Rozdział 2
Liberty Fade wchodzą na szczyt.
Rose przegląda harmonogram trasy koncertowej, notując kolejne punkty. W ciągu ostatnich lat zespół Villego zdołał nagrać już trzy sezony programu i kilka mini–serii. To robi wrażenie, ale budzi też obawy. Czy wystarczy im pomysłów na kilkanaście pełnometrażowych odcinków? Każdy musi być świeży, unikać powtórzeń. Dziewczyna dobrze pamięta nagrania poświęcone niektórym tematom, ale w szczególności pierwszy sezon z 2024 roku zdążył się już zatrzeć.
– Przed trasą powinniśmy jeszcze raz przejrzeć stare epizody – stwierdza.
Z tą myślą zamierza odwiedzić męża w pracy i porozmawiać z nim na poważnie.
Godzinę później siedzi już w samochodzie. Po drodze zatrzymuje się w sklepie, by kupić słodkie pianki, na które Ville miał ochotę od poprzedniego wieczora. Mimo korków udaje się jej dotrzeć na miejsce jeszcze przed południem. Rose parkuje auto i kieruje się do RRstudio – czteropiętrowego, modernistycznego budynku w sercu Helsinek, gdzie jej teść prowadzi nie tylko wytwórnię muzyczną, ale też szereg artystycznych projektów.
Mija hol, witając się ze współpracownikami. Schodami wchodzi na ostatnie piętro, po czym skręca w prawo, ku drzwiom z tabliczką: „Ville Vivaan Rathore Rian – rada nadzorcza”. Gabinet, jak cały budynek, urządzony jest w stylu modernistycznym: żywe kolory, geometryczne wzory, artystyczne detale. Wszystko tworzy spójny klimat.
Rose zagląda do środka i spostrzega Villego na sofie, całującego się z przystojnym blondynem o bujnych włosach. Wzdycha, ale lekko się uśmiecha.
– Dobrze się bawicie, chłopcy?
Ville wyślizguje się z objęć kolegi, drapie się po głowie i rzuca:
– Nie spodziewałem się, iż przyjdziesz tak szybko. O, przyniosłaś moje ulubione pianki – dzięki!
Rose rzuca okiem na ekran jego komputera. Znów jest pełen pustych folderów, mimo iż niedawno robiła tam porządek. Po odkopaniu klawiatury i myszy spod sterty dokumentów finansowych i kosztorysów przegląda zawartość pulpitu.
– Vivaan, skarbie, jesteś strasznym bałaganiarzem i do tego wyłączyłeś antywirusa!
Mąż robi niewinną minę. Razem z kolegą podchodzą do niej i jednocześnie całują ją w policzki, a Rose z zadowoleniem przygląda się chłopakowi.
– Stęskniłam się za tobą, Filipie. Gdzie Sylvia?
Ville wraca na sofę, sięgając po książkę, którą niemal już skończył. Filip, nie spuszczając wzroku z Rose, mówi wesoło:
– Sylvia szaleje na zakupach, jakby w Berlinie nie było sklepów. Jadę do niej – mówiła, iż tęskni za tobą i liczy na przytulaski.
Libertyn odkłada na chwilę książkę, a jego twarz rozjaśnia lekkie rozmarzenie. Dawno nie widział Sylvii, chętnie przyjrzy się jej z bliska – choć i z Filipem ma ochotę spędzić więcej czasu. Uśmiecha się na myśl, iż ich czwórka tworzy coś w rodzaju kwadratowego związku.
Filip całuje Rose w usta i zaczyna zbierać się do wyjścia, ale Ville go zatrzymuje:
– Weź mój samochód. Ja wrócę z moją ukochaną.
Chłopak stanowczo protestuje – nie chce jeździć nowym, potwornie drogim autem przyjaciela.
– Jak go rozbijesz, kupię sobie nowe. Tym razem zielone – stwierdza Ville, po czym odlicza plik banknotów i wręcza je Filipowi. – Zatankuj, proszę. I nie zapomnij o fakturze!
Rose wtrąca się z uśmiechem:
– Znowu musisz tankować?
– To Lambo, musi pić. adekwatnie powinni sprzedawać je w pakiecie z cysterną.
