Smak wolności
Remont skończyliśmy w zeszłą jesień zaczęła opowiadać pani Wera Ignaciuk.
Długo wybieraliśmy tapety, kłóciliśmy się o kolor kafelków w łazience i z uśmiechem wspominaliśmy, jak dwadzieścia lat temu marzyliśmy o tej właśnie trójce.
No, w końcu powiedział z zadowoleniem mój mąż, świętując zakończenie remontowej epopei można syna żenić. Michał przyprowadzi tu swoją żonę, urodzą się wnuki, dom wypełni się życiem i dziecięcym śmiechem.
Jego marzenia nie miały się jednak spełnić. Najstarsza córka, Małgorzata, wróciła do domu z dwiema walizkami i dwójką dzieci.
Mamo, nie mam gdzie się podziać powiedziała, tymi słowami przekreśliła nasze plany na przyszłość.
Pokój Michała oddaliśmy wnukom. Na szczęście nie protestował, tylko wzruszył ramionami:
Nic nie szkodzi, niedługo będę miał swoje.
Swoje to była kawalerka mojej mamy. Niedawno odnowiona, którą wynajmowaliśmy młodemu małżeństwu. Co miesiąc na konto wpływała skromna, ale niezbędna kwota nasza poduszka bezpieczeństwa na czarną godzinę, gdy z mężem nie będziemy już tacy sprawni.
Kiedyś widziałam, jak Michał z narzeczoną, Lidią, spacerowali obok tamtego bloku, dyskutując żywo, z zadartymi głowami.
Domyślałam się, co chodzi im po głowie, ale nie zaproponowałam niczego.
Usłyszałam wkrótce:
Pani Wero, Michał mi się oświadczył! choćby mamy miejsce na wesele! Proszę sobie wyobrazić zachwycona Lidia nie umiała ukryć euforii tam jest prawdziwa karoca! I harfa! Latem goście wyjdą na taras, do ogrodu
A gdzie zamieszkacie po ślubie? nie wytrzymałam takie wesele to duży wydatek!
Lidia spojrzała na mnie, jakbym spytała, czy pada śnieg na Księżycu.
Przez jakiś czas u was. A potem zobaczymy.
U nas powiedziałam powoli już mieszka Małgorzata z dziećmi. Zamieni się w akademik, a nie mieszkanie.
Lidia wydęła usteczka:
No tak, może rzeczywiście nie warto u was mieszkać. Lepiej poszukać prawdziwego akademika. Tam przynajmniej nikt nie będzie się wciskał w duszę.
To ukłucie nie będą się wciskać w duszę mocno mną wstrząsnęło. Czy naprawdę tak robiłam? Próbowałam ich przecież chronić przed błędami.
Potem przyszła rozmowa z Michałem. Ostatnia próba dotarcia.
Synu, po co wam ten przepych? Weźcie ślub po cichu, odłóżcie pieniądze na wkład własny! mój głos drżał ze stresu.
Syn patrzył w okno, twarz miał napiętą.
Mamo, a czemu wy od dwudziestu pięciu lat każdy jubileusz ślubu świętujecie w Złotym Smoku? Przecież moglibyście posiedzieć w domu, taniej by było.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
No właśnie syn uśmiechnął się z przekąsem wy macie swoją tradycję, my chcemy mieć swoją.
Porównał naszą rodzinną kolację raz na pięć lat do ich weselnej gali za kilkaset tysięcy złotych!
W oczach Michała zobaczyłam nie syna, ale sędziego. Wydawał wyrok: jesteście hipokrytami. Sobie pozwalacie na wszystko, nam na nic. Zapomniał, iż z ojcem wciąż spłacamy kredyt za jego samochód. O poduszce bezpieczeństwa nie pomyślał nigdy.
Teraz potrzebował wesela. I to jakiego!
Syn i przyszła synowa, oczywiście, mieli do mnie żal. Zwłaszcza o to, iż nie zgodziłam się oddać im kluczy do babcinej kawalerki.
***
Któregoś wieczoru wracałam późno do domu niemal pustym autobusem, patrzyłam na swoje odbicie w ciemnym oknie. Widziałam zmęczoną kobietę, starszą niż jestem w rzeczywistości. W ręku siatka z zakupami, w oczach lęk.
Nagle z niezwykłą, niemal bolesną jasnością poczułam, jak wszystko robię ze strachu!
Ze strachu, iż stanę się ciężarem. Ze strachu, iż dzieci mnie zostawią. Ze strachu przed przyszłością.
