Jadwiga siedziała przy oknie, obserwując uliczny wyścig. Autobusy wrzaskliwie hamowały, przechodnie spieszyli się na swoje, a ona wciąż rozmyślała o tym samym – o liście z poprzedniego dnia. Czarna koperta ze złotą obwódką leżała jak wyrzut na stole kuchennym dobę, ale wciąż nie śmiała jej otworzyć.
– Mamo, co siedzisz jak kamień węgielny? – Rafał wpadł do mieszkania jak burza, plecak wylądował w kącie. – Znowu się zamyśliłaś? Obiad, głodny jestem jak pies.
– Zjedz, zjedz – westchnęła Jadwiga, nie odrywając wzroku od szyby. – Klopsy w lodówce, podgrzej w mikrofalówce.
Syn stanął jak wryty, baczniej przyjrzał się matce. Coś było nie tak z jej postawą, nazbyt sztywnej.
– Co się stało? – Rafał podszedł bliżej. – Wyglądasz… dziwnie. Nie wiem.
– Nic nadzwyczajnego – Jadwiga odwróciła ku niemu twarz. – Ot, przyszedł list. Zastanawiam się, czy otwierać.
– Jaki list? Od kogo?
– Od notariusza. Z Warszawy.
Rafał skrzywił się. Listy od notariuszy zwykle nie wróżyły niczego dobrego. Albo długi, albo sądy, albo inne tarapaty.
– A co może być w liście od notariusza? – spytał ostrożnie.
– Nie wiem. Może ciocia Danuta coś przekazała. Ostatnie lata mieszkała w Warszawie, mając mieszkanie. Ale rozum przestałyśmy, dobre dziesięć lat.
Jadwiga wstała, przeszła do kuchni. List tkwił w tym samym miejscu, jakby drwił z jej niezdecydowania.
– Mamo, może jednak otworzymy? – Rafał wziął kopertę w dłonie. – Cóż gorszego? Wiedząc prawdę?
– Gorzej może być wiele – zamruczała matka. – Nagle jakieś zobowiązania, jej długi. Nie chcę sobie przysparzać kłopotów.
– A może wręcz przeciwnie, coś dobrego? – Rafał już miał rozerwać kopertę, ale gest matki go powstrzymał.
– Zaczekaj. Daj mi pomyśleć.
Lecz myśleć nie było o czym. Danuta była kuzynką Jadwigi, wychowały się w jednej kamienicy, ale drogi ich rozeszły się dawno. Danusia wyjechała do stolicy po studiowaniu, tam wyszła za mąż, pracowała w jakiejś akademickiej placówce. Dzieci nie miala, męża odeszło też dawno. A Jadwiga została w rodzinnym mieście, urodziła Rafała, męża pochowała wcześnie, przez życie pracowała jako przedszkolanka.
Widziały się ostatnio na pogrzebie dziadka, faktycznie z dziesięć lat temu. Wydała jej się wtedy obcą, stołeczną damą w kosztownym płaszczu, patrzącą z wyższością na prowincjonalną rodzinę.
– Dobrze, otwieraj – zdecydowała się wreszcie Jadwiga. – Ale jeżeli coś złego, ostrzegałam cię.
Rafał delikatnie rozciął kopertę, wydobył kilka arkuszy papieru. Spojrzał na pierwsze linijki i gwizdnął zdumiony.
– Mamo, tu pisze, iż ciocia Danuta zapisała ci mieszkanie w Warszawie.
– Co? – Jadwiga o mało nie upuściła filiżanki z herbatą. – Jakie mieszkanie?
– Dwa pokoje, koło metra Mokotów. I jeszcze jest konto bankowe… – Rafał przewracał strony, oczy otwierały się szerzej. – Mamo, to całkiem pokaźna suma.
Jadwiga opadła na krzesło, bo nogi nagle stały się jak z waty.
– Nie może być. Przecież nie byłyśmy w kontakcie. Za co mi to wszystko?
– Ale tu jest jej ręczna notatka. – Rafał podał matce maleńki świstek.
«Jadziu, jeżeli czytasz to pismo, znaczy mnie już nie ma. Wiemy, iż się oddaliłyśmy, a ja wiele zawiniłam. Myślałam zawsze o czasie przed sobą, iż jeszcze zdążę naprawić więzy. ale czas kończy się gdy nie czekasz. Chcę, by moje mieszkanie dostało się tobie. Zawsze byłaś dobra, żyłaś dla innych. Czas pomyśleć o sobie. Twoja Danusia».
Jadwiga, nie wierząc oczom, czytała słówka wiele razy. Łzy same toczyły się po policzkach.
– Jak to rozumieć? – wyszeptała. – Ona odeszła, a ja choćby nie wiedziałam. Nie byłam na pogrzebie, nie pożegnałam…
– Mamo, nie win się. Skąd miałaś wiedzieć? – Rafał objął matkę za ramiona. – A może nie chciała by wiedziano. Niektórzy wolą odejść po cichu.
– Ale czemu mi? Miała przecież bliższych krewnych.
– Widać, nie tak bliskich
Wychodząc na wietrzny balkon, Helena patrzyła na srebrzyste wierzchołki starych lip poruszane podmuchami zimy i nagle zrozumiała, iż szczęście, które niegdyś przyszło w czarnym, krepowym kopercie, było niczym klucz do nowego świata – świata, który lśnił teraz kolorami jak piórka pawia i roztaczał się przed nią jak sen gotowy wytrwać do końca życia, gdy się tylko chce go otworzyć.