Wszyscy zaczynają chichotać pod nosem. Libertyn dorzuca jeszcze kilka banknotów i wręcza je przyjacielowi:
– Kup sobie coś ładnego.
Filip tylko kręci głową z rezygnacją – wie, iż Ville nie przyjmie odmowy, więc chowa kluczyki i pieniądze do kieszeni.
– Wieczorem się widzimy – żegna się i wychodzi.
Rose uśmiecha się z figlarnym błyskiem w oku i, dotykając subtelnie dłoni Libertyna, pyta:
– A dla mnie też przygotowałeś pliczek euro?
– Kochanie, ty pracujesz. Zawsze powtarzasz, iż jesteś niezależna. No chyba, iż przestali ci płacić… Usiądź przy mnie, proszę.
Dziewczyna udaje obrażoną, ale w końcu zadowolona przysiada się. Po chwili jedzą razem pianki i rozmawiają o programie oraz obawach związanych z treścią kolejnych odcinków.
– Faktycznie warto było wrócić przynajmniej do pierwszego sezonu i jeszcze raz przejrzeć materiały przed trasą – przyznaje Ville, pochłaniając kolejną piankę. – Przerwa świąteczna to idealny moment.
Rose uśmiecha się, a Libertyn patrzy na nią z czułością. Uwielbia jej ciemne oczy, lekko falowane włosy, gładką szyję, piersi, szczupłe uda.
– Jesteś strasznie ponętna – mruczy, całując ją po dekolcie. – Czas na meeting tylko we dwoje – dodaje z błyskiem w oku.
Wstaje, zamyka drzwi na klucz i wraca do żony, rozpinając po drodze koszulę.
Rose zsuwa ramiączko sukienki, a Ville całuje jej piersi, muskając delikatnie skórę ustami. Jest cicho, ciepło, bezpiecznie. I wtedy rozlega się pukanie do drzwi.
Chłopak syczy pod nosem coś mało eleganckiego, z niechęcią narzuca koszulę na ramiona i idzie otworzyć.
Za progiem stoi mężczyzna, którego trudno pomylić z kimkolwiek innym – jego ojciec, Rami Rian, muzyk, kompozytor i producent w jednej osobie. Przystojny, nieskazitelnie zadbany, ubrany dziś w czarną, dopasowaną koszulę, ciemne dżinsy i czarną apaszkę, wygląda jak żywa definicja elegancji.
Rami wchodzi wesoło do gabinetu, zatrzymuje wzrok na Rose i rzuca ze swoim zawadiackim uśmieszkiem:
– Cześć, synowo. Widzę, iż ciężko pracujecie?
Libertynowie – bo tak bliscy zwracają się do Villego i Rose – wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Chwilę później dziewczyna niepostrzeżenie włącza kamery, z nadzieją, iż może z tej wizyty będzie interesujący materiał do nowej serii.
– Czym mogę służyć, ojcze? Co cię sprowadza? – pyta Ville z wyraźnym dystansem.
Rami przeciąga palcami po czarnych, lekko kręconych włosach, w których delikatna siwizna układa się w kontrolowany, artystyczny nieład. Po chwili podchodzi do białego fortepianu stojącego przy panoramicznym oknie z widokiem na tętniące życiem centrum Helsinek i siada przy nim swobodnie. Jego dłonie opadają na klawiaturę, a w powietrzu rozbrzmiewają pierwsze takty walca Straussa.
– W sobotę wielka impreza – mówi przerywając na chwilę grę. – Mama już rozpoczęła przygotowania. Przejmuje się tym bardziej niż ty, a przecież, synu, Libertynie, świętujemy nie byle co – sukces twojego zespołu i twoje urodziny. Może zaangażowałbyś się odrobinę?
Ville siada obok ojca i kontynuuje rozpoczętą melodię.
– Spokojnie, też poczyniłem przygotowania. Impreza będzie nagrywana, a najlepsze fragmenty znajdą się w jednym z pierwszych odcinków nowego sezonu. Mam już outfit, no i muszę iść na manicure. Mam straszne odrosty… – przygląda się paznokciom z dezaprobatą i dodaje: – Może pójdziesz ze mną?