Nie oddaję Michałowi mieszkania nie dlatego, iż żal, tylko boję się, iż jeżeli oddam, zostanę bez niczego.
Wymagam od niego zaradności, a jednocześnie podcinam skrzydła, opłacając jego wydatki: a nuż mu się nie uda, a dziecko się załamie.
Oczekuję dojrzałych decyzji, ale traktuję go jak dziecko, które nic nie rozumie.
A przecież oni z Lidią chcą po prostu zacząć nowe życie. Z karocą i harfą. Nonsensowne, rozrzutne ale mają do tego prawo! Na swój koszt.
Najpierw umówiłam się z lokatorami, żeby gwałtownie poszukali nowego mieszkania. Miesiąc później zadzwoniłam do Michała:
Przyjedźcie. Porozmawiamy.
Przyjechali spięci, gotowi do walki. Postawiłam na stole herbatę i położyłam pęk kluczy do babcinej kawalerki.
Weźcie je. Nie cieszcie się za bardzo to nie prezent. Kwatera wasza na rok. W tym czasie musicie podjąć decyzję: albo bierzecie kredyt, albo zostajecie, ale na innych zasadach. Rocznej opłaty nie dostanę. Trudno. Niech to będzie moja inwestycja. Nie w waszą imprezę, ale szansę, byście byli rodziną, nie współlokatorami.
Lidia otwierała szeroko oczy. Michał patrzył na klucze, jakby nie rozumiał sytuacji.
Mamo a Małgorzata?
Ją też czeka niespodzianka. Jesteście już dorośli, wasze życie to teraz wasza odpowiedzialność. Nie będziemy waszym tłem ani portfelem. Jesteśmy po prostu rodzicami, którzy kochają, ale nie ratują.
Zapadła ogłuszająca cisza.
A wesele? spytała Lidia cicho, niepewnie.
Wesele? wzruszyłam ramionami nie wiem. jeżeli znajdziecie fundusze na harfę niech będzie harfa.
***
Michał i Lidia odjechali, a mnie opanował strach. Do łez. Co jeżeli nie poradzą sobie? Co, jeżeli się obrażą na zawsze?
A jednak pierwszy raz od lat poczułam swobodę. W końcu powiedziałam nie! Nie im, a własnemu lękowi. Pozwoliłam synowi wejść w dorosłe, trudne i niezależne życie.
Jakie by ono nie było
***
Spójrzmy teraz na to oczami syna.
Marzyliśmy z Lidią o niezwykłym weselu. Niestety, rozwód siostry pogrzebał nasze plany. Gdy mama powiedziała, iż inwestowanie w okazałą uroczystość nie ma sensu, we mnie coś pękło.
Czemu wy co roku świętujecie rocznicę ślubu w restauracji? wyrzuciłem. Moglibyście siedzieć w domu. Byłoby taniej!
Zobaczyłem, jak mama zbledła. Chciałem ją urazić. Bolało mnie to bardzo.
Tak, dali mi samochód. I co z tego? Nie prosiłem! Teraz mają o to pretensje. Co ja winny? Sami zadecydowali, sami spłacają kredyt.
Zrobili remont, mówili: dla nas. Ale i tak nie możemy tam zamieszkać.
Babcina kawalerka święta relikwia, ważniejsza niż wesele jedynego syna!
Co mamy teraz zrobić? Jak pokazać światu i sobie, iż jesteśmy rodziną?
Lidia powiedziała raz, spuszczając wzrok:
Michał, nie mogę dać ci niczego. Moi rodzice nie pomogą. Spłacają kredyt.
Dajesz mi siebie powiedziałem, by ją pocieszyć. W głębi duszy miałem żal. Nie do niej, a do niesprawiedliwości. Dlaczego wszystko spada na moich rodziców? Dlaczego pomagają z goryczą, jakby każda złotówka była gwoździem do ich trumny? Taka pomoc nie wspiera, a przytłacza winą.
Słowa niewypowiedziane wisiały w powietrzu. I zadzwoniła mama. Jej głos był zdecydowany.
Przyjedźcie. Porozmawiamy.
Jechaliśmy, jak na ścięcie. Lidia ścisnęła moją dłoń:
Pewnie odmówi pomocy na wesele szepnęła.
Pewnie tak przyznałem.
***
Na stole czekał pęk kluczy do babcinej kawalerki. Poznałem od razu breloczek z dzieciństwa.
Weźcie powiedziała mama.
Wygłosiła krótką, ale przełomową mowę. O roku. O decyzji. O końcu bycia portfelem i tłem. Argument nie mamy gdzie mieszkać już nie działa, a wieczne liczenie, iż rodzice załatwią wszystko skończyło się.
