Nocą w Mojęcicach. Rowerowy trip po zmroku

nieustanne-wedrowanie.pl 3 godzin temu

Od bardzo dawna już tak jest, iż sporo czasu spędzamy razem. Renia towarzyszy mi w realizowaniu moich zwariowanych pomysłów zwiazanych z Nieustannym Wędrowaniem, dlatego teraz często można zobaczyć nas razem na szlaku. Spotykamy się raz w tygodniu i wyrywamy na kilka godzin za miasto. Czasami na piechotę, a czasami rowerami. Niemal zawsze towarzyszy nam wtedy Lonek, ale nie podczas tej wyprawy, o której teraz Wam tu opowiem.

Tamtego wieczora bowiem wyruszyłśmy tylko we dwie w tę kilkugodzinną trasę. Stało się tak dlatego, iż zaplanowałam ją na późny wieczór, po zachodzie słońca. Powrót w całkowitej ciemności był więc nieunikniony, stąd moja decyzja, aby psa zostawić w domu. Lonek boi się ciemności. Po zmroku staje się w terenie niespokojny i uznałam, iż taka wyprawa nie będzie dla niego atrakcyjna, a jedynie zgeneruje stres. I bez obaw, żadna krzywda mu się nie zadziała! Przed tripem wyszłam z nim na długi spacer, potem była pyszna kolacja i gryzaki do poduchy. Kiedy mnie nie było, prawdopodobnie spał w najlepsze, a my przeżywałyśmy przygodę, iż klękajcie narody.

To miał być nocny trip rowerowy z niespodzianką. Pragnełam po raz kojeny zaskoczyć moją przyjaciołkę i zabrać ją do miejsca, które powala na kolana! Naszym celem były Mojęcice niedaleko Wołowa, a konkretnie tamtejszy pałac. Podobnie jak w trakcie nocnej wyprawy do Brennika, tym razem również nie zdradziłam Reni celu naszej wędrówki. Chciałam, żeby oniemiała z wrażenia…

Wnętrze pałacu w Mojęcicach

Najsampierw Lubiąż

Z naszego miasta, czyli ze Środy Śląskiej do Mojęcic jechałyśmy przez Jastrzębce, Chomiążę i Malczyce. Za tymi ostatnimi do ostatniej prostej do Lubiąża drogą 338 jest gruntowy szlak po wałach przeciwpowodziowych. To bardzo piękny kawałek drogi. Ciągnie się wzdłuż Odry i w bezpośredniej bliskości bujnej i bardzo dzikiej roślinności. To lasy łęgowe. Nasz wielki dolnośląski skarb przyrodniczy. Tam można spotkać dzikiego zwierza wszelkiej maści. Od zająca po wilki, tak więc była adrenalina, kiedy słońce zaczynało znikać za horyzontem.

Kiedy dotarłyśmy już do ruchliwego asfaltu, musiałyśmy przejechać (najlepiej jak najprędzej) 6 kilometrów, podczas których nieustannie próbowano zwiać nas z drogi. To bardzo nieprzyjemny odcinek, z którego chętnie korzystają tiry, dlatego starałyśmy się skupić na nim maksymalnie, aby jak najszybciej mieć to już z głowy. I tak się stało, iż szczęśliwie dotałyśmy do Lubiąża i tam, przy budynku dawnej stacji kolejowej zrobiłyśmy sobie pierwszy postój. Dopiero wtedy nasza przygoda nabrała mocy, ponieważ od tamtej pory nie było już w planie mijania się z żadnym samochodem aż do osiągnięcia naszego celu. Wkroczyłyśmy na ścieżkę rowerową, która wybudowana została w miejscu starego, od dawna nieczynnego toru kolejowego prowadzącego z tej miejscowości do Wołowa. Po drodze pociąg mijał stacje: Rataje, Kąty i Mojęcice gdzie czekała na nas nielada atrakcja. Nietuzinkowej urody dwór obronny z pierwszej połowy XVII stulecia. Takie buty!