Rose, nie chcąc zostać wciągnięta w dyskusję, chowa się za książką, którą przed chwilą czytał jej mąż. Geopolityka i finanse. Ten tytuł dobrze oddaje cechy Villego – jest nie tylko genialnym muzykiem, ale i świetnym matematykiem. Choć muzyka dominuje w jego życiu, cyfry i finanse są tuż za nią, a praca w radzie nadzorczej sprawia mu szczerą satysfakcję.
Talent muzyczny i wrażliwość artystyczną Libertyn odziedziczył po ojcu. Chłodny umysł i błyskotliwość – po matce. Mógłby przez to wydawać się ideałem, ale Rose wie, iż to tylko pozory. Nie zamierza się jednak teraz tym przejmować. Ma dobry humor i, jak zawsze, uwielbia przysłuchiwać się dialogom dwóch Rianów.
Rami marszczy brwi, wstaje od fortepianu, bierze głęboki oddech i pyta z wyraźnym spokojem podszytym irytacją:
– Czy możesz mi powiedzieć, po jaką cholerę wynająłeś klaunów na tę imprezę?
– Żeby było barwnie – odpowiada wesoło. – Nasz dom w Westend jest stalowo–betonowy. Klauni wniosą trochę koloru.
Rami i Rose wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, po czym ciężko wzdychają. Znają Villego zbyt dobrze, by próbować go powstrzymywać. Czasami jego pomysły są tak absurdalne, iż pozostaje tylko śmiać się z bezsilności.
W międzyczasie Ville zaczyna grać znajomy motyw – jeden z pierwszych utworów swojego ojca, Black Ocean. Piosenkę, która podbiła listy przebojów i otworzyła Ramiemu drzwi do międzynarodowej kariery.
Rose zerka na teścia – na tę zieleń jego oczu i charakterystyczny błysk w spojrzeniu, lekko zuchwały, odrobinę niegrzeczny, wciąż przyprawiający fanki o szybsze bicie serca. Uśmiecha się pod nosem.
W jej głowie same układają się suche fakty, jakby odczytywała je z internetowej encyklopedii: Antero Rami Mannerheim Rian, znany jako Rami Rian – fiński muzyk, kompozytor i producent. Założyciel legendarnego zespołu The R. Requiem, w którym był gitarzystą i wokalistą wspomagającym. Właściciel i szef wytwórni RRstudio…
Po chwili muzyka cichnie i wszyscy siedzą przez moment w milczeniu, jakby trawili to, co przed chwilą zagrał Ville. Rami prostuje się nagle, przypominając sobie coś istotnego. Teraz jego głos jest chłodny, niemal kamienny.
– Tego elektronicznego coveru mojej najlepszej piosenki nigdy ci nie wybaczę.
Ville szczerzy się zadowolony z siebie.
– Piosenka odżyła. Razem z Thomasem nadaliśmy jej powiew świeżości. Ludzie to kupują, podoba im się. Ty zawsze cisnąłeś na wielką sztukę, na poważne, symfoniczne brzmienia. Ale czasem trzeba zejść z obranego kursu. To poszerza horyzonty. Inspiruje.
Rami milczy przez chwilę. Wie, iż jego syn ma gadane. I wie też, iż – niestety – ma rację.
– Dobrze – mówi w końcu. – Cover jest dobry. Wygrałeś. Kiedy idziesz na manicure? Chętnie się dołączę.
Ville promienieje. Czas z ojcem u kosmetyczki? Idealna okazja do plotek o ludziach show–biznesu. Czy może być coś bardziej męskiego?
Westend to dzielnica, która nie przypomina miasta. Kilkanaście minut od centrum Helsinek zaczyna się inny świat – porośnięty sosnami, z prywatnymi zatoczkami i posiadłościami, które mówią wszystko bez jednego słowa. Rianhouse jest jedną z nich. Zbudowany z betonu, stali i szkła, przypomina ogromną, chłodną bryłę – modernistyczny monument życia nowoczesnego. Nie ma nic wspólnego z przytulnością skandynawskich domków. Wysoki, rozległy, pełen otwartych przestrzeni i surowego światła, w środku równie bezkompromisowy jak na zewnątrz. Zimą wygląda niczym forteca z przyszłości, latem – jak wystawowa rezydencja kogoś, kto nie musi niczego udowadniać. Choć zbudowany z chłodnych materiałów, dom ten ogrzewa obecność jego mieszkańców – rodziny Rianów i ich gości. A tych ostatnich bywa tu niemało.