Wziąłem klucze. Były zimne i ciężkie, inaczej niż pamiętam. Przyszło nagle uczucie: ostre i niewygodne.
Tyle oczekiwałem, żaliłem się, ale ani razu nie porozmawiałem szczerze z rodzicami: Mamo, tato, rozumiemy wasze obawy. Spróbujmy wspólnie ustalić, jak się ruszyć naprzód, nie rozrywając was na kawałki?
Nie. Czekaliśmy na domyślanie się naszych marzeń i ich spełnianie bez rozmów, bez warunków, z uśmiechem. Jak za dziecka.
A wesele? szepnęła Lidia, wyraźnie zagubiona.
Wasze wesele? mama wzruszyła ramionami jeżeli znajdziecie pieniądze na harfę, niech będzie harfa.
Wyszliśmy na ulicę. Przerzucałem klucze w dłoni.
Co dalej? zapytała Lidia. Nie o mieszkanie. O wszystko.
Nie wiem przyznałem. Teraz to już nasza sprawa
W tej niepewnej, nowej odpowiedzialności była dzika, pierwotna wolność. Pierwszy krok zrozumieć, czy naprawdę potrzebujemy karocy i harfy? Tradycja to rzecz dobra, ale nie może opierać się na jednym wieczorze
***
I co potem?
Dorosłość Michała i Lidii zaczęła się od następnego dnia.
Wreszcie razem! Własne mieszkanie! Nie ich, ale samodzielne. Małe, za to wygodne, świeżo wyremontowane. I nikt! Najpierw byli goście, co dzień jakżeby inaczej. Wolność przecież!
Po miesiącu pojawiła się wspólna pokusa: chcemy psa! Wielkiego!
Okazało się, iż Lidia marzyła o psie od dzieciństwa, ale mama nigdy jej nie pozwalała. Michał miał kiedyś psa, dawno temu, w podstawówce ale zwierzak zaginął. Prawdziwa tragedia
Brakujące ogniwo szczęścia pojawiło się bardzo szybko: uroczy retriever, imieniem Leo.
Trzymiesięczny szkrab od razu wprowadził swoje zasady: drapanie ścian, gryzienie mebli i wiadomo brudzenie gdzie popadnie.
Gdy pani Wera Ignaciuk przyjechała z wizytą, była w szoku: nikt choćby nie poinformował o nowym lokatorze.
Michał! Lidia! Co wy robicie?! choćby nie zapytaliście! niemal płakała oglądając mieszkanie po co? Przecież takim psem trzeba się opiekować, a on siedzi sam całe dnie! Oczywiście iż wszystko niszczy. Ile wszędzie sierści! Sprzątacie to w ogóle? Zapach nie do wytrzymania! Nie, to nie do pomyślenia! Musicie oddać psa! Jutro!
Mamo rzucił z niechęcią Michał dałaś nam mieszkanie na rok. I co teraz? Za każdym razem będziesz mówić, jak żyć? Oddać ci klucze?
Oj nie, uniosła się pani Wera słowo się rzekło. Rok, znaczy rok. Ale pamiętajcie: oddajcie mieszkanie w takim stanie, w jakim je dostaliście. Jesteśmy zrozumiani?
Jasne odpowiedzieli jednocześnie Michał i Lidia.
Do tego czasu już was nie odwiedzę. Nie chcę tego oglądać.
***
Słowa dotrzymała. Nie pojawiała się. choćby telefon rzadko dzwonił.
Po czterech miesiącach Michał wrócił do domu rodzinnego rozstali się z Lidią.
Długo opowiadał, jaka to ona zła gospodyni. Nie gotowała, nie pilnowała szczeniaka. Nie wyprowadzała go na czas. Leo musiał wrócić do hodowcy. Niełatwo przekonywali tydzień.
Kupili karmy na trzy miesiące naprzód tak nakazał były właściciel. A karma kosztuje!
Nie za gwałtownie było z tą Lidią, synu? zapytała, ukrywając uśmiech, pani Wera przecież ślub chcieliście, z karocą i harfą
Jaki ślub, mamo?! Proszę cię! Możesz wynająć babciną kawalerkę.
Po co? Mieszkaj przecież, chyba się już przyzwyczaiłeś?
Nie, wolę z powrotem w domu pokręcił głową Michał chyba, iż nie chcesz?
Zawsze chcę odpowiedziała pani Wera szczególnie iż po wyjeździe Małgorzaty z dziećmi znów jest pusto…






