TorebkaWewnątrz torebki znalazła starą fotografię, która przywołała wspomnienia z dzieciństwa.

newsempire24.com 3 dni temu

Zofia przysiadła na wolnym miejscu, upewniwszy się, iż ławka jest czysta, a jej jasnej sukience nie zagraża choćby drobina kurzu. W dłoniach trzymała nową, białą torebkę. Tutaj, w sanatorium, weszło już w zwyczaj, iż po kolacji wkłada się coś odświętnego i wychodzi na spacer. Większość kuracjuszy też obnosi się ze swoimi strojami. Jedna z pań przyznała: „Gdzież indziej, jak nie na wyjeździe, ‚przechadzać‘ swoje sukienki? W domu to przecież nie ma dokąd wyjść”.

Kątem oka dostrzegła, iż podszedł Jerzy i spokojnie usiadł obok. — Pobądźmy razem w ciszy — powiedział cichym, jakimś przejmującym głosem; głosem, który idealnie wpisywał się w całą tę harmonię spokoju i malowniczego krajobrazu. Spod beżowej marynarki wyglądała biała koszula, spodnie miały idealny kant, ciemne włosy były przycięte, jakby dopiero co wyszedł z salonu. Siwizna na skroniach, niczym srebrna nić, wcale nie psuła jego wyglądu, a wręcz przeciwnie – dodawała mu pewności siebie i solidności.

Zosia już dwa dni temu zauważyła, iż na jej widok patrzy w jakiś szczególny sposób, wyróżniając ją spośród innych pań.

— Jak pan pięknie to ujął: pobądźmy razem w ciszy — odparła z uznaniem.

— Z panią, Zosieńko, choćby milczenie sprawia przyjemność, choć zawsze chętnie rozmawiam. – Jerzy odwrócił się do Zofii w półobrocie, aby całkowicie ogarnąć wzrokiem sympatyczną brunetkę. Zofia spodobała mu się od pierwszego wejrzenia.

Ona również zwróciła się ku Jerzemu, obdarzając go ciepłym spojrzeniem.

— Przy okazji: czekałem na panią wczoraj na potańcówce, ale pani nie przyszła… Nie lubi pani tańczyć?

— Dlaczego? Tańce bardzo lubię, ale wczoraj spacerowałam — powietrze wieczorem ma tyle świeżości, iż chce się nim oddychać i oddychać.

— Nie wiedziałem, iż pani lubi wieczorne przechadzki — Jerzy niemal niedostrzegalnym ruchem dotknął dłoni Zofii. Kobieta poczuła delikatne impulsy od tego dotknięcia. Piwne oczy Jerzego patrzyły na nią z nadzieją na więcej.

— Zapraszam panią dziś wieczorem na spacer moim autorskim szlakiem — sam go odkryłem. Roztacza się z niego wspaniały widok — góry doskonale widać. Ale nie miałem z kim podzielić się swoim zachwytem nad pięknem… a teraz jest z kim — z panią. – I lekko ścisnął dłoń Zofii, jakby dając sygnał do dalszych, natarczywych zalotów.

„Czemu nie? — pomyślała Zofia. — To tylko spacer. Tym bardziej iż samej chodzić daleko — niebezpiecznie, a gdy obok jest mężczyzna, o wiele bezpieczniej”. Spojrzała na przechodzącą obok ławki parę: mężczyzna i kobieta z ożywieniem rozmawiali; było widać, iż poznali się tutaj, w sanatorium, i przyjemnie spędzają czas.

— Co za piękna dłoń, Zosieńko — nie powiedział, a niemal wyszeptał Jerzy. Przysunął się jeszcze bliżej, podziwiając profil Zofii.

Nie chciała pytać, czy jest żonaty — zwykle tutaj większość jest zajęta, a swoje zauroczenia tłumaczy pragnieniem nowości i nowych wrażeń. Po prostu w tej chwili było jej niezwykle miło siedzieć na ławce z mężczyzną, któremu wyraźnie się podoba i który wyróżnił właśnie ją spośród wszystkich.

— A może przejdźmy się od razu? — zaproponował mężczyzna. — Porozmawiamy, a wieczorem zapraszam panią do kawiarni. — Jerzy elegancko podał Zofii rękę, pomagając jej wstać.

