez cztery lata byliśmy parą, zanim stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Przetrwaliśmy razem niejedno.
Od ponad sześciu lat dzielimy wspólny dach w Warszawie. Ufam mu bezgranicznie, tak jak i sobie. Mój mąż, Jakub Nowak, to ciepły, troskliwy człowiek. Zawsze pomaga w domowych obowiązkach. Nie jest ani Herkulesem, ani Adonisem ale ma w sobie coś, co przyciąga jak magnes: dobroć, która dodaje sił, gdy życie staje się ciężarem.
Niestety, brakuje mu stanowczości. Boi się zmian jak ognia, nie wychodzi ze swojej bezpiecznej przystani. Przez te wszystkie lata ani trochę się nie zmienił.
Nie dba o siebie, o zdrowie, o przyszłość. Ma prawie dziesięć lat więcej ode mnie. Ja, Zofia Kowalska, mam dwadzieścia sześć lat i chcę żyć pełnią życia. Mam dobrą pracę w Krakowie, własne auto, spłacamy kredyt za mieszkanie na Woli. Aż tu nagle przyjaciółka rzuca: *Po co on ci w ogóle jest potrzebny?*
I właśnie wtedy pękło coś we mnie. Teraz siedzę w cichym salonie, wpatrzona w ścianę, i powtarzam w myślach: *Po co on mi jest?*.