Przez wiele lat posiadłość miała pozostać ukryta – i tak było. Wszystko zmieniło się dopiero w drugim sezonie Liberty Fade Life, kiedy kamery po raz pierwszy pokazały ją w pełnej krasie. Od tamtej pory stała się niemal ikoną – jednym z najbardziej rozpoznawalnych adresów w kraju. Paradoksalnie surowa, futurystyczna twierdza, zaprojektowana, by chronić prywatność, stała się scenografią życia, śledzoną przez miliony.
Na co dzień mieszkają tu Rami z żoną, Ville, Rose, Amidala oraz ich suczka Echo. Wcześniej cała rodzina rezydowała w posiadłości w Surrey, niedaleko Londynu. Jednak Libertyn od dawna marzył o powrocie do Finlandii, do ukochanych Helsinek – miasta swojego dzieciństwa i domu, który był jego bezpieczną bazą. Gdy tylko nadarzyła się okazja – nagrania czwartego albumu w helsińskim RRstudio – Ville nie wahał się ani chwili. Rose i ich córka również pokochały życie w Finlandii. Decyzja zapadła wspólnie.
Liberty Fade stoją u progu trasy, jakiej jeszcze nie znali. Po raz pierwszy w historii ich koncertowe widowisko ma zostać wzbogacone o taniec i akrobatykę, tak by muzyka, światło i ruch mogły stopić się w jedno – w spektakl, który wykracza poza zwykły koncert. Wszystko zostało już zaplanowane: przez najbliższe tygodnie cały zespół, razem z rodzinami, zostaje w Rianhouse. Dopiero po Nowym Roku przeniosą się do Wielkiej Brytanii, gdzie zacznie się kolejny etap przygotowań.
Ta pozornie dziwna logistyka ma jednak swój sens. Część zespołu żyje w Finlandii, część w Anglii, a helsińskie RRStudio staje się na ten czas miejscem, w którym dopracowuje się nie tylko brzmienie, ale także precyzyjny dialog między dźwiękiem, światłem i ruchem. Londyn pozostaje sercem organizacyjnym trasy – tam zapadają decyzje, które zamieniają artystyczną wizję w realne przedsięwzięcie. Dzięki temu Rianhouse może być przestrzenią skupienia i pracy twórczej, zanim zespół znów zanurzy się w rytm wielkich miast i stadionowych scen.
Już wczoraj zjechali się pierwsi. Thomas, DJ zespołu, ze swoją dziewczyną Sandrą. Paul – basista – z Wendy i ich trzyletnimi bliźniakami, Melissą i Peterem, którzy od wejścia zaczęli biegać po schodach, zanim ktokolwiek zdążył zdjąć buty. Robert, perkusista, z Emmą – siostrą Villego – i małym Robem, niespełna dwuletnim, ale już domagającym się perkusyjnych pałeczek do kąpieli. Teraz, gdy drzwi wejściowe znów się otwierają, wchodzi Jari – z gitarą na plecach. To on zastąpił Emmę w składzie, gdy ta postanowiła rzucić zespół i poświęcić się rodzinie.
Kolejni goście mają dojechać bliżej wieczora. Lista? Sto osób, starannie dobranych. Przyjaciele Liberty Fade, znajomi Ramiego, kilka nazwisk, których nikt nie wymienia na głos, ale każdy wie, iż będą. Powód jest oczywisty: Libertyn kończy dwadzieścia sześć lat, a czwarty album odniósł ogromny sukces. Nikt nie zamierza więc udawać, iż to zwykły dzień. Nianie spakują zabawki, kocyki i pudełka z przekąskami, po czym zabiorą całą czwórkę – Amidalę, bliźniaki i małego Roba – do kawalerskiego domu Ramiego w centrum Helsinek. To bezpieczna baza, wykorzystywana od lat, gdy Rianowie planują coś większego i trzeba zadbać o ciszę. Bo dzisiejsza impreza nie jest dla dzieci. Nie chodzi choćby o język czy muzykę. Chodzi o tempo, o światło, o ludzi, którzy przestaną być grzeczni, gdy tylko zegar wybije północ.
