O krok od rozstania

twojacena.pl 2 godzin temu

Jeden krok do rozwodu

Wanda stała przy oknie i patrzyła, jak Wojciech krąży po podwórku w swoim nowym samochodzie. Sąsiadka Zofia Franciszkowa już po raz trzeci wyglądała z klatki schodowej – pewnie hałas silnika przeszkadzał jej w oglądaniu serialu. A Wojciech wciąż jeździł w kółko, jak chłopiec, który dostał wymarzoną zabawkę.

— Tato, mogę przejechać się? — zapytała czternastoletnia Zosia, zaglądając przez ramię matki.

— Zapytaj go sama — odparła krótko Wanda, odchodząc od okna.

Zosia zmarszczyła brwi.

— Mamo, znowu się czepiasz? Przecież kupił samochód dla rodziny!

— Dla rodziny… — Wanda gorzko się uśmiechnęła. — Wiesz, ile to kosztuje? A na remont domu pieniędzy brak, na twój wyjazd na kolonie też oszczędzamy grosz do grosza.

— Ale samochód jest nam potrzebny! — Zosia usiadła na kanapie, podkurczając nogi. — Pamiętasz, jak jeździliśmy do babci autobusem? Trzy przesiadki, duszno…

Wanda oparła się o ścianę i zamknęła oczy. Tak, pamiętała. Ale pamiętała też, jak przez pół roku kłócili się z Wojtkiem o zakup. Ona proponowała coś prostszego, używane. A on upierał się: „Albo porządny samochód, albo żaden”. I oto efekt — kredyt na pięć lat, przez który teraz muszą liczyć każdy grosz.

Drzwi wejściowe zatrzasnęły się, rozległy się radosne kroki.

— Moje dziewczynki! — Wojciech wpadł do pokoju, promieniejąc zadowoleniem. — Zosieńka, pojedziemy na przejażdżkę? A ty, Wandziu?

— Nie jestem dla ciebie Wandzią — odcięła się żona.

Wojciech zwolnił, jego uśmiech przygasł.

— Znowu coś nie tak?

— Wszystko nie tak! — Wanda odwróciła się do niego. — Kupiłeś samochód, nie pytając mnie! Wziąłeś kredyt, który będziemy spłacać do emerytury!

— Przecież rozmawialiśmy…

— Rozmawialiśmy o samochodzie, nie o tej puszce za sto tysięcy złotych!

Zosia wzdrygnęła się i cicho wymknęła z pokoju. Przyzwyczaiła się już do kłótni rodziców, ale za każdym razem miała nadzieję, iż tym razem się pogodzą.

— Puszka? — Wojciech zaczerwienił się. — To japoński samochód, niezawodny, bezpieczny! Dla mojej rodziny wybieram tylko to, co najlepsze!

— A zapytać rodziny – nie przyszło ci do głowy? — Wanda usiadła w fotelu, czując narastające zmęczenie. — Wojtku, przecież ustalaliśmy budżet…

— Ustalaliśmy, ustalaliśmy! — Przeszedł się po pokoju, wymachując rękami. — I co? Będziemy jeździć na targ autobusem, ziemniaki w torbach dźwigać? Zapomniałaś, jak bolał cię kręgosłup?

Wanda przypomniała sobie tamten dzień. Rzeczywiście przywieźli dużo warzyw od jej rodziców na wsi, a ona musiała nieść ciężkie torby od przystanku. Kręgosłup bolał ją przez trzy dni. Ale teraz wydawało się to niczym w porównaniu z perspektywą długiego kredytu.

— Wiesz co — wstała — porozmawiamy jutro. Jak się uspokoisz.

— Nie uspokoję się! — krzyknął Wojciech za nią. — Bo mam rację! A ty… ty zawsze tylko narzekasz!

Drzwi sypialni zatrzasnęły się. Wojciech został sam w salonie, wpatrując się w kluczyki do nowego samochodu.

Rano Wanda obudziła się wcześniej niż zwykle. Wojciech jeszcze spał, rozwalony na kanapie — widocznie przenocował w salonie. Wyszła do kuchni, zagotowała wodę na herbatę. Za oknem mżył deszcz, szare niebo wisiało nisko, jak jej nastrój.

— Mamo — zajrzała do kuchni Zosia — mogę nie iść dziś do szkoły?

— Dlaczego?

— Boli mnie głowa.

Wanda przyjrzała się córce. Zosia rzeczywiście wyglądała blado, pod oczami miała cienie.

— Przez nas z tatą?

Dziewczynka skinęła głową, nie podnosząc wzroku.

— Zosieńko — Wanda przytuliła córkę — my po prostu… dorośli czasem się nie dogadują. To nie znaczy, iż cię nie kochamy.

— A nie myślicie o rozwodzie?

Pytanie padło tak prosto, po dziecięcemu, iż Wandzie zabrakło tchu.

— Skąd ci to przyszło do głowy?

— Rodzice Leny Kowalskiej się rozwiedli. Też się ciągle kłócili o pieniądze.

Wanda puściła córkę i odwróciła się do okna. Rozwód. I ona o tym myślała, zwłaszcza w ostatnich miesiącach. Gdy Wojciech podejmował decyzje, nie licząc się z jej zdaniem. Gdy wydawało się, iż żyją równoległymi życiami pod jednym dachem.

— Mamo?

— Idź się szykować do szkoły. Głowa przejdzie.

Zosia westchnęła i wyszła. A Wanda stała dalej przy oknie, trzymając w rękach ostudzoną filiżankę herbaty.

— Dzień dobry — w drzwiach kuchni pojawił się Wojciech. Wyglądał na zmęczonego i nieszczęśliwego.

— Dzień — odparła krótko Wanda.

— Posłuchaj, może porozmawiamy normalnie? — Usiadł przy stole, przecierając twarz dłońmi. — Wiem, iż wczoraj się uniosłem…

— Nie uniosłeś się, tylko kupiłeś samochód bez mojej zgody.

— Wandziu, ale przecież potrzebny jest nam! Poza tym ja zarabiam…

— A ja co, w domu siedzę? — Wanda odwróciła się gwałtownie. — Moja pensja się nie liczy?

— Oczywiście, iż się liczy… Tylko…

— Tylko uważasz, iż skoro jesteś głównym żywicielem rodziny, możesz sam decydować, na co wydać wspólne pieniądze.

Wojciech milczał. Jego cisza była bardziej wymowna niż słowa.

— Rozumiem — Wanda postawiła filiżankę w zlewie. — Więc sam spłacaj kredyt.

— Jak to – sam? Przecież jesteśmy rodziną!

— Rodzina to znaczy, iż radzimy się wzajemnie. A u nas jak? Ty decydujesz, ty kupujesz, a ja mam sprzątać.

Wojciech wstał, podszedł do niej.

— Wandziu, co się z tobą stało? Przecież jesteśmy razem dwadzieścia lat…

— Właśnie! Dwadzieścia lat! A przez te dwadzieścia lat nie nauczyłeś się mnie słuchać!

Wyszła z kuchni, zostawiając męża sam na sam z jego myślamI gdy tak stała w kuchni, nagle poczuła, jak bardzo brakuje jej tego, co było – ich wspólnych marzeń, śmiechu przy stole i cichej pewności, iż zawsze mogą na siebie liczyć.

Idź do oryginalnego materiału