Ślub Magdy
Zofia Nowak odstawiła filiżankę na spodek. Spodek cicho brzęknął. Tego dźwięku nikt nie usłyszał, bo Kasia właśnie otwierała drugą butelkę wina.
— Mamo, musisz nas zrozumieć. — Kasia przechyliła butelkę nad kieliszkiem. — Kredyt, raty za auto Tomka, jeszcze te cholerne implanty. Nie wyrabiamy.
Zofia patrzyła na córkę. Kasia miała nową bluzkę. Jedwabną. Taką, co kosztuje trzysta złotych w galerii handlowej. Na nadgarstku błysnęła bransoletka. Też nowa.
— Co ty mi adekwatnie chcesz powiedzieć? — zapytała Zofia.
— Że te dwa tysiące, które ci przelewaliśmy co miesiąc… no wiesz. Tomek uważa, iż to już niekonieczne. Jesteś na emeryturze. Masz swoją kasę.
Tomek. Zięć. Siedział na kanapie i przeglądał coś w telefonie. choćby nie podniósł głowy.
Zofia wzięła głęboki wdech. Powietrze w salonie było gęste od zapachu perfum Kasi.
— Kasiu. Pracuję u was czterdzieści godzin tygodniowo. Czasem więcej. Odbieram Adasia i Lenę ze szkoły. Robię im obiady. Odrabiam lekcje.
— No i co? Jesteś babcią! — Kasia wzruszyła ramionami. — To sama radość.
Zofia nie odpowiedziała od razu. Wstała, podeszła do kredensu. Wyjęła zeszyt. Stary, w kratkę, z wygiętymi rogami. Położyła go na stole.
— To jest mój kajet — powiedziała. — Listopad. Poniedziałek. Adaś miał gorączkę, nie poszedł do szkoły, opiekowałam się nim od siódmej rano do szóstej wieczorem. Wtorek. Lena zapomniała stroju na balet, musiałam jechać przez pół Poznania. Środa. Ugotowałam rosół, zrobiłam pranie, odebrałam dzieci i czekałam na was do dwudziestej drugiej, bo mieliście firmową kolację.
Kasia spojrzała na Tomka. Tomek wreszcie oderwał wzrok od ekranu.
— Mama, ale to jest nienormalne — powiedział. — Żeby babcia liczyła godziny przy wnukach.
— Też myślałam, iż to nienormalne — odparła Zofia. — Dlatego przestałam liczyć. Po prostu pobierałam pensję. Dwa tysiące. Od was. Za pracę.
Kasia parsknęła.
— Pensję? Nie rozśmieszaj mnie.
Zofia przewróciła stronę w zeszycie.
— Wrzesień. Poprosiłam cię o pożyczkę. Trzy tysiące złotych. Na dentystę. Odmówiłaś. Powiedziałaś, iż musicie wpłacić zaliczkę na wycieczkę do Barcelony. Pojechaliście. Było fajnie?
Tomek rzucił telefon na podłokietnik. Ekran zgasł.
— Czy ty nas właśnie rozliczasz z wyjazdu?
— Nie rozliczam. Przypominam. Sama kazałaś mi nie liczyć godzin.
Kasia zacisnęła palce na nóżce kieliszka.
— Czyli co? Jak nie damy ci tych dwóch tysięcy, to przestaniesz przychodzić?
— Oczywiście. Od jutra.
Tomek prychnął.
— I wydaje ci się, iż nas tym przestraszysz? Że będziemy błagać?
— Niczego mi się nie wydaje. Po prostu od jutra jestem babcią, która kocha swoje wnuki przez telefon.
Zofia zamknęła kajet. Położyła dłoń na wytartej okładce.
— To weź klucze — powiedziała Kasia.
— Nie. Tylko je odłóżcie. Na szafkę w przedpokoju. Jak będziecie wychodzić.
Wstała. Przeszła do przedpokoju. Zdjęła z wieszaka swój płaszcz. Stary, wełniany, zacerowany przy rękawie.
— Mamo, przestań robić sceny.
Zofia odwróciła się w drzwiach.
— Nie robię scen. Kończę pracę. Od jutra szukajcie opiekunki. Rynek pracy macie, spójrzcie w ogłoszenia. Niania w Poznaniu, czterdzieści godzin tygodniowo, dowóz dzieci. Trzy i pół tysiąca. Bez jedzenia.
Wyszła. Zeszła po schodach. Na dole trzasnęły drzwi. Telefon w kieszeni zawibrował — esemes od Tomka. "Mama, nie wygłupiaj się".
Nie odpisała.