Parter domu stanowi niemal jedno, otwarte pomieszczenie – zaprojektowane z myślą o spotkaniach, wydarzeniach i wspólnym byciu razem. Hol płynnie przechodzi w przestronny salon, jadalnię oraz kuchnię – nowoczesną i funkcjonalną, choć bardziej reprezentacyjną niż codzienną. Teraz ta przestrzeń zmienia się w scenografię dużego przyjęcia. Przygotowania idą pełną parą. Służba krząta się między kuchnią a salonem, windą serwisową kursują tace, lód i skrzynki z alkoholem. W rogu salonu technicy kończą rozstawiać sprzęt dla DJ–a. Thomas dogląda wszystkiego osobiście, z laptopem pod pachą i butelką wody w dłoni. Ustala z DJ–em ostatnie szczegóły: żadnych powrotów do lat osiemdziesiątych, zero disco, za to dużo hip–hopu, odrobina elektroniki i – obowiązkowo – kilka dobrze dobranych kawałków latino, specjalnie dla Villego i Rose. Zna Libertyna lepiej niż niejeden dziennikarz muzyczny. Wie, co go rozkręca.
Przy oknach rozkładany jest szwedzki stół, który już teraz ugina się pod ciężarem jedzenia: owoce morza o zapachu oceanu, świeże makarony skąpane w oliwie i parmezanie, pieczone warzywa niczym z włoskiej trattorii, miękkie sery, przekąski o idealnych kształtach i desery w pojedynczych porcjach, które wyglądają jak małe dzieła sztuki. W kącie bulgocze fontanna z ciemnej czekolady, obok lodowe skrzydła z wyrytym napisem LF, podświetlone od dołu niebieskim światłem. Po przeciwnej stronie salonu – bar z połyskującymi półkami, shakerami w ruchu i zaufanym barmanem Ramiego, który wie, kto pije whisky z lodem, kto kolorowe drinki, a kto lubi tylko dotykać szkła. Obok piramida z kieliszków do szampana – tak równa i symetryczna, iż bardziej wygląda na wyzwanie.
Rose już rozstawiła dyskretne kamery. Uchwycą tylko początek – moment, kiedy wszyscy są jeszcze ubrani elegancko, uśmiechają się lekko spięci i trzymają drinka jak rekwizyt. Potem – koniec. Gdy napięcie puści, a rytm rozgrzeje krew, kamery znikną. Wszystko, co najważniejsze, wydarzy się poza kadrem.
Ville wchodzi z tą samą pewnością, która od lat hipnotyzuje tłumy. Sceniczny makijaż wyostrza rysy, oczy błyszczą pod ciemnymi rzęsami. Czarna, lekko połyskująca koszula opina jego ciało, rękawy kończą się tuż za łokciem, odsłaniając srebrne bransolety. Palce ozdobione pierścieniami poruszają się jakby mimochodem. Czarne spodnie, eleganckie buty, rytmiczny krok. Wszystko w nim dopięte, kontrolowane, efektowne.
Rose idzie obok niego – pewna, spokojna, skupiona. Czarna mini podkreśla jej sylwetkę, długie nogi wydłużone jeszcze przez srebrne szpilki. Białe złoto na szyi i nadgarstkach błyska w świetle lamp. Włosy lekko potargane, makijaż mocny, ale z wyczuciem. Idzie prosto, nie szuka spojrzeń – to spojrzenia szukają jej.
Schodzą głównymi schodami, krok w krok, w rytm głębokiego beatu. Gdy się pojawiają, sala cichnie na moment. Jakby ktoś przyciszył świat, a noc zrobiła dla nich miejsce. Impreza nabiera tempa.
Czwarty album Liberty Fade przyniósł im wszystko naraz: platyny, złote statuetki, nagrody krytyków i rekordy sprzedaży. The Ball of Hidden Faces jest inny. Pierwsze dwa krążki brzmiały podobnie – balansowały między rockiem a elektroniką, trzymając się tej samej koncepcji. Trzeci, Sand dał przepustkę do największych hal koncertowych w USA, stadionów, a choćby przyjął się w Indiach i Ameryce Południowej. Album ten poszedł w stronę mocniejszego, bardziej radiowego rocka; wokal Thomasa wniósł nowość, której wcześniej w Liberty Fade nie było, otwierając zespół na świeże brzmienia i inny sposób narracji. Natomiast czwarta płyta podbiła ten sukces – wyraźnie mocniej elektroniczna, pulsująca beatami i chłodnymi fakturami z lekko popowym brzmieniem, a jednocześnie wciąż osadzona w rockowej energii. Dzięki temu album zdobył nie tylko fanów gitarowych brzmień, ale też sympatię miłośników elektroniki, przedstawiając zespół szerszej publiczności, również w Japonii i Korei.
