Dzisiaj znów miałam ten sam koszmar. Wszystko zaczęło się tak niewinnie. Odprowadziłam męża, Piotra, do pracy, pocałowałam go w policzek i zamknęłam za nim drzwi, żeby złapać chwilę oddechu. Dzień zapowiadał się męczący – praca zdalna, obowiązki domowe, a do tego nasze nowe życie w wynajętym mieszkaniu w Poznaniu. Dopiero co wróciliśmy z podróży poślubnej i jeszcze nie zdążyliśmy się w pełni urządzić. Mieszkanie nie jest nasze, ale przytulne – po remoncie, jasne, z widokiem na Wartę. Właściciele długo szukali lokatorów i wybrali właśnie nas – młodą, kulturalną parę.
Tego dnia pracowałam w domu. Otworzyłam laptopa, zaczęłam przeglądać maile, kiedy nagle rozległo się pukanie do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo. Za drzwiami stała jego matka – Bożena Stanisławówna.
– Dzień dobry – powiedziałam, mrużąc oczy.
– Przyszłam do syna. Wpuść mnie – warknęła teściowa i, nie czekając na zaproszenie, weszła do środka.
– Piotra nie ma. Jest w pracy.
– Nic nie szkodzi. Zaczekam – odparła krótko i skierowała się w stronę kuchni.
– Proszę poczekać… Mam teraz spotkania online. Niech pani przyjdzie wieczorem, kiedy Piotr wróci – powiedziałam spokojnie, blokując jej drogę.
Bożena Stanisławówna skrzywiła się, ale zawróciła i wyszła. Wieczorem Piotr był zaskoczony:
– Mama narzekała, iż choćby herbaty jej nie zaproponowałaś.
– Piotrek, przecież wiesz, jak ona lubi wpadać bez zapowiedzi, jak u siebie. A ja pracuję, nie mam czasu w gości. I pamiętasz, jak zachowywała się w poprzednim mieszkaniu?
Piotr wzruszył ramionami:
– Takiej matki się nie zmieni. Zaprosiłem ją na sobotni obiad, spróbujmy jeszcze raz, spokojnie.
Zgodziłam się, ale przypomniałam:
– W piątek sprzątanie, w niedzielę urodziny u znajomych. Mamy wszystko zaplanowane.
Sobotni obiad minął bez większych problemów. Bożena jadła w milczeniu, ale co jakiś czas rzucała kwaśne uwagi.
– Mieszkanie zbyt drogie. Na peryferiach byłoby taniej. A w ogóle, twoi rodzice mają dom – co, nie było miejsca? Moglibyście u nich zamieszkać, odłożyć na własne.
Odpowiedziałam spokojnie:
– Niech pani zapyta Piotra, czy chce mieszkać u moich rodziców.
– Nie, mamo – wtrącił się Piotr. – Potrzebujemy własnej przestrzeni.
– Ale to nie wasze mieszkanie! – podniosła głos Bożena.
– Wynajmujemy je na rok. Płacimy i nam odpowiada – odparł.
Wtedy teściowa zaproponowała:
– Przeprowadźcie się do mnie. Mam trzy pokoje, miejsca wystarczy.
– Nie, mamo. Będziemy się odwiedzać. Mieszkanie razem to zły pomysł. Mamy inne rytmy dnia.
W następnym tygodniu znów pracowałam z domu. Piotr wyszedł do pracy, a ja położyłam się na drzemkę. Obudził mnie zapach świeżo parzonej kawy. Zdziwiłam się – mąż wyszedł, kawy nie robił. Ktoś jest w kuchni? Narzuciłam szlafrok i zeszłam na dół. Zamarłam. Przy stole siedziała Bożena Stanisławówna i jadła ciasto, popijając kawą.
– Jak pani tu się dostała? – zapytałam ostro.
– Mam klucze. Dał mi Franciszek. To jego mieszkanie. A co jego, to moje.
– Skąd klucze? – syknęłam.
– Wzięłam w sobotę. Leżały w szafce. I zostaną u mnie – oświadczyła spokojnie.
– Porozmawiamy o tym z mężem. A teraz proszę wyjść. Muszę pracować.
– Nie ruszę się stąd, dopóki nie powiem, co myślę. Od początku mi się nie podobałaś. Imię masz głupie, rodzina – bez grosza przy duszy. Piotrek wcześniej dawał mi połowę pensji, teraz ledwie grosze. Wszystko wydaje na ciebie. Wynajem, restauracje… Siedzisz mu na głowie. I choćby dzieci nie urodziłaś. A gotujesz gorzej niż w barze mlecznym!
– Skończyła pani? – spytałam zimno. – W takim razie oddaj klucze.
– Nie oddam – sięgnęła po torebkę, ale byłam szybsza. Wysypałam jej zawartość na stół – klucze wypadły na wierzch.
– Teraz proszę wyjść.
– Pożałujesz tego. Piotr cię wyrzuci, jak się dowie, jak traktujesz jego matkę! – wrzasnęła, zatrzaskując drzwi.
Wieczorem opowiedziałam mężowi, co się stało. Wysłuchał w milczeniu, przytulił mnie i powiedział:
– Ja się tym zajmę. I tak – miałaś rację.
Nie płakałam. Wiedziałam, iż szacunku trzeba bronić od początku. Inaczej choćby najbliżsi wejdą ci na głowę.