Dwór obronny w Mojęcicach

Rowerami po torach

Nie do końca po torach, bo torów już od dawna tam nie ma, ale klimat kolejowy pozostał. To piękna trasa, pełna odgłosów pociągów, które usłyszeć można tylko wtedy, kiedy pozwoli się działać wyobraźni. Jechałyśmy w całkowitym spokoju. Otaczały nas rozległe pola, a wszelkie drogi dla samochodów znajdowały się z dala od nas. Było już bardzo późno i nie spotkałyśmy innych rowerzystów. Jechałam tamtęty wiele razy. I w dzień i nocą. Za każdym razem było to dla mnie ogromne przeżycie, dlatego chciałam, aby moja przyjaciółka też to poczuła. Jak to jest być w środku nocy na pustkowiu, skąd wszedzie jest daleko, a niebo po zachodzie słońca jest gwieździste, gdyż nie ma tam smogu świetlnego. Nie może go być, bo brakuje do tego warunków. W Lubiążu i kilku innych okolicznych wioskach świeci się raptem kilka latarni, a miastowe światła Wołowa i Brzegu Dolnego są za słabe, aby mogły narobić takich szkód na nieboskłonie. Tak więc wniknęła w nas ta wszędobylska cisza, którą powoli ogarniała ciemość. To było naprawdę coś pięknego…

Pałac Mojęcice

Ta ścieżka to tylko 13 kilometrów, więc nie trwało to długo. Przy pałacu znalazłyśmy się już w urokliwych okolicznościach, gdyż biło od niego dużo świateł. Obsługa tego hotelowego dziś przybytku wiedziała, iż się zjawimy, gdyż wszystko wcześniej z nimi uzgodniłam. Zależało mi na fotografiach wnętrza, bo takich jeszcze w swoim archiwym nie miałam. Renia była oszołomiona moją niespodzianką. Weszłyśmy tam jak do siebie po cudną sesję zdjeciową. A było co fotografować!

Odrobiną historii nie zaszkodzi

W tym momencie wypada zrobić choćby krótki rys dziejowy tego cudownie ocalałego obiektu zabytkowego, który zdobi naszą piękną dolnośląską krainę. Mojęcice to bardzo leciwa, bo XIII wieczna osada, którą rządzili jaśniepanowie z von przed nazwiskiem. Był wsród nich Haugwitz, Kottwitz, Stosch i kilku innych. Rzeczony dwór wzniesiono jako obronny A.D 1624, jednak dziś po nim nie pozostało zbyt wiele, gdyż w XIX wielu obiekt ten został całkowicie przebudowany przez ostatniego przedwojennego właściciela Mojęcic, Ludwiga von Köckritz. Nie mniej tego dawna fortyfikacja, czyli mokra fosa istnieje do dziś i przez cały czas znajduje się w niej woda. Teraz jednak pęłni ona funcję jedynie ozdobną. o ile zaś chodzi o pałac, to zmienił się z dawnej rycerskiej siedziby w luksusową rezydencję, która przetrwała do dziś, choć po II wojnie światowej łatwo jej nie było. Po 1945 roku do pałacu i należącego do niego folwarku wprowadził się PGR, a w dworskich pokojach zamieszkali jego pracownicy. Urządzono tam też biura, ale to nie wszystko, gdyż miejsca starczyło jeszcze na przedszkole. Działy sie tam wtedy rzeczy z cyklu „wolna amerykanka”. Na przykład 1974 roku zarządzono odnowienie elewacji zabytku, i jak pomyślano tak uczyniono, i nikogo o pozwolnenie nie zapytano. Zwłaszcza koncerwatora zabytków. Dopiero po roku 1994, kiedy dwór stał się własnością prywatnego właściciela, zaczęto odpowiednio się nim opiekować. I tak pozostało do dziś.

Wnętrze dworu w Mojęcicach. Na zdjeciu dwie najlepsze przyjaciółki. Aneta i Renia.
Dwór w Mojecicach. Widok na hol

Hotel i restauracja

Teraz w dawnej rezydencji jaśniepanów z Mojęcic mieści się hotel i restauracja. Mają tam aż dziesięć pokoi, z których każdy wyposażony jest inaczej. Oczywiście wszystkie są luksusowe i z łazienkami. A wszystko to w niesamowitym klimacie historii tego miejsca. W budynku znajduje się także restauracja, gdzie bardzo dbają o to, aby zadowolić swoich gości. I rzeczywiście menu mają imponujące. W ogrodzie okalającym ten przybytek można znaleźć dużo zieleni i wyciszenia. Powiem Wam szczerze, iż uwielbiam tam przybywać.