Goście nie dają im spokoju – co chwila ktoś podchodzi, przytula, gratuluje, cytuje recenzje. Ktoś mówi o trasie, ktoś inny ściska Villego za rękę, jakby dotykał historii. W tle co chwilę błyskają flesze – realne i te wyobrażone.
DJ wrzuca pulsujące latino. Ville i Rose nie czekają ani sekundy. Ruszają na parkiet bez słowa, bez spojrzenia. Ich ciała spotykają się w ruchu znajomym, a jednak zawsze świeżym. Ville – miękki, pewny, to on prowadzi. Rose – precyzyjna, spokojna, prowokująco wyważona. Tańczyli razem setki razy, ale dziś robią to tak, jakby pierwszy raz miał być ostatnim.
Tuż przed dwudziestą drugą obsługa wnosi tort – czarny fortepian z marcepanu, z idealnie ułożoną masą cukrową i świeczkami. Ville zdmuchuje je jednym ruchem, spokojnie, bez pozowania i następnie Rose całuje go długo, pewnie, bez wahania – tak, jakby świat nie istniał. Goście biją brawo, ktoś unosi kieliszek, ktoś inny krzyczy coś radośnie. Wszystko wygląda na finał filmu.
Ale to dopiero początek. Światło się zmienia. Staje się ciepłe, przygaszone, cięższe. Dźwięk gęstnieje, muzyka schodzi niżej – w ciało.
I wtedy pojawiają się oni. Klauni. Pięciu, jak z dziwnego snu. Trzech żongluje płonącymi pochodniami, dwóch krąży między gośćmi na szczudłach, zakrzywiając perspektywę. Zaraz potem wchodzą tancerki. Ubrane w połyskujące stroje. Ich ruchy są miękkie, celowe, zawieszone między tańcem a zaproszeniem. Przepływają przez tłum bezszelestnie, rozcinając przestrzeń niczym cień.
Libertyn dostrzega swojego przyjaciela Filipa dopiero po chwili – w półmroku, przy barze, opierającego się o marmurowy blat z kieliszkiem ginu. Nie muszą nic mówić. Wystarczy spojrzenie. Krótkie, zdecydowane, pewne. Ville podchodzi powoli, zatrzymuje się tuż przy nim, dłoń ledwie dotyka biodra chłopaka. Ten nie odsuwa się, wręcz przeciwnie – nachyla się lekko, jakby sam szukał impulsu. Ich palce się splatają.
Za nimi Rose, która bez słowa zatrzymuje wzrok na Sylvii – smukłej, bladej brunetce w długiej sukni z cienkiego tiulu. Jej półuśmiech wystarcza za odpowiedź. Nie trzeba słów — chwilę później cała czwórka znika na piętrze.
Paul i Wendy zniknęli wcześniej. Bez pożegnań, bez zamieszania. Tak samo Rob i Emma – z tym iż Emma szła, trzymając za rękę dziewczynę w czerwonym, obcisłym kombinezonie.
Na parkiecie Thomas i Sandra poruszają się powoli, jakby zostali tam tylko oni. Elektronika w tle zwalnia, miękki bas prowadzi ich kroki. Obok nich rudowłosa dziewczyna w sukni z odkrytymi plecami – znajoma z prób, czasem wpadająca na backstage. Sandra zbliża się do niej, przesuwa dłonią po jej ramieniu i mówi coś szeptem. Thomas obserwuje to z lekkiego dystansu, z ledwo zauważalnym uśmiechem.
W kuchni zostaje Jari. Siedzi na szerokim blacie, gitara na kolanach, a ciche akordy unoszą się w powietrzu. Dwie hostessy już się do niego zbliżyły. Jedna, z ciemnymi włosami i nagimi ramionami, siada tuż przy nim. Druga przejmuje gitarę, odkłada ją na bok i podchodzi bliżej, muskając jego wargi. Jari pozwala. Ich śmiech jest cichy, rozkojarzony.
