Rozdział 16
Budzę się w środku nocy. Jestem głodna i chce mi się pić. Wstaję i upewniam się, iż podkoszulek i krótkie spodenki do spania przylegają odpowiednio do ciała, po czym wychodzę boso, po drewnianych deskach podłogi, na korytarz. Staram się nie robić hałasu. Ostrożnie, badając każdy stopień w obawie przed tym, iż zaskrzypi, schodzę do kuchni. Na stole pod szklaną pokrywą jest talerz z pokrojonym plackiem, a za drzwiami kuchennymi garnek z kompotem. Nalewam kompotu do szklanki, biorę spory kawałek placka i wychodzę na ganek. Przystaję zaskoczona. Na kilku schodkach prowadzących do domu siedzą Kuba z Mateuszem i rozmawiają przyciszonymi głosami. Gdy na ganku słychać odgłos moich stóp, odwracają głowy.
- Basia! - uśmiecha się Kuba. - Chodź do nas.
Przestępuję z nogi na nogę. Nie wiem, czy to dobry pomysł. Po pierwsze, mogę mieć nieświeży oddech. Ale to załatwię plackiem i kompotem. Poza tym Mateusz. Ugh. Jak ja mam siedzieć obok Mateusza i zachowywać się normalnie? On mnie tak onieśmiela, iż pewnie będę chichotać i się osmarkam albo powiem coś tak głupiego, iż nie wybaczę sobie tego do końca życia. Poza tym jestem w piżamie, bez makijażu, z potarganymi włosami.
- Siadaj - Kuba robi dla mnie miejsce pomiędzy sobą i Mateuszem.
Wzdycham bezgłośnie i siadam na schodach między nimi. Czuję ciepło skóry zarówno jednego, jak i drugiego. Kuba pachnie czymś piżmowym, a Mateusz... Jak bóg seksu. No dobra, już mi się trzęsą nogi. Wgryzam się w placek i okruchy lecą mi na koszulkę. Niezdara.
- Zajebisty ten placek - mówi Mateusz.
- Babcia Hela to jest mistrzyni pieczenia ciast - zgadza się Kuba.
- Zapowiada się ładna pogoda na te nasze trzytygodniowe wakacje - mówi Mateusz.
Kiwam niezręcznie głową z ustami pełnymi ciasta. Pachnie maciejką i wilgotną ziemią. Dochodzą nas odgłosy ogrodu, cykanie świerszczy, brzęczenie owadów. Coś przemyka w wysokiej trawie. Pewnie miejscowy lis albo kuna. Goła łydka Mateusza, który ma na sobie szorty, lekko przesuwa się po mojej. Przenika mnie dreszcz. Przełykam w końcu ostatni kawałek ciasta i pytam:
- Może przynieść wam kompotu?
- Nie trzeba - kiwa głową Kuba. - Zaraz będziemy się kładli spać.
- Och, w takim razie okej.
- W okolicy mamy sporo atrakcji - mówi Kuba. - Dwa jeziora, jakieś leśne chaszcze. Dobrze, iż mamy dwa samochody.
- Te chaszcze brzmią interesująco - mówi Mateusz i uśmiecha się szelmowsko. - Którędy do najbliższych?
Śmiejemy się cicho w trójkę.
- Szkoda, iż nie mamy rowerów - mówi Mateusz i skubie jakiś źdźbło, które zerwał sprzed domu.
- Hm... - Kuba zastanawia się przez chwilę. - Jutro rano pójdziemy do stodoły. Tam jest duży składzik i mnóstwo skarbów. Może uda nam się znaleźć jakieś rowery. Z tego, co pamiętam, Aśka i ja jeździliśmy tutaj na rowerach jako nastolatki, więc dwa rowery rozmiaru damskiego na pewno się znajdą. Pytanie tylko, czy będzie coś dla nas.
Mati kiwa głową.
- Nawet, jeżeli się znajdą, trzeba będzie wszystkim zrobić porządny serwis - mówi Mateusz. - Nowe dętki, nowe opony, może łańcuchy, smarowanie, kto wie, czy nie będzie trzeba odrdzewić i pomalować na nowo.
- To akurat najmniejszy problem - mówi Kuba. - Do Wrześni mamy niecałą godzinę drogi samochodem. jeżeli uda nam się znaleźć cztery rowery, obejrzymy je, ocenimy stan i pojedziemy po wszystko, czego potrzeba do ich serwisowania. A potem kilka godzin mycia, usuwania rdzy, malowania, smarowania, wymiany dętek i opon. Sama przyjemność - Kuba szczerzy zęby. Uwielbia majsterkować.