Jeżeli chcecie dowiedzić się co i za ile można zjeść i wynając w hotelu w Mojęcicach, to zapraszam na ich stronę internetową, gdzie wszystkiego dowiecie się ze szczegółami. Tutaj klikajcie śmiało PAŁAC MOJĘCICE. Naprawdę warto. Strona otworzy się w drugiej karcie i nie wyloguje Was z mojego opowiadania.

Restauracja w hotelu Mojęcice

Pomimo, iż byłam tam tak wiele razy podczas moich rowerowych wojaży, to te cudne wnętrza podziwiałam po raz pierwszy. Zachwycałam się więc wszystkim tak samo mocno, jak moja przyjaciółka. To była dla mnie całkowita terra incognita. Niestety nie było nam dane obejrzeć pokoi, ponieważ hotel był pełny, ale i tak cieszyłam się jak dziecko. Nie mogłam się nadziwić, iż udało mi się zorganizować dla nas taką atrakcję!

Jak za dawnych lat!

Dwór ma solidne grube mury. Posiada otwarty dziedziniec i trzy skrzydła. Nakryty jest dachem z mansardami. Wchodzi się do niego przez cudny renesansowy portal, który równie cudownie ocalał do naszych czasów. Wykonany został w roku 1620 przez słynnego wówczas rzeźbiarza z Głogowa Johanna Pola. Wewnątrz namierzyłam oryginalne sklepienia i sztukaterię. Było na czym oko zawiesić.

W takich wnętrzch chyba każdy czuje się wyjątkowo. Ja tak mam zawsze, kiedy udaje mi się zajrzeć w przeszłość. Niestety bardzo często zastaję w podobnych miejscach ruiny, dlatego tak bardzo cieszę się za każdym razem, kiedy mogę opowiedzieć Wam historię, która nie obróciła się w perzynę i pokazać wiecej niż jedynie gruzy. Nie każdy jednak tak dobrze zaopiekowany obiekt zabytkowy jest dostępny dla ludzi z zewnątrz. Zdarza się, iż prywatny inwestor kupuje i zamyka swoją własność przed ludźmi, czyniąc z niego na przykład swój dom. Dlatego właśnie pałac w Mojęcicach jest taki bezcenny, bo każdy z Was może tam przyjechać i go zobaczyć. Nikt Wam tego nie broni, a wręcz serdecznie zaprasza…

Dużo tam detali, które skupiają uwagę. Z przyjemnością przystawałam i przyglądałam się wszystkiemu, co mnie otaczało. Nie zawsze były to relikty przeszłości, ale i tak bardzo mnie to zajmowało. Czułam się tam tak, jakbym przeniosła sie w czasie.

Zimne bezalkoholowe w parku dworskim

Kiedy nasyciłyśmy oczy i zrobiłam swoje wymarzone fotografie, postanowiłyśmy z Renią uświętować ten wspaniały trip rowerowy zimnym bezalkoholowym w otoczeniu dworskiej zieleni. Obsłużono nas pięknie, choć niczego więcej nie zamówiłyśmy. Pragnęłyśmy tylko ochłonąć z emocji. Usiadłyśmy w ogrodowym namiocie, który oświetlony był żółtym światłem zarówek. Klimat niesamowity! Do tego koncertowały nam żaby, które mieszkają w fosie i świerszcze w trawie. Od takich wrażeń serce rosło mi w piersi. Byłam szczęściwa i pełna wdzieczności, iż pojawił się w moim życiu ktoś, kto podziela moje szaleństwa. Bo Renia wcale nie przerażała się, iż za chwilę na świecie będzie już całkiem ciemno, a do domu droga daleka.

Siedziałyśmy przy tym stoliku chyba z godzinę i wszystko jeszcze raz przeżywałyśmy. Cieszyłam się, iż udało mi się zrobić wrażenie na przyjaciółce. I iż mogę się z nią dzielić wszystkim tym, co dotąd odkryłam, bo znam przecież tak wiele niesamowitych miejscówek, których ona jeszcze nigdy nie widziała. Wszystko przed nami, bo ta nasza wspólna przygoda dopiero się rozkąca! Do domu jechałyśmy już w tak głębokiej ciemności, iż naprawdę było się czego bać…

Idź do oryginalnego materiału