W jednym z bocznych saloników, za zamkniętymi drzwiami, światła gasną prawie całkiem. Mia siedzi bokiem na kolanach Ramiego, jej noga opiera się o jego udo, kolano lekko dotyka biodra. Jedną ręką trzyma kieliszek, drugą kładzie mu na karku. Rozmawiają szeptem, śmieją się.
Chwilę później do saloniku wchodzi kobieta o jasnych włosach i spokojnym, pewnym uśmiechu. Tuż za nią pojawia się mężczyzna, który zamyka drzwi i opiera się o framugę, obserwując wszystko z kieliszkiem w dłoni. Rozmowa płynie swobodnie. Śmiech miesza się z muzyką z sąsiedniego salonu. Nikt się nie spieszy. Wieczór dopiero się zaczyna.
Kiedy emocje po sobotnim przyjęciu opadają, a ostatni goście opuszczają posiadłość około południa, służba rozpoczyna porządki. Dom powoli budzi się do życia – domownicy schodzą na dół. Pierwszy pojawia się Ville, mimo iż zasnął dopiero nad ranem. Choć był gwiazdą wieczoru, z każdym gościem zamienił kilka słów i bawił się do późna, wygląda na wypoczętego. W przeciwieństwie do reszty zespołu nie ma kaca – i raczej mieć go nie może. Ville tylko kilka razy w życiu przesadził z alkoholem, a jego wrodzona niechęć do trunków ma jedną zasadniczą zaletę – jego umysł zawsze pozostaje trzeźwy i gotowy do działania. Chłopak siada przy fortepianie w salonie i zaczyna bezwiednie brzdąkać – wyraźnie bez weny. Niedługo później schodzi jego mama – Mia. Przytula syna mocno i czochra mu włosy.
– Kocham cię, skarbie. Dlaczego jesteś smutny?
Ville ujmuje jej dłoń i delikatnie muska ją ustami.
– Nie smutny, głodny. W nocy spaliłem trochę kalorii… – puszcza do niej oczko. – Też cię kocham.
Mia siada obok i po chwili oboje zaczynają grać melodię znanej piosenki. Kobieta gra skupiona, z wesołym wyrazem twarzy. Jej sylwetka jest wyprostowana, ruchy delikatne i dystyngowane. Włosy w kolorze głębokiego kasztanu podkreślają zielone oczy. Prosty nos, lekko śniada cera, wyraźnie europejskie rysy oraz nienagannie dobrana granatowa sukienka i subtelna biżuteria nie pozostawiają wątpliwości – to nie jest kobieta z ludu.
Gdy melodia dobiega końca, Mia śmieje się cicho i zaczyna grać coś, co skomponował Rami, a do czego ona napisała tekst – dla swoich dzieci. Choć razem z mężem mają tylko jednego syna, Villego, od początku była również matką dla Emmy. Bez wahania przyjęła ją jak własne dziecko, dzięki czemu jej syn miał nie tylko pełny dom, ale także starszą siostrę.
Ville śpiewa tekst piosenki. Mia tego nie robi. Nie ma słuchu muzycznego, nigdy nie śpiewa, a jej gra na fortepianie – mimo starań – nie jest idealna. Wszystko, co potrafi, opiera się na pamięci nut i ruchów. Gdy kończą piosenkę o pluszowym wielbłądzie, Ville zaczyna akompaniować do kolejnej melodii – jednej z wielu dziecięcych kompozycji stworzonych wspólnie przez państwo Rian.
Powstał choćby cały album, w którym głosu użyczyła przyjaciółka Ramiego – aktorka musicalowa. Płyta nigdy nie ujrzała światła dziennego. Jest przeznaczona wyłącznie dla dzieci z rodziny i bliskich przyjaciół. Rami przez chwilę rozważał jej publikację, ale ostatecznie powiedział tylko: „Niech to będzie tylko dla nas.”
Tymczasem domownicy i goście, którzy zatrzymali się w rezydencji na dłużej, zaczynają powoli schodzić się do holu głównego. Wszyscy wyglądają na lekko zmęczonych, ale i głodnych – późne śniadanie wydaje się jedynym ratunkiem. Obsługa domu gorączkowo próbuje ogarnąć chaos po wczorajszej imprezie, ale stół w jadalni wciąż przypomina pole bitwy. Mia, jak zwykle spokojna i zorganizowana, kieruje się do kuchni, by sprawdzić, jak idą przygotowania.