- Byłoby zajebiście - zgadza się Mateusz. - Szkoda, iż nie możemy iść do tej stodoły już teraz, ale nic byśmy nie widzieli i ktoś mógłby nabić sobie guza - patrzy na mnie i wygina usta w podkówkę, jak mała dziewczynka.
Zastanawiam się, czy bardziej mam ochotę trzepnąć go po głowie, czy zacząć go całować jak szalona. Czuję, iż drżę, ale to nie jest bynajmniej winą Mateusza. Zmarzłam, więc wstaję i mówię:
- Skoro mamy już plan, wracam do łóżka. Wy też się kładźcie, mechanicy z Bożej łaski.
Odwracam się na pięcie i odchodzę.
- Tylko umyj stopy, zanim zakopiesz się w pościeli - odprowadza mnie głośny szept Kuby i stłumiony śmiech chłopaków.
Gdybym mogła, to bym mu wymierzyła kopniaka moją brudną stopą w jego opalone ramię, ale nie zadam sobie trudu, żeby wrócić na ganek. Idę do łazienki na piętrze, czyszczę dokładnie stopy i na palcach wracam do łóżka. Gdy leżę na wznak i wpatruję się w sufit, myślę o tym, iż za ścianą zaraz będzie spał Mateusz. Na łóżku obok niego śpi co prawda Kuba, więc pomysł, żeby zakraść się do sypialni i ściągnąć z Matiego kołdrę, po czym zsunąć mu bokserki do kolan, napluć na jego penisa, zrobić mu dobrze dłońmi, po czym ujeżdżać go do rana odpada. Kręcę się z boku na bok i zastanawiam się, czy użyć moich zabawek, bo łechtaczka wyraźnie domaga się zaspokojenia, z wizją ust Mateusza ssących ją i liżących jego pięknym językiem pod powiekami, ale w końcu zasypiam.
Rozdział 17
Nie nastawiłam budzika i budzę się, gdy moje ciało czuje się już wystarczająco wypoczęte po minionej nocy. To dobre uczucie. Błogostan. Do tego od strony uchylonego okna dolatują mnie zapachy letniego poranka, które uwielbiam, i które zawsze przywodzę na myśl, gdy dopada mnie przygnębienie. Zapach letnich wakacji, gdy byłam dzieckiem. Zostawiłam uchylone drzwi sypialni i Mufka dawno już pobiegła buszować po ogrodzie i załatwiać swoje psie potrzeby. Wiem, iż babcia Hela zajmie się jej śniadaniem, czego jej surowo zabroniłam, mimo, iż wiedziałam, iż nie ma to żadnego sensu, bo babcia była uparta jak osioł i zawsze stawiała na swoim. Nie ukrywam, iż jestem jej wdzięczna za pomoc w opiece nad moim psem podczas mojego pobytu w jej domu. Słyszę dochodzące z wnętrza domu odgłosy. Ktoś korzysta z łazienki, bo słyszę szum płynącej wody. Jakieś głosy trajkoczą w kuchni. Zastanawiam się, czy jestem ostatnią osobą, która jeszcze zalega w łóżku. Wstaję i zaczynam szukać odpowiedniego ubrania na czekający mnie dzień, wyciągam też kosmetyczkę i ręcznik, nasłuchując, kiedy będę mogła skorzystać z łazienki. Wreszcie słyszę, iż drzwi od niej otwierają się i zamykają, po czym dobiega mnie odgłos stóp na drewnianej podłodze. Osoba, która korzystała z łazienki, idzie w stronę pokoju Kuby i Mateusza. Nie wyglądam przez szparę w drzwiach, żeby sprawdzić, który z nich to był, ale czuję, iż serce bije mi nieco szybciej. Zbieram przybory kosmetyczne i ręcznik i sama udaję się na poranne ablucje.
Znajduję w łazience nieużywane gniazdko i podłączam do niego elektryczną szczoteczkę do zębów. Potem dokładnie szczotkuję zęby, biorę prysznic, namydlając się od stóp do głów mydłem z oliwy z oliwek, potem osuszam się ręcznikiem. Jeszcze odżywka, wcierka do włosów, zabiegi na twarz. Dodatkowo wszędzie delikatne kosmetyki z wysokim filtrem. Nie chcę skończyć jako pomarszczona staruszka za dziesięć lat. Nie suszę włosów, bo wiem, iż za chwilę same wyschną wystawione na działanie ciepłego, letniego powietrza. Wracam do pokoju. Drzwi pokoju Mateusza i Kuby są uchylone, ale pewnie nikogo już tam nie ma. Wkładam górę od kostiumu kąpielowego (tak w razie czego), a na to obcisły podkoszulek w stylu retro i dżinsowe szorty, które nie są z tych, które ukazują połowę pośladków. Mam wystarczająco dużo rozumu, żeby wiedzieć, iż lepiej zakrywać i pozostawiać coś wyobraźni, niż wystawiać swoje kobiece atrybuty na pokaz w całej ich okazałości. Potem wsuwam japonki i zbiegam do kuchni. Gdy jestem na dole schodów, przez drzwi wejściowe wbiega Mufka i rzuca się na mnie radośnie.