Pierwszy tydzień był cichy. Dzwoniła Adaś, ale Zofia powiedziała, iż jest chora. Lena nie zadzwoniła wcale. W sobotę rano Zofia zaparzyła kawę w dzbanku. Prawdziwą, sypaną, nie rozpuszczalną. Wyjęła z szafki filiżankę z angielskiej porcelany, tę od siostry z Londynu.
W drzwiach zadzwonił dzwonek.
Zofia podniosła wzrok znad kubka.
Dzwonek dzwonił dalej. Natarczywy. Ktoś oparł się na przycisk i nie puszczał.
Podeszła. Spojrzała przez wizjer.
Na klatce stał Adaś. Siedmioletni. W za dużej kurtce. Oczy mokre. Obok niego Tomek, w rozpiętej kurtce narzuconej na dres. Bez czapki, mimo listopadowego wiatru.
— Mamo, otwórz! — głos Tomka był ochrypły. — Natychmiast.
Zofia oparła się plecami o futrynę.
— Po co?
— Kasia ma gorączkę. Prawie czterdzieści stopni. Ja muszę do pracy, dyrektor działu przyjeżdża z Wrocławia na audyt. Nie mam z kim zostawić chłopaka.
Zofia milczała. Patrzyła, jak Adaś pociąga nosem i wyciera go rękawem kurtki. Ten sam rękaw, którym wczoraj machał do niej przez szybę samochodu, gdy odjeżdżali spod szkoły.
— Mamo, nie słyszałaś?! — Tomek kopnął w drzwi czubkiem buta. — Zostawię go tutaj i pójdę. Słyszysz?!
— Zostawiaj. Na klatce jest monitoring. Zaraz zadzwonię po Straż Miejską. Powiem, iż ojciec porzucił dziecko na wycieraczce i uciekł.
Chwila ciszy. Potem głos Tomka, już cichszy:
— Ty jędzo.
Kroki. Coraz dalsze. Adaś zaszurał butami. Drzwi wejściowe na dole trzasnęły.
Zofia odczekała minutę. Potem podeszła do kuchennego okna. Na parkingu Tomek zapinał Adasia w foteliku. Ruchy miał szarpane. Zatrzasnął drzwi, wsiadł, odjechał z piskiem opon.
Kawa wystygła.
Zadzwoniła Kasia.
— Mamo, jak mogłaś?! — Głos córki był wysoki, roztrzęsiony. — Tomek spóźnił się na audyt! Dyrektor się wkurzył! I nie chodziło o to, iż nie chciałaś wziąć Adasia, tylko iż groziłaś Strażą Miejską! Nam!
— I co? — Zofia umyła filiżankę pod kranem. — Ile razy ty mi groziłaś? Że ograniczysz kontakty z wnukami. Że nie przyjdziecie na święta. Że umrę sama.
— To było w złości! A ty co? Na zimno policzyłaś?
— Tak. Na zimno. Tak jak ty policzyłaś, iż emerytce nie trzeba płacić.
Kasia odłożyła słuchawkę.
Zofia wytarła filiżankę ściereczką. Ręce jej nie drżały. Dawno przestały.
Miesiąc później przyszło zaproszenie. Papierowa koperta, elegancki kremowy papier. Ślub.
Nie Kasi. Bratanica, córka zmarłej siostry. Magda. Jedyna osoba w rodzinie, która dzwoniła co tydzień, bezinteresownie. Zapraszała na wesele. Do Bydgoszczy. W sobotę, za dwa tygodnie.
Zofia kupiła prezent — komplet srebrnych sztućców. Odłożyła na bilet, na hotel, na sukienkę. Sukienkę wybrała granatową, z długim rękawem. Kupiła też nowe buty. Na obcasie. Pierwszy raz od dziesięciu lat.
W piątek przed wyjazdem zadzwonił Tomek.
— Mamo, ty jedziesz na to wesele?
— Jadę.
— A kto zostanie z Adasiem i Leną? My mamy w sobotę firmową kolację. Wigilijną. Bardzo ważną. Mają być awanse.
Zofia wygładziła sukienkę na wieszaku.
— Przykro mi, Tomek. Nie mogę.
— Przecież ty wszystko robisz na złość.
— Nic nie robię na złość. Mam plany. Wyjeżdżam.
— To przełóż. Magda to ledwo rodzina.
— Magda to rodzina, która nigdy nie policzyła mi ani jednej godziny. Przyjeżdżała do mnie autobusem, gdy byłam po operacji kolana. Ty choćby nie przywiozłeś mi zakupów.
Tomek westchnął ciężko do słuchawki.
— To jest zemsta. Za te głupie dwa tysiące. Tak?
— Nie. To moje życie. Moja sobota. Mój bilet.
Odłożyła słuchawkę.
