Dziennik Warszawa, 17 czerwca
Dziś znów przesuwałam wzrokiem po ścianach naszej sypialni. Miała być dokładnie taka, jak sobie z Mateuszem wymarzyliśmy. Jasne ściany o odcieniu porannego nieba, szerokie okno wychodzące na mały park, drewniane łóżko z zagłówkiem z jasnego dębu i niski komoda. Minimalizm. Spokój. Cisza. Wreszcie nasza własna przestrzeń po latach wynajmowania kawalerek na Służewie. Pachniało świeżą farbą, nowymi zasłonami i czymś ciepłym, domowym.
Po remoncie mama Mateusza przyszła w odwiedziny pierwszy raz. Obejrzała mieszkanie surowym wzrokiem, z którym nie sposób polemizować. Pochwaliła oszczędnie, skinęła głową, ale w jej oczach widziałam cień brak aprobaty. Jakby brakowało jej jej śladu.
Ładnie, jasno powiedziała w salonie. Ale wiecie, czego tu nie ma? Duszy. Jest trochę bezosobowo.
Zastygłam. Wiedziałam, iż dla niej dusza to ciężkie meble, grube dywany i mnóstwo bibelotów wszystko, od czego uciekałam.
Tydzień później pojawiła się znów z prezentem.
Siedem dni później, wróciła, niosąc spory pakunek zawinięty w koc. Jej twarz emanowała dumą, jakby zaraz miała ogłosić wygraną w totolotka.
Przyniosłam wam coś naprawdę ważnego powiedziała zasmużonym tonem. Szczególnie do sypialni. Nad łóżkiem pusto, to musi być wykończone!
Rozwinęła pakunek, a moim oczom ukazał się ogromny portret w masywnej, pozłacanej ramie. Na obrazie ona sprzed lat, jej syn w wieku licealnym i zmarły już ojciec Mateusza. Ciężka rama, ciężka atmosfera, ciężkie spojrzenia ze ściany.
To na szczęście oznajmiła. Nad łóżkiem ślubnym musi wisieć rodzinny portret. To chroni, przypomina korzenie.
Ścisnęło mnie w środku. Spojrzałam na Mateusza. Był wyraźnie skonsternowany. Śmiał się nerwowo, patrząc na własną podobiznę sprzed lat.
Mamo Dziękujemy, ale jest ogromny I styl zupełnie nie nasz zaczął nieśmiało.
Jaki styl! warknęła. To rodzina! Tego się nie rozważa.
Mateusz zamilkł. Spojrzał na mnie prosiłam wzrokiem o interwencję. Potem znów na matkę w jej oczach nie było miejsca na dyskusję. Jak zwykle wybrał milczenie.
Kochanie Mama chce dobrze. Zawieśmy to, a jeżeli się nie spodoba, potem zdecydujemy
Ale potem nigdy nie nastąpiło.
Portret zawisł nad łóżkiem i już tam pozostał.
Teściowa przychodziła w odwiedziny i za każdym razem najpierw zaglądała do sypialni, a potem kiwała z satysfakcją.
O, teraz wygląda rodzinnie.
Mateusz przywykł szybko. Człowiek potrafi przywyknąć do wszystkiego. Przestał zwracać uwagę na ten portret. Ale ja Dla mnie to nie było zwykłe zdjęcie. To był symbol. Przypomnienie, iż choćbyśmy bardzo się starali, choćby nasza sypialnia nie należy tylko do nas.
Każdego ranka budziłam się patrząc na ten portret.
Ostatnia kropla.
Na rodzinnym obiedzie z okazji imienin mojej teściowej, znów zaczęła mówić o prawdziwych rodzinnych wartościach. Wśród wszystkich gości, stwierdziła:
Cieszę się, iż mój syn i synowa mają własne mieszkanie. I ja dołożyłam swoją cegiełkę powiesili rodzinny portret w sypialni. Tak trzeba! Żeby pamiętać, co jest ważne!
Wszyscy przytakiwali, uśmiechali się. choćby Mateusz przytaknął.
To jedno przytaknięcie powiedziało mi wszystko.
Zrozumiałam, iż jeżeli czekam, aż on postawi granicę to się nie doczekam. On wybiera spokój za wszelką cenę. choćby jeżeli ceną jest moje poczucie bezpieczeństwa.
Następnego dnia postanowiłam działać.
Przyjaciółka, Lena, jest fotografką. Na naszym weselu zrobiła jedno zdjęcie niby przypadkowe, ale mówiące wszystko: obejmujemy się z Mateuszem, całujemy, a w tle, na krawędzi kadru, wchodzi teściowa próbuje wejść w środek, ale zostaje gdzieś z boku, niedopowiedziana.
Zaniosłam zdjęcie do zakładu.
Zamówiłam je w tym samym rozmiarze co rodzinny portret, w identycznej ramie: pozłacanej, masywnej i wyrazistej.
Gdy przyszła kolejny raz
Przy następnym spotkaniu, kiedy w salonie opowiadała, co powinno znaleźć się w każdym domu, przerwałam jej najgrzeczniej, jak umiałam:
Mamo, ja też chcę wręczyć pani prezent. W ramach wdzięczności za troskę i wkład w nasze życie.
Położyłam przed nią ciężki pakunek.
Co to takiego? zapytała nieufnie.
Proszę otworzyć.
Rozwinęła pakunek. Ujrzała ogromne wesele zdjęcie: ja i Mateusz na pierwszym planie, szczęśliwi, a ona trochę z boku, uchwycona kątem oka. Pod obrazkiem napis: Z miłością, 12 lipca.
Zapadła cisza.
Teściowa zbielała na twarzy, potem poczerwieniała.
Co to jest?! wybuchła.
Moje ulubione zdjęcie ślubne odparłam spokojnie. Portrety są ważne, to prawda. Skoro wasz rodzinny portret wisi u nas, ten zdjęcie może wisieć u was. Będzie przypominać, iż wasz syn ma już własną rodzinę.
Postawiłam sprawę jasno.
Oświadczyła, iż nie życzy sobie tego zdjęcia w swoim domu.
Skinęłam głową:
Rozumiem. W takim razie niech będzie fair. jeżeli to zdjęcie nie jest adekwatne u pani, portret rodzinny nie musi wisieć u nas.
Poszłam do sypialni, wdrapałam się na stołek i zdjęłam portret ze ściany.
Podałam go Mateuszowi:
Pomóż mamie zanieść go do piwnicy.
Koniec.
Następnego poranka ściana nad łóżkiem była pusta.
Po raz pierwszy od dawna nasza sypialnia naprawdę była nasza.
Czasem sprawiedliwość nie przychodzi przez awanturę. Bywa, iż wystarczy odbić czyjeś zachowanie, pokazać je z innej perspektywy.
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Trwalibyście dla świętego spokoju z teściową, czy postawilibyście granicę choćby ryzykując kłótnię?
Kto ma rację: żona czy teściowa?
I czy mąż powinien stanąć po stronie żony w takiej sytuacji?