- No dzień dobry - śmieję się i wtulam się w jej ciepłe, ale mokre od porannej rosy futro. Mufka liże mnie po nosie, szczeka i wbiega do kuchni.
Przy stole siedzą Asia z Mateuszem, a babcia Hela chodzi między blatem kuchem i stołem, na którym stawia kolejne smakołyki.
- Dzień dobry - uśmiecham się do wszystkich.
- Ona żyje! - wykrzykuje Aśka teatralnie.
- Bez przesady, nie jest chyba aż tak późno - mówię i wytykam język w jej stronę.
- Kuba jeszcze nie wstał - informuje mnie Mateusz.
W takim razie nie jestem największym śpiochem w tym domu. Rozglądam się niepewnie, zastanawiając się, gdzie usiąść.
- No siadaj, siadaj, Baśku - mówi babcia Hela. - Jajecznicę ci nałożyłam, i zaparzyłam herbatę.
Mateusz przesuwa się na narożnej ławie, robiąc dla mnie miejsce od strony kuchni. Chciałby, żebym usiadła obok niego? Niepewnie podchodzę i siadam na tyle daleko od niego, żeby nasze ciała się nie stykały, a jednocześnie na tyle daleko od brzegu ławy, żeby nie sprawiać wrażenia, iż odstręcza mnie jego osoba. Staram się zachowywać swobodnie. Ciekawe, czy ktoś widzi, jaka jestem podekscytowana. Mam nadzieję, iż nie mam rumieńców na policzkach. Świeży, chrupiący chleb, masło, jajecznica, pomidory ze szczypiorkiem - najem się na cały dzień. Do tego herbata w szklance z koszyczkiem. Koszyczki są stare, metalowe, pięknie utrzymane, z kwiatowymi wzorami. Uwielbiamy z Aśką te koszyczki do herbaty. Szkoda, iż tradycja picia ze szklanek w koszyczkach odchodzi w zapomnienie.
- Nie skończyłeś mi opowiadać o swojej randce - mówi Aśka do Mateusza, wpychając sobie do ust ogromny kawałek chleba z dżemem.
Mateusz śmieje się.
- Fakt, no właśnie, ekhem... - potakuje i na jego twarzy pojawia się wyraz zakłopotania. Czyżby Mateusz Werner się właśnie zarumienił?
Jestem tak skupiona na Aśce i Mateuszu, iż nie udaje mi się złapać Mufki, która wbiega do kuchni, porywa moją skibkę chleba grubo posmarowaną masłem i ucieka na podwórko. Towarzystwo w kuchni wybucha śmiechem.
- Noooo, więc... Przyjeżdża Uber i ona mówi: `Jedziemy do mnie?` i wyciąga rękę, żeby mnie pociągnąć do samochodu - uśmiecha się Mateusz, wyraźnie zażenowany. Czy to moja osoba sprawia, iż czuje się nieswojo?
- I pojechaliście? - pyta Aśka przeżuwając chleb.
- Nie pojechaliśmy - śmieje się Mati. - Odsunąłem się od niej i powiedziałem, iż rano mam trening z chłopakami i muszę się wyspać - przygryza wargę.
Aśka wybucha śmiechem, a po chwili dołącza do niej Mateusz. Czyżby mówił o Jolce? Śmieję się z nimi, żeby nie wyjść na dziwaczkę. Wow. Wylał kubeł zimnej wody na rozpaloną Jolkę. A może na kogoś innego. Czyżby nie był z niego taki playboy, jakim przestawiały go zawsze dziewczyny z biura?
- Daj spokój - mówi w końcu Mateusz do Aśki. - Ja taki nie jestem. Mogłem z nią pojechać, a potem albo udawać, iż chcę się spotykać, albo zrobić klasyczny `ghosting` i wyjść na dupka. Kolacja? Okej. Fajnie jest pogadać, poznać kogoś, dowiedzieć się więcej o ludziach, co ich jara, jakie mają doświadczenia, poglądy na życie, ale bawić się w uwodziciela tylko dlatego, iż jak patrzę w lustro to nie mam ochoty zwymiotować i wiem, iż mógłbym sobie przygruchać jakąś `barbie`... Dziwię się, iż ludzie mają na to czas. I iż w ogóle ich to bawi. No ale dobra, nie będę nikogo oceniał.