W środku kucharka i jej pomocnica szorują stertę naczyń, z blatów zbierają resztki jedzenia. Na widok pani domu kucharka niemal podskakuje – zarumieniona i wyraźnie zestresowana.
– Pani Rathore, ja bardzo przepraszam… nie przewidziałyśmy, iż aż tyle tego będzie… – mówi, wycierając ręce o fartuch.
Mia uśmiecha się tylko ciepło i bez słowa wychodzi. Wraca do salonu, gdzie czeka grupka zaspanych, znudzonych domowników. Staje w drzwiach i klaszcze w dłonie.
– Czas się ruszyć! – rzuca z energią. – W kuchni potrzebują pomocy. Podzielimy się.
– O nie… znowu? – jęczy teatralnie Robert, opierając się z przesadą o oparcie kanapy.
Goście gwałtownie zostają podzieleni na zespoły. Jedni zajmują się odgruzowywaniem salonu, inni przystępują do przygotowania stołu. Ville podąża z rodziną do kuchni, staje przy wyspie i sięga po bochenek chleba oraz spory nóż.
– Haha… zaraz pokroję pajdy albo… stanę się ofiarą tego noża – rzuca z udawaną grozą.
– Vivaan, słonko, oddaj to – mówi Rose, zabierając mu nóż pewnym ruchem. – Krajalnica jest po to, żebyśmy mogli zjeść normalne kromki, a ty nie musiał kończyć z bandażem na dłoni.
W kuchni robi się gwarno i żywo. Młodzi kroją warzywa, Rami układa sery i owoce.
– Tylko nie za artystycznie, tato. Wszyscy czekają na to śniadanie! – mruczy Emma, patrząc z ukosa na jego ekstrawaganckie zawijasy z rukoli.
Rami uśmiecha się szeroko i posyła córce całusa.
W tym czasie Paul i Wendy zbierają zamówienia na napoje.
– Mamy sok jabłkowy, pomarańczowy, lemoniadę i… cud na kacu. Ktoś chętny? – pyta Paul, zerkając na grupkę w holu.
– A co to adekwatnie jest? – dobiega głos z drugiego końca salonu.
– Tego nie wie nikt. Ale działa – odpowiada z tajemniczą miną.
Po niespełna pół godzinie stół jest nakryty, potrawy gotowe, a jadalnia wygląda tak, jakby żadna impreza się tam nie odbyła. Podczas śniadania panuje przyjemna cisza, przerywana jedynie brzękiem sztućców. Wszyscy jedzą ze smakiem, a potem – w rytmie spokojnego, leniwego poranka – rozchodzą się do pokoi, by odespać nocne szaleństwa.
Gdy zbliża się wieczór, Ville i Rose czule żegnają się z przyjaciółmi. Filip i Sylvia muszą już wracać do domu. Reszta rezydentów Rianhouse zaczyna schodzić na dół. Jedni w dresach, z kubkami herbaty i kocami zarzuconymi na ramiona, inni jeszcze z potarganymi włosami i zaspanym spojrzeniem. Swobodni, rozluźnieni, gotowi na spokojny wieczór.
Tylko Rianowie wyglądają perfekcyjnie. Mia w ciemnym kaftanie, Rami w eleganckim swetrze, Ville w koszuli zapiętej na ostatni guzik i z włosami ułożonymi tak, jakby czekał na wywiad. Wyglądają jak ludzie gotowi do sesji zdjęciowej.
– A myślałem, iż to seans rodzinny, nie premiera filmowa – mruczy Paul, zerkając na nich z kanapy.
Emma tylko się uśmiecha i zajmuje miejsce z kieliszkiem wina. Dom powoli wypełnia się cichymi rozmowami, dźwiękiem nalewanych napoi i szelestem poduszek układanych na kanapie. Wszyscy delektują się ostatnim spokojnym wieczorem – jutro wrócą dzieci i zrobi się głośno. Jeszcze chwila ciszy. Jeszcze kilka spokojnych godzin. Zaraz usiądą razem, by po raz pierwszy wspólnie obejrzeć odcinek Liberty Fade Life z 2024 roku.