Sobotni poranek był zimny i słoneczny. Zofia wstała o siódmej. Wzięła prysznic. Zakręciła włosy na wałki. Nałożyła makijaż, delikatny, taki jak kiedyś, przed laty. Sukienka leżała idealnie.
O dziewiątej otworzyła drzwi. Na klatce stała Kasia. W rozpiętym płaszczu od razu rzuconym na byle jaki sweter. Włosy nieuczesane. Bez makijażu. Obok niej Lena w piżamie narzuconej pod kurtkę. Za nią Adaś, blady, z sińcami pod oczami.
— Mama, Lence leci krew z nosa. Już drugi raz od rana. I Adaś od wczoraj kaszle. Ja nie wiem, co robić.
Zofia popatrzyła na wnuki. Lena przyciskała do nosa chusteczkę higieniczną, już całą czerwoną. Adaś wyglądał na chorego naprawdę.
— Dzwoniłaś po lekarza?
— Nie zdążyłam. Tomek w delegacji, wraca dopiero jutro. Mamo, ja nie wiem, co robić — powtórzyła Kasia. Głos jej się łamał.
Zofia spojrzała na zegarek. Pociąg o jedenastej.
— Wejdźcie.
W mieszkaniu posadziła Lenę na krześle. Odchyliła jej głowę, przycisnęła zimny kompres do nosa. Krwawienie było mocne. Adaś położył się na kanapie i zwinął w kłębek. Kasia stała w przedpokoju, jakby bała się wejść dalej.
— Mamo, ja naprawdę nie miałam do kogo… — zaczęła.
— Czego im dawałaś na śniadanie?
— Kanapki.
— Z czym?
— Z pasztetem.
— Którym pasztetem? Tym sprzed tygodnia? Wczoraj widziałam go w lodówce, jak wpadłam po książkę. Mógł być już nieświeży. Masz numer do pediatry. Dzwoń. Natychmiast.
— Myślisz, iż to przez pasztet? — Kasia zbladła.
— Nie wiem. Ale dzieci są chore i potrzebują lekarza, nie babci z kompresem. Dzwoń.
— Mamo, błagam, zostań z nimi chociaż do południa… — Oczy Kasi wypełniły się łzami.
Zofia odłożyła kompres. Poprawiła kołnierzyk sukienki.
— Nie mogę. Mam pociąg. Wybacz.
— Ale to twoje wnuki!
— Wiem. I kocham je. Ale nie będę znowu odkładać swojego życia na potem. Za każdym razem, kiedy to robiłam, wy mówiliście, iż tak trzeba. A potem wyjeżdżaliście do Barcelony. Do spa. Na kolacje wigilijne.
Kasia patrzyła na nią rozszerzonymi oczami.
— Mamo, ty zostawiasz chore dzieci?
Zofia zdjęła z wieszaka płaszcz. Zarzuciła na ramiona. Wzięła torebkę. Granatową, do sukienki. Poprawiła apaszkę przy szyi.
— Nie. Ja zostawiam twoje chore dzieci. Tobie. Jesteś ich matką. Dasz radę.
Wyszła. Nie odwróciła się. Na schodach słyszała płacz Kasi i krótki, ostry kaszel Adasia. Szła dalej. Na dworcu zdążyła. Pociąg był podstawiony, peron prawie pusty. Wsiadła. Zajęła miejsce przy oknie.
Za szybą przesuwały się szare bloki przedmieść, potem pola, nagie drzewa. Zofia wyjęła z torebki telefon. Wyłączyła dźwięk. Odłożyła na stolik ekranem do dołu.
W Bydgoszczy czekała na nią Magda. Na widok ciotki rozpromieniła się.
— Ciociu! Ślicznie wyglądasz! I przyszłaś! Bałam się, iż zrezygnujesz.
Zofia uścisnęła ją mocno.
— Nie mogłam zrezygnować. To twój ślub.
Wesele było w małym dworku za miastem. Dużo białych kwiatów, świece, skrzypce. Magda tańczyła z mężem, śmiała się, a Zofia patrzyła na nią i myślała o tym, jak siostra byłaby dumna.
Włączyła telefon dopiero o północy, już w hotelowym pokoju. Dwanaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od Kasi i Tomka. Jeden esemes. Od Tomka.
"Jesteś potworem."
Zofia przeczytała. Nie odpowiedziała. Zgasiła światło. W pokoju pachniało lawendą i świeżą pościelą. Przez okno wpadał blask latarni. Na szafce leżał bilet powrotny. Na jutro. Na dziewiątą rano. Planowała wyspać się do siódmej i zjeść spokojne śniadanie w hotelowej restauracji. Pierwszy raz od lat.
Rano, gdy piła kawę w hotelowej jadalni, zadzwoniła Kasia. Głos miała obcy. Martwy.