Teraz naprawdę się czerwieni.
- Ja pierdolę, gadam jak postać z romansidła, w którym zakochuje się główna bohaterka, bo jest takim wspaniałym facetem z zasadami... A dobrze wiemy - mruga do Aśki, - iż ten bohater ma niechlubne uczynki na sumieniu.
Oboje chichoczą, a ja udaję, iż jestem zbyt zajęta jedzeniem, żeby śmiać się razem z nimi. Nie mam pojęcia, o czym mówią, bo nie byłam jeszcze obecna w życiu Aśki, gdy jej brat i Mati przeżywali swoje licealne przygody, i nie spędzałam z nimi czasu, gdy spotykali się w późniejszych latach. W sumie dziwię się, iż nigdy się z Aśką nie zgadałyśmy, iż najlepszy przyjaciel Kuby pracuje w tej samej agencji reklamowej, co ja. Może nigdy nie powiedziałam jej, jak moja agencja się nazywa. Kto to wie.
Na schodach rozlegają się głośne kroki i do kuchni wtacza się Kuba, z potarganymi włosami, w rozciągniętym podkoszulku i wojskowych szortach. Przeciąga się, ziewa, przeciera oczy.
- Nie wiedziałem, iż z was wszystkich takie ranne ptaszki - mówi.
- Mam nadzieję, iż umyłeś zęby. W innym wypadku siadaj jak najdalej ode mnie - odpowiada mu Aśka. - I nie jest wcale tak wcześnie.
Kuba patrzy na nią mrużąc powieki.
- Zamknij jadaczkę, bo w innym wypadku wylądujesz w studni w ogrodzie - mówi, po czym siada przy stole, naprzeciwko Mateusza i mnie.
- No jedz, Kubuchna - mówi babcia Hela i stawia przed nim talerz.
Zanim udaje jej się odejść w stronę blatu kuchennego, Kuba chwyta ją za rękę i całuje wierzch jej dłoni, a babcia Hela śmieje się i tarmosi go po głowie.
- Ominęły mnie jakieś interesujące tematy? - pyta Kuba, tworząc na swoim talerzu z jajecznicą piramidę z prawie wszystkiego, co można znaleźć na stole.
- Takie tam... Życie po prosto. Nic, o czym byś już nie wiedział - śmieje się Mateusz.
Odwracam głowę i patrzę na niego. Jest taki... śliczny. Ma taki ładny profil i rzęsy. Barbara, kobieto, zaciśnij nogi i otrząśnij się z tych mrzonek. To jest Mateusz Werner. Szef działu finansowego. Może mieć każdą. Nie dla psa kiełbasa. `Ale co sobie popatrzę, to moje` - odzywa się przekorny głosik w mojej głowie i uśmiecham się pod nosem.
- A ty co się tak uśmiechasz? - pyta podejrzliwie Aśka i przykłada dłoń do oka, udając, iż zakłada monokl, niczym rasowy detektyw.
- Jakieś głupoty mi się przypomniały - odpowiadam. - Wiesz, iż pod tą czaszką są tylko dwie komórki, które od lat walczą o przetrwanie.
Wszyscy się śmieją, po czym słyszę głos Matiego:
- Polemizowałbym, ale pozwolę ci żyć w błędnym przekonaniu - mówi i szczerzy zęby.
Odbiera mi mowę, ale wiem, iż muszę reagować szybko, żeby nie dać nic po sobie poznać.
- Tak mówisz, bo mnie dobrze nie znasz - odpowiadam, śmiejąc się i licząc w duchu, iż nikt się nie zorientuje, iż ten śmiech jest na potrzeby sytuacji.
- No to masz trzy tygodnie na obalenie mojej tezy - oświadcza Mateusz. - Potem zobaczymy, kto miał rację.
- Podejmę to wyzwanie - unoszę podbródek, a Aśka wybucha śmiechem.
Kuba zerka to na Mateusza, to na mnie, z policzkami pełnymi niczym chomik. Gdyby teraz się odezwał, oplułby cały stół.
- Słyszałam, iż dzisiaj wyciągamy rowery ze stodoły - mówi Aśka do Kuby. Brak kiwa głową. - Nie masz nic przeciwko, babciu? - pyta dziewczyna.
Babcia Hela uśmiecha się.
- No przecież kto ma na nich jeździć, jeżeli nie wy? Tylko stoją i rdzewieją. Bierzcie, dzieciaki, i używajcie.
Czyli dzisiaj dzień serwisowania rowerów. Nie mogę się doczekać. To będzie interesujące doświadczenie.