Ona bez wahania zgodziła się i, chwyciwszy białą torebkę, ujęła Jerzego pod ramię. Uszedłszy zaledwie pięć kroków, beztrosko, jak dziewczynka, machnęła torebką i wypuściła ją z ręki. Torebka wpadła prosto w małą kałużę, która została po deszczu. Zofia jęknęła z zaskoczenia i z powodu kontrastu: śnieżnobiała torebka leżała w błocie.

— Nic się nie stało, zaraz będzie jak nowa — Jerzy ostrożnie podniósł torebkę i położył ją na trawie. Zofia wyciągnęła chusteczki i zaczęła wycierać. Ale mętne smugi i tak zostały.

— Pójdę do pokoju i porządnie ją domyję — powiedziała.

— To ja na ciebie zaczekam — zaproponował Jerzy. — Albo tak (tu już przeszedł na „ty”): czekam na ciebie po kolacji w tym samym miejscu… Dobrze?

Skinęła głową i pospiesznie ruszyła do pokoju, trzymając torebkę z dala od siebie, żeby się nie ubrudzić. Zofia domyła nową białą torebkę, którą kupiła specjalnie przed wyjazdem do sanatorium. I owszem, wszystkie ślady błota zniknęły, a jednak zdawało się, iż torebka straciła swój blask i świeżość.

Przypomniała sobie propozycję Jerzego dotyczącą wieczornego spaceru, jego spojrzenie sugerujące ciąg dalszy, i poczuła niesmak. Przez cały tydzień po raz pierwszy pojawiło się w niej uczucie czegoś nieprzyjemnego, drażniącego ją samą. Nagle porównała swoją relację z Jerzym, na pierwszy rzut oka zupełnie niewinną, do torebki, która wpadła w błoto.

Zadzwonił telefon: — Mamo, Bartek z Jaśkiem nie dają mi odrobić lekcji — usłyszała w słuchawce głos młodszej córki i dobiegający z tła śmiech.

— Co wy tam wyprawiacie? — jakby wracając do rzeczywistości, zapytała córkę.

— Zosiu, to ja — rozległ się głos męża. — Przyprowadziliśmy wnuków, chcieliśmy upiec ciasto, a Ola protestuje, mówi, iż zabrudzimy całą kuchnię.

— Andrzeju, kupiłbyś dzieciakom w sklepie coś smacznego, a jak przyjadę, upiekę ciasto, a może i tort.

— Przyjeżdżaj już szybko, wszyscy się stęskniliśmy — powiedział Andrzej. A potem ciszej dodał: — A ja najbardziej. Chcesz, to już teraz wsiądę w samochód i przyjadę po ciebie.

— Już niedługo, wytrzymajcie. Ja też się stęskniłam. Daj słuchawkę Oli.

Porozmawiawszy z córką, potem z wnukami, powiedziawszy mężowi, iż też go kocha, zauważyła, iż spóźnia się na kolację. gwałtownie się przebrała, wzięła torebkę, pokręciła nią w rękach i upewniła się, iż nie zostało na niej ani śladu brudu. — No, teraz jest dobrze — powiedziała do siebie z zadowoleniem. I wcale nie musi biec na spacer z jakimś Jerzym — to już sobie uświadomiła, porównawszy upadłą w błoto torebkę z ich rodzącą się znajomością.

Zofia poczuła, jak bardzo stęskniła się za mężem, dziećmi i wnukami… a przecież jechała, by od nich odpocząć, a teraz cieszyła się, słysząc ich głosy, i chętnie zobaczyłaby męża w kuchni, próbującego upiec wnukom ciasto. Przypomniała sobie, jak Andrzej z okazji Dnia Kobiet chciał ją zaskoczyć kulinarnym arcydziełem — było to przyjemne i zabawne z powodu jego nieporadnych ruchów. Zabawne, ale takie miłe i radosne.

— Nie pojadę autobusem. Powiem Andrzejowi, żeby przyjechał po mnie, gdy skończy się mój turnus. Przy okazji pokażę mu, jakie to piękne okolice, przejdziemy się razem. I nie potrzeba nam żadnej „brudnej torebki”.

Idź do oryginalnego materiału