— Mamo, musisz przyjechać. Natychmiast.
— Co się stało?
— Adaś. Zabrali go do szpitala w nocy. Zapalenie płuc. Leży pod tlenem.
Zofia odłożyła filiżankę.
— W którym szpitalu? Będę za dwie godziny.
— Za dwie godziny?! — Głos Kasi znów był bliski histerii. — Dzwoniłam do ciebie wczoraj! Dwadzieścia razy! Gdzie ty byłaś?!
— Na weselu Magdy. Wyłączyłam telefon. Mówiłam, iż jadę.
— Wiedziałaś, iż Adaś jest chory i wyjechałaś! Na wesele! — Kasia szlochała. — Matki bym nie skreśliła tak jak ty nas. Nigdy, nigdy ci tego nie wybaczę!
— Adres szpitala, Kasiu.
Kasia rzuciła słuchawką.
Zofia wróciła do Poznania przed południem. Prosto z dworca pojechała do szpitala dziecięcego. Na oddziale pulmonologicznym znalazła salę numer siedem.
Adaś leżał na łóżku. Mały, blady, z plastikową maską tlenową na twarzy. Rączki miał sine. Przy łóżku siedziała Kasia. Obok stał Tomek. Wrócił z delegacji.
Zofia weszła. Postawiła na szafce siatkę. W środku był sok jabłkowy, ulubione chrupki Adasia i nowa książka. O smokach.
— Wynoś się — powiedział Tomek.
Zofia nie spojrzała na niego.
— Przyszłam do wnuka.
— Nie masz wnuka. Sama to udowodniłaś. Wczoraj.
Zofia podeszła do łóżka. Pogłaskała Adasia po czole. Było gorące. Chłopiec otworzył oczy.
— Babcia… — wyszeptał.
— Jestem, słoneczko. Już jestem.
— Zostaniesz?
Zofia delikatnie ujęła jego dłoń. Palce miała chłodne od dworcowego wiatru. Adaś zacisnął na nich swoje małe, rozpalone paluszki.
— Zostanę — powiedziała. — Do jutra rana.
Kasia drgnęła.
— Do jutra? A potem co? Znowu sobie pójdziesz?
Zofia odwróciła się do córki. Ręka wciąż spoczywała na dłoni Adasia.
— Potem wrócę do siebie, a wy zorganizujecie opiekę na następny tydzień. Tak jak chcieliście. Tylko tym razem odpłatnie.
— Przecież Adaś będzie jeszcze chory…
— I dlatego zostaję teraz. Ale nie wracam do was na pełen etat. Za dwa dni Tomek kończy delegację. Od poniedziałku będziecie radzić sobie sami.
Tomek prychnął, ale pod nosem. Nic nie powiedział.
Kasia popatrzyła na matkę. Przez chwilę wyglądała, jakby miała znów wybuchnąć. Potem odwróciła wzrok. Milczała.
— Idźcie już — powiedziała Zofia. — Ja z nim posiedzę.
Kasia zawahała się. Potem zgarnęła torebkę z parapetu. Tomek ruszył za nią, choćby nie patrząc na łóżko. Przy drzwiach Kasia odwróciła się jeszcze.
— Zadzwonię wieczorem.
— Dobrze — odparła Zofia. — Czekam.
Drzwi zamknęły się cicho.
Zofia została sama. Usiadła na krześle obok łóżka. Wyjęła z siatki książkę o smokach. Otworzyła na pierwszej stronie.
— Przeczytam ci — szepnęła do Adasia. — Chcesz?
Adaś kiwnął głową. Nie miał siły mówić.
Zofia zaczęła czytać. Powoli, spokojnie. Głos jej wypełnił salę. Kapało kroplówką. Na parapecie topniał śnieg, który przywiózł na podeszwach.
Adaś słuchał, nie odrywając od niej oczu. Po dziesięciu minutach powieki zaczęły mu opadać.
— Babciu… — wymruczał. — A smoki… one wracają?
Zofia zamknęła książkę na palcu.
— Wracają — powiedziała. — Ale tylko tam, gdzie ktoś na nie naprawdę czeka.
Za oknem, na parapecie szpitalnego korytarza, zbierał się świeży, biały puch. W sali pachniało środkami dezynfekcyjnymi i mokrym płaszczem Zofii. Adaś spał. Jego dłoń wciąż spoczywała w dłoni babci.
Zofia nie wyjęła jej. Zegar na ścianie pokazywał kwadrans po dwunastej. Za godzinę miała wrócić do domu, wziąć prysznic i pojechać po swoje rzeczy. Ale jeszcze nie teraz.
Przewróciła stronę i zaczęła czytać dalej — na razie tylko dla siebie, dopóki nie wróci córka.









